środa, 14 kwietnia 2010

Beefy/Dissy Volume 0: Prolog

Pete Clemenza w jednej ze scen z „Ojca Chrzestnego” streścił przygotowującemu się do zabójstwa Virgila Sollozo Michaelowi sens wojen rodzin mafijnych. Mówił wtedy o potrzebie przelania złej krwi i rozładowaniu konfliktów między familiami raz na 5-10 lat, by potem wszystko mogło grać jak należy. Czemu przywołuję tę teorię? Jakoś tak pomyślałem, że to samo można powiedzieć o konfliktach w rapgrze, o których chcę zacząć serie artykułów.

Czym w ogóle jest beef? W wolnym tłumaczeniu jest to rzucanie mięsem oraz specjalistyczne określenie na konflikt dwóch raperów, rozgrywany na kilku płaszczyznach. Podstawową z nich są oczywiście dissy (nie będę tłumaczyć, co to jest, bo piszę raczej dla ludzi zorientowanych w hip-hopie), ale nikt nie zabrania raperowi zupełnie przypadkowo wpaść na przeciwnika z ekipą i wymienić się argumentami z innej beczki. Teraz beefy zmieniły nieco swoje oblicze po feralnych, zakończonych śmiercią rywalizujących ze sobą MC, konfliktach 2Paca z Biggie Smallsem oraz Mac Dre z Fat Tone’m.

Tracki dissujące polegają na ubliżaniu przeciwnikowi w każdy możliwy sposób. Wiadomo, bezsensowne bluzganie jak to 2Paca w „Hit ‘Em Up” też jest dozwolone, ale raczej nie o to tu chodzi. Raper za pomocą argumentów, trafnych punchy i zabawnych anegdot, próbuję zrównać przeciwnika z ziemią i pokazać swoją wyższość. Na przełomie lat usłyszeliśmy już wiele ciekawych patentów np. przekręcanie ksyw: Eminem w „Can I Bitch”, nadanie nowego znaczenia akronimom: Kool Moe Dee w „Let’s Blow”, czy nawijka na skradzionym bicie przeciwnika: Canibus w „Rip The Jacker”. Wszystko zależy tylko od kreatywności raperów i ich wizji twórczej.

Kto się pojedynkuje? Raperzy, którzy mają do siebie jakiś problem. Przyczyn startu konfliktów jest bardzo wiele i nie chce mi się tutaj tego streszczać. Czasem jest to wyraźne zaczepienie jednego rapera przez drugiego: Chino XL w „Riiiot”, czasem nieporozumienie związane z jakąś sytuacją: początek beefu Paca z Notoriousem. Nie można też ukrywać faktu, że tzw. battle-raperzy, mają stosunkowo łatwiejsze zadanie, gdyż z kawałkami w stylu dissów mają do czynienia na co dzień. Tacy też są rzadziej atakowani przez innych ze względu na swoją pozycję i reputację.

Kto wygrywa beef? Raper który nagrał lepsze dissy? Powinno tak być, ale niestety tak nie jest. Ostatnio przeglądając komentarze pod jednym z dissów, zobaczyłem ciekawy komentarz. Chodziło w nim mniej więcej o to, że beefy są jak wybory prezydenckie. Nie chodzi o to, co zawrzesz w kawałkach atakujących przeciwnika, ważne, czy zjednasz sobie ludzi, którzy będą stać za tobą. Było kilka beefów zdecydowanie wygranych lirycznie przez danego rapera, ale ze względu na jego pozycję w stosunku do przeciwnika, nie został doceniony tak, jak powinien.

Sam nie wiem, ile artykułów z tego cyklu powstanie. Znając moje lenistwo nie będzie ich dużo i będą się pojawiać w dużych odstępach czasu. Już mam w głowie pierwszy koncept i pierwszy właściwy artykuł na pewno pojawi się w przeciągu kilku dni. Albo tygodni. Końcowe oceny, nie będą miały związku z tym, o czym mówiłem akapit wyżej. Każdy raper jest oceniany przez pryzmat dissów a nie pozycji, z jakiej startował.

W następnym odcinku: LL Cool J vs. Canibus

poniedziałek, 22 marca 2010

Tech N9ne - Sickology 101 (Feat. Crooked I & Chino XL) (Recenzja)

Sickology 101 to pierwszy numer po „Hip Hop Police” Chamillionaire’a, którym zajarałem się na tak wielką skalę. Po przeczytaniu tej recenzji, nie powinniście chyba mieć wątpliwości dlaczego. Ogólnie, całą płytę o tym samym tytule ściągnąłem trochę od niechcenia, bo byłem akurat podczas przesłuchiwania rapu ze środkowego zachodu Stanów i ktoś doniósł mi o premierze krążka Tecca Niny. Krążka, który tak naprawdę zmienił trochę moje muzyczne poglądy i gdybym go nie posłuchałbym, nie byłbym teraz takim słuchaczem, jakim jestem. Ba, nie byłbym takim samym człowiekiem i artystą.

Zacznijmy od gwoździa programy, czyli zwrotki Tech N9ne’a. Raper z Kansas City to najlepsza definicja „rapera kompletnego”. Jego kosmiczne flow, z którym mało kto może się równać w dzisiejszych czasach, technika składania rymów wgniata w fotel a tekst trzyma się kupy i do niczego nie można się przyczepić. Pozwólcie, że udowodnię to cytatami. Wjazd: “This is style I use pitch, to catch and seduce chicks / To signal the true sick, mellow tone is what you spit” to jeszcze nic przy tych linijkach: “Make it excitin, got to be invitin when you're writin your piece / Never be dick ridin, if you're goin to be bitin, you're ignitin the beast”. Na koniec dodam, że N9ne zmienia tempo swojej nawijki 5 razy, przy czym nie jest to jakiś gest niemocy nowicjusza a genialne regulowanie akcentowania wyrazów. Bomba!

Drugi na scenę wchodzi Crooked I. Od początku wydawało mi się, że napisał najgorszą zwrotkę obecną na kawałku (chociaż i tak świetną). O ile zawsze myślałem sobie, kto pojechał lepiej Tecca czy Chino (o którym niżej) to Crooked ciągle zostawał gdzieś w tyle. Powód jest jeden. Żaden element jego zwrotki nie wbija się w pamięć na dłużej. Dopiero po ogromie przesłuchań, dostrzegłem walory tekstu rapera z zachodu. Już w pierwszych czterech wersach zaskakuje nas znakomitą aliteracją: “Comin correct when creatin the crazy composition / Cannibal character, Calico carrier, got a crooked copper missin / Cali killers on candid cock emissions”. Tekst jest prostym bragagdacio, w którym raper pokazuje raczej tylko zalążek swoich umiejętności podająć definicje gry słownej „Wordplay rhymes with Thursday and thirsty - if I'm thirst-ay!” czy metafory “You need some better metaphors for example, this song is a war zone and you listeners in the cross fire”, ale żadnych spektakularnych ruchów u niego nie widzimy (a właściwie słyszymy). Solidna zwrotka, ale zostająca trochę w tyle pozostałych.

No I teraz trzecia – moja ulubiona zwrotka. Zwrotka, która przypomniała mi o pewnym raperze z New Jersey. Chino XL, zaprezentował tu najwyższą formę od wydania płyty „I Told You So” w 2001 roku. Wymienię tu kilka punchline’ów wbijających w fotel, ale chyba trzeba było by zacytować całą zwrotkę, żeby poczuć pełnię przekazu. Od wejścia Portorykańczyka czuć, że ma problemy z rytmiką, i gdy przyśpiesza, jest krótko mówiąc źle. Pomijając jednak jego braki techniczno-wokalne punch kończący prolog, jest iście genialny „So much metal in his spine, he could get rich from the recycling!”. Później z flow jest nieco lepiej a praktycznie każda linijka strofy jest punchline’m. Zaczynając od „I'd rather hear Hannah Montana, than half of you rappers on the radio!” przez „Problem is lyric Jesus is more than a man with a sick delivery, like I drive a coroner van” po znakomity koniec “I am teachin Sickology, try to follow how every punchline hits like Chris Brown's fist in the face of Rihanna”.

Produkcją bitu zajął się beatmaker ze stajni „Strange Music” nieznany szerzej Wyshmaster. Nieznany wcale nieznaczny, że słaby. Wysmażył podkład, który idealnie pasuje pod styl wszystkich artystów (chociaż osobiście wolę Chino na mrocznych bitach). Tech N9ne pokazuje swoje umiejętności w pełnej krasie, Crook chociaż nie szaleje, to jednak nie problemu, no a Derek Barbosa radzi sobie średnio. Gdyby nie twarda liryka kawałka, byłby to z pewnością banger na imprezy. Chociaż dla ludzi, którzy nie zwracają uwagi na tekst, może nim być.

Zawsze chciałem napisać recenzję tego kawałka. Zajawka na niego już mi przeszła bardzo dawno temu, ale dalej lubię sobie włączyć go od czasu do czasu by poczuć tę świeżość, werwę i jeszcze raz zanalizować zabójcze punchline’y. Raperzy znakomicie się uzupełniają i nie czujemy niedosytu – wprost przeciwnie. Czujemy się nasyceni jak po wykwintnym obiedzie w drogiej restauracji.

Ocena: +9/10

sobota, 20 marca 2010

Chino XL - Nahh (Recenzja)

Jest to moja tak naprawdę pierwsza napisana recenzja jakiekolwiek singla, zrobiona z czystej zajawki, co już na starcie jest plusem dla tego kawałka, bo nigdy tego nie robiłem. Nawet „Sickology 101”, którym jarałem się niemiłosiernie, nie dostąpił tego zaszczytu. Jednak z tym jest inaczej. Jest czymś, co pokazuje, że w tych przesiąkniętych lekkim imprezowym rapem czasach, znajdzie się dinozaur, który nagra prawdziwy liryczny majstersztyk. I nie mogę tego nie powiedzieć. Ten singiel kładzie na kolana każdy kawałek wydany w 2009 roku. Bez wyjątku.

Już kilka miesięcy temu „The RICANstruction” prześcignęło na mojej liście najbardziej oczekiwanych albumów krążek Spice’a 1 „Home Street Home”. Ona te albumy zapowiadane są już od 2008 roku a ich premiera ciągle jest przekładana. W sumie to płyta rapera z Bay Area ma wyjść już na dniach, ale to właśnie krążek Portorykańczyka jest teraz dla mnie muzycznym priorytetem. Sprawił to właśnie ten singiel, bo o ile „90 Bars of Intervention” było bardzo dobrą robotą to „Nahh” jest arcydziełem.

Chino XL jest jednym z tych artystów, których kawałków nie można słuchać „tylko w połowie”. Nie można sobie ich włączyć jako tła do robienia czegoś innego. To kompletnie mija się z celem, bo nawet bardzo dobry z języka angielskiego słuchacz nie wyniesie tego, co trzeba. A nawet, jeśli się skupimy i myślimy, że zrozumieliśmy wszystko, to po przeczytaniu tekstu dochodzimy do wniosku, że to było tylko złudzenie.

Tak samo jest z „Nahh”. Treść zawarta w tracku została przeze mnie odkryta dopiero po przejrzeniu lirycsów. A nie powiem żebym nie był słuchowcem. Czym więc karmi nas portorykański raper? Dopracowanym w 100% arcydziełem, które wbija w fotel za każdym przesłuchaniem. Punchline’y, rozbudowane porównania, wbite w nie kondensacje znaczeniowe są liczniejsze niż na całych płytach niektórych artystów. Do tego dostajemy klimatyczny bit, refren oraz podsumowujący wszystko „głos” na końcu, który jest trafnym streszczeniem wcześniejszego akapitu: „Sound without focus is just noise”.

Postaram się tu wymienić te linijki, które najbardziej zapadły mi w pamięć i są potwierdzeniem wielkiej klasy jedynego rapującego członka Mensy.

Oto przykłady znakomitych porównań z użyciem kondensacji znaczeniowych, przy czym zauważmy, że niektóre wybijają się nawet poza ideę słowa pisanego i są to podobieństwa jedynie werbalne:

„I am tasteless like my tongue is surgically removed”

“You get slashed like Guns and Roses guitar player”

“The murder scene will be grizzly…. bare witness”

“When you rhyme I’m so bored you could surf on me”

“I ain’t scared of these new comers because they fly for the first time like the Wright brothers”

Nie powiecie mi chyba, że wszyscy takowych porównań używają. Jaram się takim stylem już od jakiegoś czasu a Chino opanował go do perfekcji. To coś, czego brakuje wielu artystom, szczególnie z Polski, bo w Stanach jest to w sumie na porządku dziennym. Ale w sposobie ich składania Derek Barbosa jest mistrzem.

Teraz czas na znakomite gry słowne. Nie jest tego dużo, ale jak w wielu przypadkach jakość stoi tutaj wysoko nad ilością:

„You should change Your name to “NaS” ‘cause when u ask “can u out spit Chino” all you gonna hear is a lot of “Nahhsss””

“I bring liquor bench press and write rhymes raw, so I raise the bar while raising the bar while raising the bar”

“I walk on water haters claim it’s ‘cause I can’t swim”

Przyszedł teraz czas na “zwykłe” punchline’y, których jest tak dużo, że nie sposób wymienić ich wszystkich. Pozwolę sobie przytoczyć tylko najciekawsze.

„The entire English language got together and sentenced me to death”

“You should be afraid of me I’m here to take your fans till they agree you couldn’t be my hype mans hype man”

“"My written scripture given you visions that’s damn near religious it’s wicked and twisted and mystic as covens of witches”

“Defeat Chino is an oxymoron like happy marriage”

“I’m Eating omelets that’s made from the eggs of endangered species”

“My anger is bad even the Incredible Hulk turns into Chino when he get real mad”

“I Let the flame spray then forget about u like Farrah Fawcett’s death ‘cause Micheal Jackson died the same day”

Chino na każdym kroku udowadnia, że nazwanie siebie “Lirycznym Jezusem” nie było bezpodstawne. Już teraz w ciemno mogę powiedzieć, że jego płyta będzie moją ulubioną płytą 2010 roku (o ile premiera znowu się nie przesunie). Za bardzo jaram się stylem, który reprezentuje, żeby było inaczej. Podsumowując recenzję – liryczne arcydzieło, które powinno być analizowane na lekcjach filologii angielskiej. I choć wiadomo, że Chino z dnia na dzień nie stał się najlepiej trafiającym w bit raperem w historii, to jeśli strawimy jego specyficzne flow, docenimy w pełni ten genialny tekst.

Ocena: -10/10


piątek, 19 marca 2010

El Matador - International Champions League (Feat. Satchel Page & Father D) (Recenzja)

Z El Matadorem – twórcą recenzowanego singla znam się już około trzech lat. Nawet nie zauważyłem, kiedy z rapera stał się zabójczą mieszanką MC i producenta, który współpracuje z czołowymi raperami podziemnej sceny amerykańskiej. Kilka razy już wysunął propozycję recenzji tego kawałka – kawałka, który był pierwszym, którym tak naprawdę się od niego jarałem. Wcześniejszy singiel „Boulevard Nights” nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Zaczynamy, więc pierwszą na tym blogu recenzję singla.

Pierwszy głos, jaki dane będzie nam usłyszeć to głos Satchela Page’a – nowojorskiego rapera, którego historię zamierzam przybliżyć w jednym z moich artykułów (ale niczego nie obiecuję). Od razu poznajemy, że to koleś zza oceanu, niesamowita werwa w głosie, bezbłędne flow i rytmika. Warstwa tekstowa to proste bragagdacio. Proste, w tym wypadku, nie znaczy słabe, bo zwrotka jest pod tym względem bardzo solidna. Po prostu. Nie jest genialna, ani słaba. Za to genialny, jest sposób, którym została nawinięta. I to jest jej główny atut.

Kiedy myślimy, że to już wszystko, słyszymy refren, który mnie dosłownie wbił w ziemie. Father D ladies and gentlemen. Urodzony w Londynie rastafaranin, który w wieku ośmiu lat przeniósł się do Nowego Jorku i wychowywał się razem właśnie z Satchelem. Operuje swoim wokalem w bardzo ciekawy sposób, co w moim osobistym odczuciu, daje mu miejsce w czołówce młodych wykonawców reggae na świecie. Do tego opanował trzy akcenty – brytyjski, amerykański i jamajski. To wszystko brzmi świetnie już na papierze, a efekt jest jeszcze lepszy! Dodatkowo Father zapodaje nam, może w nawet lepszym wykonaniu, krótką zwrotkę. Zważywszy na potencjał, jest niestety za krótka.

Już w czasie drugiego refrenu na drugim planie włącza się gospodarz projektu – El Matador. Raper pochodzący z Łodzi, który na oficjalnej scenie reprezentuje Brixton. Ja wiem, że to tylko moje odczucie, ale nigdy nie przepadałem za jego akcentem. No, ale cóż. Skupmy się na zwrotce, która jest najlepsza ze wszystkich trzech. Od razu dostajemy wjazd z buta z dużą ilością wielokrotnych rymów: „Hit the bricks with new tricks in the mix, make 'em transfixed and give 'em the deep six”. Raper używa w swoim tekście bardzo wielu porównań i metafor, co podnosi znacznie jego wartość. W pamięci może utkwić nam wers „I was born emceeing, the reason why I'm right is my dick cos it looks like a mic”. Tak, może i jest bardzo prawdopodobne, że tak będzie. Wszystko to Matador kładzie na bicie bardzo dobrze, nie wypada z bitu i nie czuć monotonii w jego rapie, co niestety dało się we znaki na poprzednim singlu.

Warstwa muzyczna także jest bardzo dobra. Bit zrobił dobrze znany producent z LA współpracujący między innymi z Evidence’m – Exile. Jest to podkład pochodzący z jego płyty producenckiej "Frequency Modulation”, na której jako sampli używa zakłóceń radiowych. Naprawdę bardzo ciekawy patent a co najważniejsze, w praktyce wszystko świetnie brzmi i podkład nadaje kawałkowi bangerowego klimatu.

Singiel nie odniósł spektakularnego sukcesu, ale został doceniony w muzycznych kręgach. Przykładem tego może być drugie miejsce w rankingu niezależnej stacji radiowej w Jamaica Queens. Jego remix, na którym znajdzie się jeszcze dwóch innych raperów, ukaże się na mixtape "Real Hip-Hop Forever Group Mixtape", który pojawi się w te wakacje. Podsumowując to wszystko w krótkim zdaniu – solidna robota, która nie ma chyba słabych punktów a podczas słuchania utworu energia i rześkość raperów udziela się słuchaczom.

Ocena: -8/10



Jest to pierwszy tego rodzaju tekst na blogu. Jako, że nie miałem w zwyczaj pisać recenzji pojedynczych utworów, nawet nie zaczynałem tego tematu. Ale skoro już zrobiłem ten pierwszy krok, możecie spodziewać się recenzji innych singli, które zawsze chciałem opisać a jakoś nie wiedziałem, w jaki sposób to zrobić, by opublikować je tutaj. Także już niedługo kolejna recenzja, tym razem singla mojego ulubionego rapera.

środa, 17 marca 2010

Asher Roth - Asleep In The Bread Aisle (Recenzja)


Jako, że na moim blogu prezentowałem do tej pory recenzje tylko i wyłącznie płyt dobrych lub lepszych niż dobrych (wyjątkiem była recenzja „Drogi” Hemp Gru), chyba czas, żeby napisać coś o płycie poniżej poziomu przeciętności. Jak wiemy życie przynosi wiele ciekawych tematów. Takim też była płyta Asher Rotha. Jako, że nie przestałem słuchać muzyki Copywrite’a, postanowiłem sprawdzić, jak prezentuje się jego przeciwnik. Jedyne, co od niego do tej pory słyszałem do diss „Silly Boy”. Uwierzcie mi – nie brzmiał zachęcająco (chyba, że dla gejów). Ale zdecydowałem się mimo wszystko sprawdzić produkcję Eminema (Ashera znaczy się) wydaną w 2009 roku.

Może wam się nie spodobać to, że już pierwszy akapit zaczynam od wyszydzania rapera ze wsi (znaczy z Pensylwanii). Czemu od razu porównałem go Eminema? Ano, dlatego że jak tylko usłyszysz jedną wypowiedzianą przez niego sylabę, od razu najdzie cię takie skojarzenie, jakie naszło mnie. I już nie wnikałem czy to jest zabieg celowy, czy czysty przypadek (chociaż w to nie wierzę). Ale podobieństwo brzmieniowe Ja Rule’a do DMXa to bardzo mały snop siana przy łajnie (znowu te skojarzenia z wsią, ech) podobieństw Ashera do Eminema.

Od początku do końca recenzji skupimy się na gospodarzu projektu. Nie lubię w recenzjach robić wyliczanki wad artysty. Ale tutaj, jako, że Roth jest artystą specjalnym, z chęcią to zrobię. Słuchając tego albumu tylko odliczając tracki do końca. Dlaczego? Po pierwsze, na albumie raper kreuje się na młodego korzystającego z życia człowieka, który lubi kobiety. Szkoda tylko, że jego wykreowany obraz playera jest przedstawiony tak delikatnie, jakby był nauczycielem WDŻ-u w szkole podstawowej. Przez prawie cały album brzmi jak Em, w kilku miejscach nawet jak Jon Lajoie. Sęk w tym, że Jon robi z siebie idiotę, bo ma ku temu predyspozycje, a Asher jak jego idol w „Ass Like That” błaźni się czysto pod publikę, lub nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Już po przesłuchaniu połowy albumu nasuwa się pytanie zadane przez nikogo innego jak Copywrite’a “When will he get off Eminem’s dick?”.

I nagle dostajemy kawałek „As I Em”. Asher przyznaje się do tego, że Eminem jest jego idolem i przedstawia go jako prześladującego go demona, próbując tłumaczyć, że nie próbuje być jego imitacją i boli go, gdy ludzie tak twierdzą. Używając retorycznych pytań typu „Is it my fault?” próbuje zmienić nastawienie słuchaczy. Naprawdę, czułem przez chwilę poruszenie i zapomniałem o polach buraków… Jednak zwrot „I just wanna be accepted as the illest in tha game” znowu wywołał u mnie atak śmiechu – przepraszam, starałem się.

Wracamy jednak do wyliczanki. Asher strzela sobie kolejnego samobója próbując śpiewać w refrenach. O ile rzadko przeszkadzała mi melodyjność jego nawijki, to refreny są szczytem żenady. Nie mówiąc już o tym, że w kawałku „She Don’t Wanna Man” raper używa swego rodzaju vocodera i śpiewa więcej od wokalistki, która występuje gościnnie. Ją akurat mógłbym posłuchać – jego raczej nie. Naprawdę, czasem boli to, że można zepsuć całkiem niezły kawałek jak „Bad Day”, „Sour Patch Kids” czy „La Di Da” bezsensownym wyciem (bo już nie śpiewem) w refrenie.

Najlepiej prezentuje się na pewno końcówka albumu (i to nie, dlatego że czujemy, że zaraz będzie po wszystkim). Najlepszym kawałkiem na płycie jest zdecydowanie „His Dream”. I tu nasunęło mi się kolejne porównanie do Eminema. Jego syndrom prześladuje Ashera. Kiedy robi z siei durnia (luzackie, melanżowe, wiejsko-taneczne teksty) jest po prostu żenujący. Ale gdy zabierze się za bardziej życiowe i refleksyjne tematy, staję się już niezłym raperem. Ale tylko i wyłącznie niezłym. Wiadomo, Eminem ma to w sobie, że jego obie artystyczne strony, klasyfikują się o wiele wyżej we wszystkich rankingach, ale to raczej oczywiste. Na zakończenie albumu dostajemy kolejny dosyć dobry kawałek pt. „Failing”. Asher zapewne chciał, żebyśmy po odejściu od odbiorników (nie oborników) nie czuli tego zapachu kompostu. Udało mu się.

Chciałem ten album podsumować punchem kończącym diss Copywrite’a: „Asher put his own nail in his coffin like he was gagging himself”. Jednakże, o ile diss na rapera z Ohio był największym samobójem jakiego Asher mógł sobie strzelić, to album ten jest po prostu średni. Naprawdę szkoda, że odór łajna trochę zakłóca nam odbiór bardziej poważnych tekstów a wizerunek rolnika przeszkadza nam w spojrzeniu na Ashera z trochę innej strony.

Ocena: 5/10

czwartek, 11 marca 2010

Odkrycie: Copywrite

Ostatnimi czasy nie publikuję wielu tekstów. Jestem zajęty inną gałęzią mojej twórczości i tak jakoś wyszło, że na prace na bloga jakoś nie mam czasu. Mam w przygotowaniu recenzję „All Eyez On Me”, która leży już trochę czasu na dysku, ale jakoś nie mogę zabrać się, żeby ją dokończyć. Teraz jednak, kiedy odkryłem rapera, która trafił 100% w mój gust, nie mogę nie napisać o nim paru zdań i przedstawić wam go jako jednego z najlepszych białych raperów w Ameryce. W tym zdaniu nie ma ani krztyny przesady – przed wami Copywrite.

Tak jakoś stało się, że pierwszy raz usłyszałem go na tracku z gościnnym udziałem Canibusa i Chino XL-a – dwóch MC z mojego Top-10. Naprawdę ciekaw jestem, jakiego znowu rapera odkryję poprzez łańcuch featuringów Chino… No, ale do rzeczy. Po tygodniowym katowaniu kawałka „Suicypher” i dwukrotnym przesłuchaniu jego nowej EPki postanowiłem wgłębić się w jego twórczość. Ściągnąłem jego jedyną oficjalną płytę i trzy mixtape’y. Jak wrażenia?

Pozwólcie, że najpierw przedstawię wam garść faktów. Copywrite jest, jak sam się określa, „młodym dinozaurem”. Urodził się w mieście Columbus w stanie Ohio, gdzie reprezentował podziemną scenę wraz ze swoją grupą MHz (MegaHertz), z którą wydał o ile dobrze się orientuję jeden singiel "World Premier". Potem podpisał umowę z wytwórnią Eastern Conference, gdzie to razem z producentem i członkiem swojej grupy RJD2 wydał singiel "Holier Than Thou", który miał być zapowiedzią jego debiutanckiej płyty „The High Exhaulted”.

Już na swoim debiucie raper pokazał nieprzeciętne umiejętności. Oryginalne flow, które oczywiście było jeszcze nieoszlifowane, ale już wtedy nie czuć było tej monotonii, na którą można się natknąć w produkcjach innych początkujących raperów. Dostał od swojego producenta bardzo ciekawe, mroczne bity, które uwypukliły klimat produkcji. Poza tym oczywiście Cwrite dał nam niebagatelne punchline’y, chociaż to też była strefa, w której, jak widzimy dzisiaj, miał się jeszcze rozwinąć. Album był objawieniem się światu i zapowiedzią, co gość imieniem Copywrite może osiągnąć w tej grze.

Po wydaniu płyty odszedł z wytwórni i w pewnych odstępach czasu wydał trzy mixtape’y. Kolejno: „Cruise Control Vol. 1”, „The Jerk: Vol. 0” oraz „The Worst Of The Best Of Mixtape Vol. 1”. Dwie pierwsze pozycje były oficjalnymi produkcjami, zaś trzecia to mix kawałków wydanych już wcześniej oraz tych świeżo nagranych. Raper z Ohio prezentował na nich różną formę. O ile pierwszy mixtape był po prostu średni i niczym tak naprawdę nie zachwycał, to następne dostarczyły mi to, czego oczekiwałem – niesamowitą energię, ciekawe pomysły na płynięcie po bicie + oryginalne punchline’y.

Głównym smaczkiem w jego dyskografii, przynajmniej dla mnie, była pierwsza płyta jaką od niego usłyszałem – „Ultra Sound: The Rebirth EP” wydana już w wytwórni Man Bites Dog. Tutaj Copywrite pokazał pełnie swoich możliwości. Wgniatające w fotel linijki, znakomite flow i całkiem niezłą technikę składania rymów, przy ciekawym akcentowaniu potrójnych rymów. Nie wiem czemu, jego styl troszkę przypomina mi Tonedeffa … Cała EP-ka została wyprodukowana przez Surocka, którego wcześniej nie znałem, ale po przesłuchaniu tego materiału, na pewno postaram się zapoznać z jego innymi podkładami. Spójny materiał, na którym pojawił się m.in. Royce Da 5’9” i Sean P. „Suicypher” – kawałek, o którym mówiłem, nie znalazł się na płycie, ale jest jej znakomitym dopełnieniem i czuć, że jest zrobiony w jej konwencji .

Nie zdziwi was chyba też to, że koleś z takimi umiejętnościami jak Copywrite wziął się za dissowanie. Z tego co się orientuję pierwszym jego celem był duet 7L & Esoteric. I chociaż startował z góry przegranej pozycji, myślę, że całkiem nieźle sobie poradził, chociaż to dissy Esoterica były jednak minimalnie lepsze. Beef w którym pokazał wszystkie swoje umiejętności to beef z Asher Rothem. Copy otwarcie zdissował go w kawałku „The Real Fake Shady” i oskarżył o kopiowanie wizerunku Eminema. Po dosyć słabej odpowiedzi swojego rywala wydał świetny diss „Cremation”, w którym wreszcie pokazał swój cały bitewny potencjał.

Polecam wam Copywrite’a w sumie tylko z jednego powodu – bo się nim jaram. Jednak, co koneserzy hip-hopu mogą znaleźć w jego rapie? Przede wszystkim charyzmę, której brakuje niejednokrotnie młodym artystom. Naprawdę, kiedy pierwszy raz usłyszałem jak rapuje, pomyślałem, że jest czarny. Takiej werwy w głosie, nie miał chyba żadnej biały od czasu Eminema. Świetne flow, oryginalne patenty i przede wszystkim to co tygrysy lubią najbardziej – nietuzinkowe punchline’y. Teraz CWrite pracuje nad albumem swojego zespołu MegaHertz oraz nad LP, którego przedsmakiem była omawiana EPka. Pozostaje mi tylko czekać na jego nowe produkcje i mieć nadzieje, że będą na podobnym poziomie jak „Ultra Sound: The Rebirth EP”.

piątek, 19 lutego 2010

No trades = same problems

Połowa sezonu już za nami. Zamknięcie okienka transferowego nastąpiło wczoraj o godzinie 19 czasu polskiego. Emocje związane z Weekendem Gwiazd już dawno za nami, a więc możemy przystąpić do analiz pewnych faktów, ponarzekamy sobie, jak to mamy w zwyczaju i będziemy znowu pokusimy się o opisanie alternatywnej rzeczywistości. Ta, już zaczynam o sobie pisać w liczbie mnogiej. Co te felietony ze mnie robią...

Zacznijmy od tego, że Denver Nuggets nie dokonali wczoraj żadnych wzmocnień, co jest bardzo dziwne ze względu na sytuację, którą opiszę w jednym z kolejnych podpunktów. Było kilka plotek o wymianach, jakie miałyby zajść, podobno zarząd myślał też o kilku wolnych agentach. Nic z tego jednak nie wyszło i na Playoffs idziemy z takim składem, jaki zaczynał te rozgrywki.

Po kilku pracowitych dniach, wreszcie mogłem oglądnąć jakiś mecz (przestawienie się na tryb nocny nie jest wcale takie łatwe), ale z drugiej strony, zawaliłem przez to umówione spotkanie ze znajomymi. Cóż, coś kosztem czegoś, prawda? Ale do rzeczy. Oglądnąłem pierwszy od dłuższego już czasu mecz Denver Nuggets i to nie z byle kim, bo przecież z liderami konferencji wschodniej – Cleveland Cavaliers. Aż boje się, co by było gdybym nie wszedł na terminarz 10 minut przed rozpoczęciem spotkania. Pewnie poszedłbym spać w ogóle o tym meczu nie wiedząc. Takie właśnie jest życie po Weekendzie Gwiazd.

Jako kibic „Bryłek” byłem bardzo zadowolony z wyniku pierwszej kwarty. Przycisnęliśmy „Kawalerzystów” w obronie pozwalając rzucić im tylko 21 punktów, przy czym rzuciliśmy jednej z najlepszych defensyw w lidze aż 31. Martwiła mnie jedynie postawa Melo, który grał jakby zamiast piłki w rękach trzymał cegłę, która ma łamać koszę a nie do nich wpadać. Potem jednak okazało się, że jakiekolwiek powody do obaw były po prostu tworem mojej wyobraźni. Prawdziwy mecz zaczął się w drugiej połowie, kiedy to liderzy (a właściwie lider i najlepszy strzelec [tak, będę uparty]) wzięli się do roboty po fatalnej pierwszej części spotkania. Tutaj gospodarze narzucili swoje tępo rozgrywki i rozbili „Bryłki” 12 punktami w trzeciej kwarcie. Emocjonująca czwarta kwarta przeszła potem w emocjonującą dogrywkę, w której Carmelo oddał na dwie sekundy przed końcem decydujący o zwycięstwie rzut. Był to jeden z najlepszych meczów, jakie dane było mi oglądać w tym sezonie.

Czas zająć się sprawą mniej przyjemną niż opisywanie wygranej – opisywanie składu, pewne podsumowania i prognozy na Playoffs – bo do tego ciągle dążymy. Zacznę od największego problemu Nuggets, czyli wysokich. Za każdym razem, gdy we wczorajszym meczu Shaq zdobywał punkty, łapałem się za głowę. Czemu, kiedy mieliśmy możliwość sprowadzenia jakiegoś centra, który umie bronić, nie zrobiliśmy tego? Brakuje nam centymetrów i to jest oczywiste. Ja wiem – Shaq to Shaq. Tłusty, masywny i silny potwór, który wciąż może rozstawiać większość centrów po kątach. Jednakże trener, który dysponuje dobrym, wysokim środkowym (czytaj Phil Jackson – LA Lakers – Pau Gasol) może bez problemu ustawić pod niego grę i wtedy nasza obrona pomalowanego będzie przupominała jak szwajcarski ser. Tu nie ma zmiłuj. Chociaż mamy Martina, który gra jeden z najlepszych sezonów w karierze i jest bardzo dobrym, twardym, nieustępliwym obrońcą, to wciąż brakuje mu trochę wzrostu. Nene to raczej gracz skierowany na ofensywę – Top 3 centrów w lidze moim zdaniem – genialna praca nóg, zakres ruchów i siła, którą potrafi wykorzystać. W defensywie jest solidny – ale takie coś nam nie wystarczy. O Birdmanie nie wspomnę, bo to w sumie – jak Runner zauważył – taka maskotka klubu, która w defensywie jedyne co potrafi to blokować z pomocy. Shaq wczoraj robił z nim, co chciał. To już Gortat go lepiej krył. Nie ważne. Ważne jest to, że tej dziury nie załataliśmy. O ile sprowadzenie Bena Wallace’a od początku wydawało się nieprawdopodobne, to powrót Marcusa był całkiem realny. I wiem, że on też nie jest wybitnym obrońcą 1-on-1, wiem, że jego specjalizacją są zbiórki i bloki z pomocy. Ale mówi się - lepszy rydz niż nic. Pamiętam pierwszą rundę Playoffs 2008, pamiętam, że Gasol robił z niego raczej Michaela Olowokandi’ego niż defensora roku. Ale wtedy też była to zupełnie inna drużyna. Drużyna, która kompletnie nie posiadała obrony na obwodzie (chyba, że ktoś nazwie Iversona świetnym defensorem ze względu na przechwyty) a Camby nie miał dobrze dostosowanych do gry obronnej partnerów. Wiecie, jeśli ustawia się Martina żeby krył Brytana na obwodzie i zostawia się drugiego wysokiego w pomalowanym razem z Anthonym, to katastrofa jest blisko. Ten zespół zdecydowanie zasługiwał na nazwę „Enver Nuggets” bez D jak Defense.

Jednak przy wymianie ujawnił się kolejny problem – w zamian za Camby’ego Clippers pewnie chcieliby chcieli by J.R.’a Smitha. Już mi się gęba cieszyła, że nie będę musiał oglądać z kolei jego gęby, której wyraz mówił „yyyy… a rzucę sobie”. Wymiana nie doszła do skutku, ale problem pozostał. Wiem, Earl jest dobrym snajperem. Ale każdy ma czasem takie dni, kiedy wszystko wpada, on też. Za to, gdy ich nie ma, to Nuggets tracą około 10 pozycji w ataku przez jego szalone rzuty z trzema obrońcami obok niego. W sumie, gdybyśmy go stracili, mielibyśmy małą lukę na pozycji SG. Ale mamy przecież Arrona Afflalo, który pokazał się bardzo dobrej strony w pierwszej połowie sezonu, a muszę przyznać szczerze, ż sam na początku w niego nie wierzyłem. Jest niezłym obwodowym obrońcą, choć nie aż tak twardym jak Danthay Jones, to ma o wiele większe możliwości ofensywne. Gdyby stało się tak, że Smith zostałby wymieniony, można byłoby zamaskować brak back-up SG na dwa sposoby:

-Grać więcej duetem Billups-Lawson, który jest zabójczy dla przeciwnych drużyn, szczególnie ze względu na szybkość.

-Melo mógłby więcej grać na dwójce dając więcej minut gry innym niskim skrzydłowym w drużynie. Takie ustawienie ułatwiłoby tworzenie mismatchy a Anthony mając na sobie mniej atletyczne „dwójki” mógłby częściej wchodzić w low-post.

Wymiana jednak nie doszła do skutku i Camby wylądował w Portland. Także, wróćmy do rzeczywistości a „co by było gdyby” zostawmy na inny tekst.

W tym miejscu miałem zamieścić akapit o Carmelo, stworzony praktycznie już podczas trwania pierwszej połowy meczu. Na szczęście moje obawy: że po kontuzji nie będzie już tak dobry jak wcześniej, że gdy kryje go dobry obrońca (James) to potrafi zdobywać punkty przez wymuszanie fauli, że znowu zaczyna rzucać cegły – okazały się fikcją. Przynajmniej jak na razie. Nie wiem, co będzie w następnych meczach, nie jestem przecież prorokiem. Ale jeśli będzie kontynuował tak dobrą grę, puchar dla króla strzelców nie wydaje się tak odległy. A życzę mu tego z całego serca. Żeby w końcu wyszedł z cienia Lebrona i Wade’a.

Pamiętacie jak pisałem felieton o sytuacji zespołu bez Billupsa? Teraz już nie mówię tylko o nim. „Bryłki” bez któregokolwiek ze swoich kluczowych zawodników nie są już tą samą drużyną. Lakers umieją wygrywać bez Bryanta. Bez Gasola także. Ale my niestety nie mamy tak dobrej sytuacji. O ile Billups gdy nie ma Anthony’ego potrafi wziąć na siebie ciężar zdobywania punktów, to sytuacja komplikuje się, jeżeli to on lub Martin są poza składem. Gra sypie się jak domek z kart, ze względu na brak playmakera i jedynego solidnego defensora. Nie mamy dobrze poukładanej strategii grania bez jednego ze starterów. Może to dlatego, że gracze tak dobrze się dopełniają? Miejmy nadzieję, że na najważniejszą fazę rozgrywek wszyscy będą w 100% zdrowi. Bo jeśli nie, plany zwycięskie oddalą się na nieosiągalną odległość.

Jak widzicie, ciągle dążę tu do jednego – pojedynku z Lakers w finale konferencji. Włodarze klubu nie naprawili jednego poważnego problemu, który może okazać się kluczowy w tej bitwie. Problemy zdrowotne pozostawiamy w rękach szczęścia, a czy ono się do nas uśmiechnie, to już zupełnie inna sprawa. Teraz jednak, musimy żyć drugą połową sezonu zasadniczego. Mamy mocny skład, najlepszego strzelca ligi oraz jednego z najlepszych rozgrywających. Pozostaje tylko czekać na najważniejszą fazę rozgrywek, która w tym roku może przynieść wiele niespodzianek.

Felieton napisany dla: nuggets.probasket.pl

poniedziałek, 15 lutego 2010

50 Cent - Power of the Dollar (Recenzja)

50 Cent to raper, o którym można by mówić wiele. Nie ma co się oszukiwać - jego fani to w większości nastolatkowie i słuchacze czerpiący całą wiedzę o rapie z MTV i kolorowych pisemek. Ma też rzeszę nienawidzących go tłumów, które przypisują mu całkowity brak treści, przesiąknięte komercją utwory, które plamią kulturę hip-hop. Większość tych ludzi kojarzy go wyłącznie z pozycji, które wydał u boku Dre i Eminema zapominając o jego karierze pod skrzydłami Jam Master Jay’a i jego kontaktach, które umożliwiły mu wypuszczenie debiutanckiego albumu.

Po nagraniu kilku featuringów, w tym kluczowego „React” z grupą Onyx, 50 Cent wyruszył na podbój przemysłu muzycznego. Podpisał kontrakt z wytwórnią Columbia Records, która zobowiązała się wydać jego płytę „Power of the Dollar”. Współpraca układała się bardzo dobrze, 50 Cent nagrywał materiał, a jako, że w tamtym czasie handlował jeszcze narkotykami, za zaliczkę za podpisanie umowy, kupił kolejną porcję cracku do rozprowadzenia. Nie była to wcale duża suma, chodzą nawet słuchy, że właściciele wytwórni wraz z Jam Master Jay’em sprytnie obcięli wynagrodzenie dla Centa i większa cześć tych pieniędzy trafiła do ich kieszeni.

Przechodząc już do samej płyty - jest to najlepszy lirycznie krążek rapera, który wydaje się, że z roku na rok zatraca, albo po prostu nie chce pokazywać wszystkich swoich atutów. Mamy tu ogrom porównań, gier słownych, inteligentnych punchline’ów, w niektórych momentach całkiem niezły storytelling a nawet kilka wersów, które mogą stać się mottem życiowym! Wszystko to połączone z nienaganną techniką i bezbłędnym flow. Album w znaczącym stopniu różni się od następnych krążków wydanych przez rapera, nie tylko tekstami, ale także stylistyką, oraz docelowym targetem.

Płyta jest bardzo różnorodna. „The Good Die Young” to krótkie refleksje na temat egzystencji, „Corner Bodega” jest krótkim kawałkiem przedstawiającym handel narkotykami w pigułce a „Material Girl 2000” opowiada o kobietach, które gdy wywąchają pieniądze są w stanie zrobić dla nich wszystko. W tym zestawieniu utworów nie mogło zabraknąć dissu w kierunku Murda Inc. „Your Life’s On The Line” i szeroko omawianego „Ghetto Qu’ran”, w którym raper opowiada historię swojego życia i wymienia mnóstwo ksyw swoich partnerów w interesach. To ten właśnie kawałek stał się przyczyną 9-krotnego (oficjalnie) postrzelenia 50 Centa w 2000 roku oraz śmierci Jam Master Jay’a w 2002.

Reakcja łańcuchowa zakończyła się na wydaleniu rapera z Columbia Records i gotowy już album nigdy nie został wypuszczony. Teoretycznie zakończyło się na EP-ce wydanej dwa miesiące przed strzelaniną, zawierającej pięć promocyjnych kawałków z płyty (a nawet jeden z poza niej). Czemu teoretycznie? Bo w praktyce znajomi 50 Centa z wytwórni wytłoczyli album na własny koszt i rzucili 1000 kopii w obrót w podziemiu Nowego Jorku. Można je od czasu do czasu wychwycić na internetowych aukcjach.

Osobną kwestią jest singlowy numer „How To Rob”, który zadziwia swoim pomysłem i wykonaniem. W tym kawałku 50 Cent mówi w jednym-dwóch zdaniach o okradaniu poszczególnych, rozpoznawanych gwiazd showbiznesu. Wg. zamierzeń miał być to po prostu muzyczny żart, ale niektórym wymienionym artystom nie było do śmiechu i postanowili sami zaatakować Fifty’ego. Niektóre konflikty ciągnął się do dziś. Mówi się, że kawałek jest hołdem dla oryginalnego 50 Centa - Kelvina Martina, który zarabiał na życie właśnie rabując rozmaitych celebrities mając motto „The only excuse for being broke is being in jail”.

Produkcją w większości zajęli się dobrze znani na wschodniej scenie Trackmasters. Razem z kilkoma innymi beatmakerami stworzyli typowy uliczny klimat, który idealnie pasuje pod uliczne opowieści 50 Centa i którego pewnie już nigdy nie będzie dane nam usłyszeć. Początkujący raper zaprosił też niespodziewanie dużo znanych artystów na swój album m.in. Destiny’s Child, UGK oraz człowieka, z którym pewnie wiele razy widział się na różnego typu imprezach – Noreaga’e. Nagrał z nim dwa numery, z czego jeden usłyszymy na wspomnianej EPce a drugi znajdziemy na głównym albumie.

Problem tej płyty leży w fakcie, że słyszało o niej bardzo mało słuchaczy. Przeciwnicy 50 Centa nawet nie będą chcieli jej słuchać z wiadomych przyczyn a 60% fanów nie zwracając uwagi na teksty buja się przy puszczanych w MTV singlach. Tylko ludzie, którzy szukają coraz to nowszych doznań brzmieniowych, ci, którzy bardziej wgłębiają się w tę muzykę dadzą szansę temu krążkowi. Problemem nie jest to, że krytykuje się 50 Centa za dzisiejsze dokonania a to, że ocenia się go tylko i wyłącznie po tym, zapominając o jego podziemnej karierze.

Gdy wydawałem (grube) pieniądze na oryginalny egzemplarz tej płyty wiedziałem, że będzie miał on wartość nie tylko kolekcjonerską, ale i stricte muzyczną. Młody, powiązany ze światem przestępczym 50 Cent, pokazał się z bardzo dobrej strony. Pokazał, że w przeciwieństwie do jego największego rywala The Game’a, ma niemałe umiejętności, tylko w tej chwili jakoś nie umie należycie ich wykorzystać. Pokazał się ze strony ulicznego poety, który nie boi się ani swoich wrogów, ani też największych szych w mieście. Kto wie, może gdyby pozostał przy swoim stylu z tamtych lat, dzisiaj byłby kimś w rodzaju Nasa, lub Cormega’i?

Ocena: -9/10

czwartek, 4 lutego 2010

Podsumowanie minionej dekady w NBA: Najlepsi zawodnicy

Jeszcze przed nocą sylwestrową naszedł mnie pomysł podsumowania minionej dekady NBA, która była bądź co bądź pierwszą, jaką w ogóle się interesowałem. I nawet, wtedy gdy nie oglądałem wielu meczów ze względu na brak możliwości, byłem non stop na bieżąco. Artykuł trochę przeleżał na dysku, długo nie mogłem się zebrać by go dokończyć i tak jakoś się złożyło, że publikuję go dopiero dziś. A więc: oto moim zdaniem skład, który można by określić jako „’00 All-Stars” i przyznam szczerze, że wbrew pozorom, nie były to łatwe wybory. Możliwe, że niedługo zamieszczę na blogu kolejny tekst, tym razem jednak wybiegający w przyszłość. Ale nie zagalopowujmy się za daleko.

Pierwsza piątka:

Steve Nash – Tutaj nie miałem zbytnio wątpliwości, ale gdy już uplasowałem nazwisko Kanadyjczyka jako najlepszego rozgrywającego dekady zacząłem zastanawiać się, czy na pewno gość bez pierścienia zasługuje na to miano bardziej niż np. Tony Parker, który nie dość, że wygrał trzy pierścienie, to był też MVP finałów. Nie oszukujmy się jednak, to Steve przez ten czas pokazał się jako lider z krwi i kości, znakomity playmaker, też przez wzgląd na statystyki, chociaż one tu wszystkiego nie oddają. Fakt, że nie ma pierścienia chyba nie jest aż tak ważny przy (jedynym) dwukrotnym MVP dekady, bo Parker, choć miał ma 3 pierścienie i był ważną częścią zespołu, to nie niósł aż tyle na swoich barkach, co Nash i za to przyznaję mu tę pozycję.

Kobe Bryant – Kolejna pozycja i kolejny zawodnik, który był na niej bezkonkurencyjny. Czterokrotny mistrz NBA, MVP sezonu 08-09, dwukrotny król strzelców i po odejściu Shaqa z Lakers, lider w pełnym tego słowa znaczeniu oraz mentor dla młodszych zawodników. Jeden z najbardziej rozpoznawanych graczy w lidze, który udowodnił, że w tej dekadzie, moim zdaniem, nie miał sobie równych. Zaczynał od tworzenia znakomitego duetu z O’Nealem, by po jego odejściu na chwilę pogrążyć się w „zwycięskim dołku”. Wielu oskarżało go o to, że nic nie osiągnie bez Big Daddy’ego. Mylili się. Już jako pełnoprawny lider sięgnął po mistrzostwo w 2009 roku i wszystko wskazuje na to, że może osiągnąć jeszcze więcej ze swoją drużyną.

Paul Pierce – Ta pozycja była najtrudniejsza do obsadzenia. Długo zastanawiałem się, kto bardziej zasługuje na pierwszą piątkę. Postawiłem na Pierce'a - człowieka legendę w Bostonie. Określany przez kibiców jako jeden z najlepszych Celtów w historii po Larrym Birdzie i Billu Russelu. Niesamowicie solidny i produktywny gracz, który potrafi być pierwszą, drugą a gdy trzeba to nawet trzecią opcją, usuwając się w cień. Przez wszystkie sezony dekady, jego średnia punktów nigdy nie była mniejsza niż 20 a gdy do zespołu Celtics dołączyli Kevin Garnett i Ray Allen, zrzekli się prawa do bycia liderami, na rzecz Paula. Świadczy to o wielkiej klasie tego zawodnika. Razem z tymi dwoma panami wygrał mistrzostwo w 2008 roku zostając przy tym MVP Finałów.

Tim Duncan – Ten silny skrzydłowy jest klasą samą dla siebie. I nie skłamię chyba, jeśli powiem, że to on był głównym motorem napędzającym sukcesy „Ostróg” w tej dekadzie. Solidny, pracowity, cichy zawodnik, który nigdy nie chciał być wielką gwiazdą ligi. Na początku kariery tworzył duet „Twin Towers” z Davidem Robinsonem i pierwsze mistrzostwo zdobył już w drugim sezonie gry (1999). Jeśli chodzi o to dziesięciolecie, to zwycięska seria zaczyna się od mistrzostwa w 2003 roku. Był to ostatni sezon „Admirała” w lidze. Center odchodzi na emeryturę i pozostawia drużynę w rękach Duncana. Ten prowadzi zespół do jeszcze dwóch mistrzostw (2005, 2007). Dopełnieniem osiągnięć są dwa tytuły MVP oraz taka sama liczba wyróżnień MVP Finałów.

Shaquille O’Neal – Shaq zaczął robić karierę już w latach 90 i jest chyba najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem w historii oprócz Michaela Jordana. Jest liderem w klasyfikacji wsadów do kosza i jego fizyczna dominacja, była przyczyną zezwolenia na stosowanie obrony strefowej. Ale przyjrzyjmy się bliżej ostatniej dekadzie. Mamy tutaj szerokie pasmo sukcesów. Czterokrotny mistrz NBA, trzy razy z Los Angeles Lakers a raz z Miami Heat, MVP sezonu 1999-2000 oraz trzykrotny MVP finałów. Te nominacje mówią same za siebie i to mu w większej części przypisuje się triumfy Jeziorowców w pierwszej połowie dekady i w sumie ja też mogę się z tym zgodzić. Bez wątpienia niekwestionowana ikona ligi.

Ławka rezerwowych:

Tony Parker – Mimo, że jest to już ławka rezerwowych, to ta pozycja była trudna do obsadzenia. Wahałem się właśnie między Tony’m a Jasonem Kiddem. Jednak liczba mistrzostw i tytuł MVP Finałów świadczą na korzyć reprezentanta Francji. Parker był bardzo ważnym elementem mistrzowskiej drużyny Spurs, Greg Popovich już od pierwszego sezonu gry powierzył zespół w jego ręce, co było z początku nieco kontrowersyjną decyzją mając na uwadze to, że Tony był przecież wybrany w drafcie dopiero z 28 numerem. Okazało się to jednak strzałem w dziesiątkę i to właśnie Tony układał grę mistrzowskiej drużyny z San Antonio.

Dwayne Wade – Kolejna pozycja, kolejny dylemat. Fakt, Allen Iverson wiele osiągnął indywidualnie, zdobył MVP sezonu, doprowadził drużynę do finału, ale to Dwayne Wade zdobył to, co w koszykówce jest najważniejsze, czyli mistrzowski pierścień. Można spekulować, czy to wszystko dzięki przybyciu Shaquille’a O’Neala z Los Angeles, ale to właśnie Dwayne został uhonorowany tytułem MVP Finałów i to on prowadził drużynę w kluczowych momentach. W sumie, prócz mistrzostwa, zdobył jeszcze tylko tytuł króla strzelców, ale pierścienia mogą zazdrościć mu jego rocznikowi koledzy – LeBron James i Carmelo Anthony.

Lebron James – LBJ został zepchnięty na ławkę rezerwowych dopiero przy okazji wprowadzania ostatnich poprawek do tekstu. Ten zawodnik, ma jeszcze dużo czasu na rozwinięcie się i chociaż, zasługiwał na miejsce w piątce tak samo jak Pierce, zdecydowałem się postawić na tego drugiego. James jest niesamowicie atletyczny i przez niektórych został obwołany jednym z najbardziej dynamicznych graczy w historii NBA. Na ile jest to prawdą, sam nie wiem, ale jedno jest pewne. Ten chłopak ma niesamowity talent i umiejętności, które pokazuje nam na każdym kroku. Jedyną przyczyna tego, że nie wygrał mistrzostwa było słabe wparcie ze strony partnerów.

Kevin Garnett – Jest to aktualnie najlepszy silny skrzydłowy w lidze po Timmy’m. Jego umiejętności stanowią znakomite połączenie gry w ataku i w obronie. Dekadę zaczynał jako lider Minnesoty Timberwolves i z tą drużyną doszedł do finału konferencji zachodniej w 2004 roku zgarniając nagrodę MVP sezonu zasadniczego. Na pierścień musiał jeszcze trochę poczekać. Po zasileniu Boston Celtics stał się głównym komandorem i dyrygentem defensywnej strony, spełniając przy tym ważną rolę w ataku, jako pierwsza opcja podkoszowa. Upragnione mistrzostwo zdobył w 2008 roku przy okazji inkasując nagrodę dla najlepszego defensora ligi.

Ben Wallace – Nie bez powodu nadano mu ksywę Big Ben. Ten zawodnik, to moim skromnym zdaniem, najlepszy obrońca tego dziesięciolecia. Przez wiele lat, jego sama obecność na boisku zmuszała przeciwników do trzykrotnego zastanowienia się, co do zamiarów wjazdu pod kosz. Niesamowity refleks przy blokach i zbiórkach, twarda gra pod koszem to jego klucz do sukcesu. Czterokrotny defensywny gracz roku, mistrz NBA z Detroit Pistons, w którym razem z innym Wallace’m – Rasheedem pokazali, co oznacza hasło „Mistrzostwo wygrywa się obroną”. Jego wartość zaniża tylko fakt, że jest kompletnym beztalenciem w ataku. Notuje on średnio tylko 6.2 punktu na mecz.

Jason Kidd – O Jasonie można mówić wiele. Znany jest jako maszyna do triple-double, znakomity podający oraz jeden z lepszych zbierających ze stawki rozgrywających. Był najmocniejszym punktem New Jersey Nets podczas serii dwuletnich (przegranych) obecności w finałach. Ponadto jego dobrą grę w obronie nagradzano czterokrotnie umiejscowieniem go w piątce najlepszych obrońców NBA.


Allen Iverson – „The Answer” to temat rzeka. O ile się nie mylę, jest najlepiej punktującym graczem dekady. Jego osiągnięcia indywidualne to naprawdę długo ciągnąca się lista. Doprowadził 76ers do finału NBA w 2001 roku, kiedy to zdobył nagrodę MVP sezonu zasadniczego. Cztery razy był królem strzelców oraz trzy razy przewodził lidze w przechwytach. Gdyby nie to, że nie ma do tej pory pierścienia, byłby umieszczony przeze mnie w rotacji 10 zawodników. A tak – jest poza nią.

czwartek, 28 stycznia 2010

Chino XL - Poison Pen (Recenzja)


Tak jak pisałem w poprzedniej recenzji, Chino XL, problemy z wydawaniem płyt miał od zawsze. Po ukazaniu się jego drugiej solowej płyty „I Told You So”, która nawiasem mówiąc przeszła raczej bez echa, znowu zrobiło się o nim cicho. Gdy już miał koncept na kolejny album, po raz kolejny odczuł trudy bycia niezależnym artystą. Po raz kolejny wytwórnie fonograficzne nie mogły porozumieć się z nim w sprawie wypuszczenia jego materiału . Zdesperowany Chino, we współpracy z Mr. Chociem wrzucił pod koniec 2005 roku wszystkie kawałki do internetu jako „Poison Pen: The Lost Tapes”. Miesiąc później niespodziewanie dostał ofertę kontraktu od mało znanego Activate Entertainment. Album pod tytułem „Poison Pen” został wydany w 2006 roku w limitowanej liczbie kopii z autografem artysty i drugim dyskiem dołączonym jako bonus.

Albumy wydawane w takim odstępie czasu pokazują jak bardzo dojrzewa artysta. Nie inaczej sprawa ma się z Chino. O ile przy okazji poprzedniej mieliśmy okazje zaobserwować zmianę z wyszczekanego szczeniaka, który wyśmiewa wszystko i wszystkich na około na trochę poważniejszego, ale dalej wyszczekanego mędrca z getta, to tutaj Derek pokazuje siebie z zupełnie innej strony. Nie jak wcześniej ze strony bezpardonowej maszyny do mordowania lirycznego, ale ze strony człowieka, który także ma uczucia i co najważniejsze, nie boi się o nich mówić.

Ostrych jak brzytwa punchy mamy tu o wiele mniej, na czym artysta cierpi niezmiernie, bo na tym tak naprawdę opierał się do tej pory jego rap. Lukę wypełniają liczne kawałki z większą głębią liryczną, takie, których nawet byśmy się nie spodziewali przechodząc prosto z „I Told You So” na „Poison Pen”. Ale nie możemy znowu przesadzać. Daleko mu przykładowo do rozważań na poziomie Mos Defa czy Taliba Kweli. Chino po prostu znalazł złoty środek pomiędzy mocnymi linijkami a głębszymi utworami. To czy mu to wyszło, to raczej kwestia gustu. A o gustach się nie dyskutuje, czyż nie?

O jaką różnorodność mi chodzi? Przykładów jest wiele. Niezwykle oryginalny i głęboki „Skin”, w którym autor przychodzi na sesję do swojego wyimaginowanego psychiatry i opowiada o swoim życiu i emocjach, z którymi nie może sobie poradzić. „Can’t Change Me” jest kawałkiem, którego nie boję się obwołać mianem drugiej części znanego z pierwszej płyty utworu „Kreep”. Jest to o wiele lepsza i łatwiejsza do zrozumienia wersja poprzednika, w której artysta tłumaczy swojej byłej dziewczynie dlaczego od niej odszedł i przy tej okazji wyrzuca z siebie wszystkie pretensje skierowane w jej stronę. Ostatni wers tego kawałka naprawdę pozostaje w pamięci na długo. „B-Boy/Gangsta” to opowieść o sobie jako o chłopaku, który stał się raperem i pewnego rodzaju interwencja na bieżące wydarzenia: „Nelly dissing KRS-One? We gotta stop him! What's next, Beyonce battling Rakim?”. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o genialnym „Wordsmith”, który jest w moim prywatnym odczuciu najlepszym kawałkiem zawierającym tak dużą ilość gier słownych. To co Chino wyrabia tutaj z sylabami, jest po prostu nieprawdopodobne.

Stare, dobre braggdacio dalej wychodzi tutaj Chino bardzo dobrze, a wręcz świetnie. Chociaż kawałków podchodzących stricte pod ten styl jest o wiele mniej niż wcześniej, to i tak słyszymy tę werwę i dostrzegamy niezwykłe umiejętności rapera, do tworzenia wbijających w fotel linijek. Znajdziemy tutaj takie kąski jak „Even If It Kills Me”, „Messiah”, w którym artysta nawiązuje do wspomnianych już problemów wydawniczych: „The record business is all luck, I go to a whorehouse for a good deal and get a record deal to get fucked” czy też “What You Lookin’ At”, chyba najmocniejszy z wymienionych. Oprócz tego mamy nawet kawałki, które przez stylistykę bitu, można określić jako bangery. Mowa tu o “Don’t Fail Me Now” i “All I Wanna Do... (Bout Nuthin')”. Wszystko to połączone jest bardzo dobrze, a dodatkowo jako bonus dostajemy znany z poprzedniego albumu kawałek "Nunca", który prawdę mówiąc bardziej pasuje do tego albumu, niż do poprzedniego.

Jest też, pewien żenujący fakt, na którego trop wpadłem dopiero kończąc tę recenzję. Wiele razy słyszałem o cenzurowaniu słów „Jezus” czy „Bóg”, gdy padały one w nieodpowiednim lub też kontrowersyjnym kontekście. Czemu o tym wspominam? Bo niestety na tej płycie też znajdziemy syndrom fałszywej poprawności religijnej. Ostatecznie mogę zrozumieć Prodigy'ego, który ukrył wersy dissujące dwie pierwsze osoby Trójcy Świętej w kawałku „Pearly Gates”. Ale Chino XL, ten sam człowiek, który nazywa się lirycznym Jezusem i Mesjaszem? Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe, a z drugiej trochę śmieszne. Chodzi tutaj oczywiście o ocenzurowanie słowa „Jesus” w wersie „Gimme a time machine, a bottle of crack in Jesus manger”. Jeśli sami chcecie to sprawdzić, przesłuchajcie wersję kawałka „Messiah” z mixtape’u „Lyrical Messiah” i porównajcie do tej zamieszczonej na albumie.

Warstwa muzyczna to bardzo udana mieszanka dwóch stylów poprzednich płyt. Z jednej strony mamy mroczne, samplowane bity, a z drugiej nowoczesne, elektroniczne i zachęcające do bansowania w ich rytm. Nie mogę tu oczywiście zapomnieć o przepięknych podkładach opartych na samplach z muzyki klasycznej, czyli wspomnianych już wyżej „Even If It Kills Me”, „Messiah” oraz „Wordsmith”. Za produkcję odpowiadają znani z poprzednich płyt Bird i Carlos Bess jak i zupełnie nowi producenci w otoczeniu Chino tacy jak N Kredible, Bill Bilion a także Proof, który udzielił się na płycie także jako raper a z którym Portorykańczyk szybko się zaprzyjaźnił a potem zmuszony był opłakiwać jego śmierć.

Jak więc się prezentuje ostatnia jak do tej pory, solowa płyta Chino? Bardzo dobrze, wciąż jest to jeden z czołowych raperów na wschodzie a tutaj pokazał się z trochę innej strony niż poprzednio. Prawda jest jednak taka, że mimo iż niektóre kawałki zmuszają do refleksji i są jakąś nowością w stosunku do poprzednich płyt, to nie są one aż tak genialne żeby ratować spadającą ilość tego z czego jest znany – mocnych punchy. Jednak to wszystko razem tworzy bardzo ciekawą kompozycję a pocieszeniem dla tęskniących za jego dawnym stylem są single z nowej płyty, zwiastujące powrót do korzeni.

Ocena: +8/10