Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

Podsumowanie roku 2011

Można powiedzieć, że miniony rok trochę przespałem. Nie sprawdzałem albumów na bieżąco i musiałem wszystko nadrobić w trzy tygodnie. Tak więc, trochę później niż zwykle, ale jest – podsumowanie roku 2011. Roku, który był cholernie mocny, chyba najmocniejszy z opisywanych przeze mnie w przeszłości. Wyszło wiele naprawdę dobrych produkcji i żeby je wszystkie opisać musiałbym zrobić przynajmniej Top 20. Ale jako, że reguły są inne (no i trochę mi się nie chce) pozostaniemy przy starych wyznacznikach.

Albumy roku:

1. Royce da 5’9” – Success Is Certain (-5)

Royce zdecydowanie pokazał się z dobrej strony w tym roku, o czym jeszcze napiszę później. Jego piąty solowy album – „Success Is Certain” zapowiadany jako seqeul jego najlepszej płyty „Death Is Certain” to bardzo dobra, różnorodna produkcja. Znajdziemy tam zarówno braggi, kawałki bardziej osobiste, storytellingi oraz jeden bardzo dobrze przemyślany tribute. Wszystko to utrzymane w lekko mrocznym klimacie, choć nie tak bardzo mrocznym jak prequel. Pełną recenzję krążka można przeczytać tutaj. Na pewno jest to dość kontrowersyjny wybór i przyznaję się, że jest on bardzo subiektywny. Ale to w końcu mój blog także jak się nie podoba to wiadomo.

2. Tech N9ne - All 6's & 7's (-5)

Mainstream better watch out cos here comes Tecca Nina. Po kilku średnio udanych produkcjach w końcu otrzymałem od Tech N9ne’a coś co katowałem podobnie jak „K.O.D.”. Miłośnicy undergroundu zjechali tę płytę z góry na dół, ale moim zdaniem jest to najlepsza solowa płyta Techa od czasu wspomnianego Króla Ciemności. Niesamowite flow, ciekawe pomysły na numery, dobre featuringi i bardzo dobra produkcja stworzyły krążek do którego często wracałem i wracać będę. Pełna recenzja znajduje się tu. Szkoda, że Nina nie powtórzył sukcesu z 2009 i nie wydał dwóch miażdżących płyt w tym roku zamiast jednej. Collabos były bardzo średnie (szczególnie w porównaniu do solowego albumu).

3. Lil Wayne – Tha Carter IV (-5)

Lil Wayne – postać hejtowana przez truskuli, wielbiona przez fanów mainstreamu i doceniana zarówno przez krytyków, raperów jak i bardziej wyważonych słuchaczy. „Tha Carter III” było idealną płytą mainstreamową, kolejne produkcje były niezłe, ale nie mogły równać się z geniuszem trzeciej części sagi Carterów. Czy „IV” jest godnym następcą „III”? Zdecydowanie tak. Weezy pokazał tu to co w nim najlepsze. Nie eksperymentował już tak jak na poprzednich płytach (czy to z rockiem czy z auto tunem, choć wyjątkiem jest niezłe „How To Love”), skupił się natomiast na wylewie skillsów zarówno lirycznych jak i wokalnych. Jest to moim zdaniem najlepsza płyta Weezy’ego pod względem tekstów i choć nie ma już tej swobody co na trójce dalej bardzo dobrze składa punche, gry słowne, pisze niezłe storytellingi jak i przedstawia swoje poglądy czy pokazuje świat takim jakim on widzi. Produkcja też nie zdołała zagrozić trzeciej części, jednak wciąż prezentuje ona bardzo wysoki poziom.

4. Jay-Z & Kanye West – Watch The Throne (-5)

“Ye is chillin’, Jay is chillin’ what more can I say, we killin’ em”. Tak samo jak w przypadku płyty Royce’a po usłyszeniu pierwszego singla obawiałem się trochę o produkcję ale jak znowu się okazało – niesłusznie. Od chwili gdy zacząłem słuchać rapu, Jay-Z jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, tak samo stało się i teraz. Masa charyzmatycznych linijek, skomplikowanych punchy, fajne pomysły na zwrotki i idealne flow – to od zawsze charakteryzowało głowę Roc-A-Fella Records. Kanye za to dał chyba najlepsze rapsy w swoim życiu i chociaż odstawał wyraźnie od swojego kolegi to i tak wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Dodatkowo to właśnie Ye jest współodpowiedzialny za większą część bitów na płycie za co należy mu się medal. Produkcja niemalże wyprzedza swoją epokę, jest bardzo oryginalna a panowie odnajdują się w niej znakomicie.

5. Canibus - Lyrical Law (+4)

Canibusowi po wydaniu tej płyty odjebało. Zresztą już na tej płycie nie było szumnie zapowiadanego dissa na Royce’a, który wyciekł dopiero niedawno. Ale to i tak nic przy fatalnym dissie na J. Cole’a i po żenującej próbie przeprosin dzień potem. Jeśli nie wiecie o co chodzi wygooglujcie, zapewniam, że takiego stężenia żenady dawno w rapie nie było. Ale co jak co ta płyta mu się udała. Fajne pomysły, mocne linijki, featuringi na bardzo wysokim poziomie i w końcu bardzo dobra produkcja sprawiły, że jest to płyta, która może się równać do jego najlepszych. Pełna recenzja tutaj.

6. K-Rino - Alien Baby (+4)

K-Rino nikomu nie trzeba przedstawiać. Geniusz liryczny z Houston wyrobił sobie już w podziemiu markę, którą ma niewielu. Człowiek ten potrafi wydać 4 płyty w rok a co najważniejsze ciągle utrzymuje najwyższy poziom. Tak samo było i w tym, wydał dwa krążki, które trafiły do mojego Top 10. Pierwszy z nich „Alien Baby” oceniłem trochę wyżej niż drugi, ale nie między nimi jakiejś dużej różnicy. Na tym albumie Rino poświęcił się trochę bardziej konceptom, bardzo ciekawym zresztą. „Perfect Word”, „Alien Baby” czy „Feather Of The Flame” to numery, które najbardziej zaskoczyły mnie pomysłowością tego człowieka, który w rapgrze jest już ponad 20 lat. Znajdziemy tu też track, który spowodował, że oceniłem ten album wyżej niż drugi - „Lifting The Veil” opisujący pogańskie pochodzenie chrześcijańskich rytuałów (trzeba w końcu szerzyć prawdę). Wszystko to okraszone bardzo dobrym flow gospodarza oraz naprawdę niezłą produkcją, co u Rino niestety nie jest na porządku dziennym.

7. Game – The R.E.D. Album (4)

Już nie The Game, tylko Game, w końcu wydał przekładany mnóstwo razy Czerwony Album (choć z czerwoną hołotą nie ma to nic wspólnego). Jest to zdecydowanie najdojrzalsza płyta rapera z Compton i choć wiemy, że nie jest on ani geniuszem lirycznym, ani geniuszem techniczno-wokalnym to nie można mu odmówić serca, które wkłada w muzykę. Album jest dosyć różnorodny, jest trochę gangsterskich przechwałek (jak zwykle zresztą u niego) są też ciekawe koncepty „Born In The Trap”, „Ricky” a nawet kawałki motywacyjne „Pot Of Gold”. Jak też zawsze u Game’a produkcja podnosi ocenę pół punktu/punkt do góry. Podobnie jak jego rywal 50 Cent, Gracz ma wyjątkowo dobre ucho do bitów i pozwala mu wybierać największe perełki nawet na mixtape’ach. Khalil? Premier? Zdecydowana czołówka beatmakerów.

8. J. Cole - Cole Word (4)

Nowy (choć w sumie już nie tak bardzo) nabytek Roc Nation w końcu wydał swój długo wyczekiwany debiutancki krążek. Wielu słuchaczy, pewnie znudzonych czekaniem, już na początku stwierdziło, że Cole nie zdoła wyjść z szufladki „mixtape rapper” i nie dorówna na płycie swoim mixtape’om. Czy tak było? Zdecydowanie nie. Mixtejpy były workiem w które Cole wrzucił tracki o ruchaniu i braggi (także o ruchaniu). Za to tu cała płyta jest różnorodna, zarówno pod względem lirycznym jak i pod względem produkcji. Mamy np. genialne „Dollar & The Dream III”, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie, kilka głębszych poruszających wiele tematów tracków i wcale nie tak dużo bragg. Chociaż „Mr. Nice Watch” z Jay’em jest zacne. Oczywiście numerów o seksie (w wielu zresztą spojrzeniach na tę sprawę) też nie zabrakło. Zdecydowanie bardzo udany debiut, miejmy nadzieje, że od tego momentu J będzie się tylko rozwijał.

9. K-Rino - The Day Of The Storm (4)

Druga płyta K-Rino, to płyta bardziej braggowa niż konceptowa, choć konceptów jest tam i tak więcej niż na płycie przeciętnego rapera. W aż 19 utworach znajdziemy to z czego znamy K-Rino – punche, metafory, świetne pomysły na wersy i skomplikowane konstrukcje rymowe. Znalazł się tu też kawałek, który zawładnął moją playlistą na kilka dni pt. „Flow Session Number 4”. Tak dobrego battle tracka jak ten w tym roku nie było. Wszystko to położone jest na bitach nieco lepszych niż w „Alien Baby”. Mimo wszystko czemu jest niżej? Jest na niej mniej zapadających w pamięć (przynajmniej moją) utworów niż w przypadku płyty wydanej w lutym. No i ten jeden śpiewany kawałek, który w ogóle tutaj nie pasuje i przez niego pierwszy raz w życiu Rino stał się w moich oczach kimś z kogo można się śmiać. Nie licząc oczywiście obśmiewania okładek, które co album dostarczają dobrą porcję śmiechu.

10. Vakill - Armor Of God (4)

Miałem ogromne problemy z opisaniem tej płyty w tym zestawieniu. Może dlatego, że fraza „płyta obfituje w ogrom punchy, metafor, porównania i ciekawe koncepty” przewinęła się już za dużo razy w artykule. No, ale co mam innego napisać? Vakill powrócił, drodzy państwo. A jeśli powraca Vakill, razem z nim powraca cały warsztat umiejętności lirycznych. Dlatego właśnie to tę płytę usytuowałem na miejscu dziesiątym, a konkurowała z trzema następnymi, które widzicie poniżej. Raper z Chicago przypomniał o sobie świetnie napisanym, dobrze wyprodukowanym i zapadającym w pamięć materiałem. Nic więcej nie muszę dodawać. Sam fakt, że wygrał konkurencję z tak mocnymi zawodnikami jak Apathy czy Faraon Monch mówi samo za siebie.

Piątka poza dziesiątką:

Apathy - Honkey Kong

Pharaohe Monch - W.A.R.

Reks - Rhythmatic Eternal King Supreme

Classified - Hand Shakes And Middle Fingers

WC - Revenge Of The Barrakuda

EP Roku:

1. Bad Meets Evil – Hell: The Sequel (+4)

Duet mający potencjał na bycie najlepszym w historii tego gatunku muzycznego w końcu uporał się ze swoimi problemami i stworzył po 10 latach nowy projekt. Na początku EPka nieco mnie zawiodła, ale z czasem zaczęła mnie coraz bardziej jarać i przesłuchałem ją już naprawdę wiele razy. Choć krótka, jest dosyć różnorodna lirycznie a raperzy pokazali na niej pełny zestaw swoich umiejętności. I chociaż Eminem nie jest już tym samym Eminemem co kiedyś to dalej dobrze się go słucha. Dobre braggi, fajne koncepty i idealni moim zdaniem technicznie raperzy do gwarancja udanej płyty. Pełna recenzja tutaj.

2. Slaughterhouse – Slaughterhouse EP (+4)

„Slaughterhouse family, ridin’ like a taxi”. Supergrupa złożona z Royce’a, Joe’ego Buddena, Joella Ortiza i Crooked I’a powróciła w tym roku z EPką, która miała być dopełnieniem kontraktu z wytwórnią E1. Tak jest, Eminem w końcu przyjął ich do swojej wytwórni gdzie aktualnie pracują nad drugim longplay’em. Chociaż EP zawiera tylko cztery nowe numery i dwa remixy (a właściwie trzy nowe numery i trzy remixy, bo „Put Some Money On It” z The LOX pojawiło się na płycie Joella) jest bardzo dobrym obrazem tego, co ci goście potrafią zrobić na majku. Dużo dobrych punchy i przede wszystkim świeżości, mimo (co jak co dobrych) remixów.

3. Crooked I – In None We Trust: Prelude (+4)

Crooked I to kolejny raper, który swoich fanów traktuje jak Dr. Dre. Płytę wydaje już od trzech lat i dalej nie ma po niej śladu. W tym roku chciał trochę poprawić swój wizerunek i rzucił do neta dwie EPki, „In None We Trust: Prelude” oraz „The Million Story EP”. Ta pierwsza była nieco dłuższa i stała na nieco wyższym poziomie. Crooked po Royce’ie to najlepszy MC ze Slaughterhouse i to zdecydowanie słychać. Raper z Long Beach dobrał bardzo dobre bity (Khalil!), napisał świetne teksty i zaprosił ciekawych gości (Mistah FAB odzyskał swoja zwrotką mój szacunek).

Mixtape roku:

Fabolous – There Is No Competition 3: Death Comes In 3’s (4)

Długo zastanawiałem się jaki mixtape zdobędzie w tym roku tytuł najlepszego. Jako, że nie było kontynuacji serii „The Bar Exam” od Royce’a, który z góry byłby na pierwszej pozycji o wyróżnienie walczyły w sumie tylko dwa. I oba mixtape’y były autorstwa Fabolousa. Wybrałem trzecią część sagi „There’s No Competition” tylko dlatego, że wolę bardziej bragga i ostry bitewny klimat od rozkmin na bardziej jazzowych bitach na „The S.O.U.L. Tape”. Chociaż tamta mixtaśma też była zacna. Co jednak mamy tu? To z czego Loso jest znany – z punchy, gier słownych i zajebistego, wyróżniającego się slow flow. Były może dwa kawałki, które były bezpłciowe no i szczerze przyznam, że trójka mimo wszystko nie może dorównać dwójce. Poza tym, jest dobrze.

Raper roku:

Royce Da 5’9”

Tym razem nie jest to jakaś bardzo subiektywna ocena. Royce zdominował ten rok. Wydał album roku, był współtwórcą EPki roku, nawinął zwrotkę roku, zaliczył gościnny występ roku oraz napisał punch roku. Dużo tego prawda? Dodatkowo, był to rok bardzo przełomowy dla Ryana, ponieważ od czasu wznowienia współpracy z Eminemem zaczął być coraz lepiej rozpoznawalny i powoli zgarnia fame na jaki zasługiwał od wielu, wielu lat. Słowa „Hi Rihanna” z tegorocznego BET Cypher powtarzali nie tylko fani rapu z wytwórni Shady Records ale także i słuchacze popu, R’n’B i innych bardziej lubianych przez amerykanów gatunków. Doszło nawet do tego, że serwisy plotkarskie podchwyciły zdjęcie gołych, zwisających jaj rapera (ble), który jeszcze nie tak dawno nie mógł nawet ruszyć się ze swojej dzielnicy i pił jak smok wawelski. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Oby tak dalej Royce (tylko mniej jaj na zdjęciach)!

Porażka roku:

Jedi Mind Tricks - Violence Begets Violence (-2)

"Violent by Design" to arcydzieło tekstowe, "Visions of Gandhi" to arcydzieło muzyczne (moim zdaniem najlepiej wyprodukowana płyta w historii) a ostatnia płyta grupy (niestety już tylko duetu) jest porażką w każdym tego słowa znaczeniu. Vinnie zaliczył olbrzymi regres, nawet jeśli spojrzeć na jego niedawny solowy krążek a Jus Allah to teraz kompletny inwalida. Koleś, który na wspomnianym "Violent by Design" pokazał się z bardzo dobrej strony teraz obrócił się do nas osraną dupą i pokazał się z najgorszej strony z jakiej mógł. Jest tak fatalny, że aż żal słuchać. Dodatkowo, kiedyś powiedziałem, że Jedi Mind bez Stoupe’a nie będzie istniało. Moje obawy się w pełni sprawdziły. Nie polecam tej płyty nikomu, lepiej odpalić sobie „Season of the Assassin”.

Żenada roku:

Chino XL i The RICANstruction/The Black Rosary

Miałem nadzieję, że w końcu będzie mi dane zrecenzować płytę najlepszego panczlajnera w historii. Ale nie, nie mogło tak być. Sam Chino był zajęty siedzeniem na twitterze i pomaganiem lewakom w obronie twierdzy na Wall Street, więc na wydanie albumu nie miał po prostu czasu. Co z tego, że podawał pięć (!) różnych dat premiery (marzec, lipiec, sierpień, październik, grudzień) skoro i tak skończyło się na jednym, tylko niezłym singlu. Kiedyś Chino nawinął „By This industry I’m trying not to get fucked like 2Pac In jail”. Teraz ktoś powinien ułożyć punch: “By this industry I’m trying not to get fucked like Chino’s fans”.

No i to by było na tyle. Sądząc po tym jak opornie mi szło złożenie się do napisania tego artykułu (bo samo napisanie nie było zbytnio czasochłonne i trudne) następne podsumowanie może już nie powstać. W sumie nie wiem czy w ogóle coś jeszcze tu powstanie. Wiem, że nawet sieah (shot out) dopomina się o recenzje, ale trudno robić coś na co nie ma się ochoty. Tak czy inaczej czekajcie, możliwe, że coś się pojawi jak najdzie mnie jakaś chęć na napisanie czegoś.

piątek, 7 stycznia 2011

Top 10 albumów 2010 + wyróżnienia

Po ponad roku od pierwszego podsumowania na tym blogu po raz kolejny przychodzi mi pisać o najlepszych albumach minionych 365 dni. Tym razem o wiele lepiej przygotowałem się do roboty, przesłuchałem o wiele więcej albumów i po każdym robiłem sobie notatki i wystawiałem ocenę. A było, co oceniać. Rok 2010 był moim zdaniem o wiele mocniejszy niż i tak mocny rok 2009, który zachwalałem. Oczywiście nie doczekałem się płyt moich ulubionych raperów zapowiedzianych wieki temu, ale na szczęście mój gust muzyczny trochę się zmienił i nie wyczekuję już „RICANstruction” czy „Home Street Home” (szczególnie po fatalnych mixtape’ach Spice’a) tak mocno. A więc panie i panowie, zaczynamy ranking Top 10 płyt 2010 roku!

1. Diabolic - Liar & A Thief (9/10)

Dla tych, którzy mnie znają nie powinno to być wielkim zaskoczeniem. Płytę Diabolica polecił mi mój człowiek, który ma bardzo zbliżony gust muzyczny do mojego. Zachęcony licznymi pochwałami warstwy lirycznej w końcu posłuchałem krążka i przeżyłem pierwsze zaskoczenie w tym roku. Jak łatwo się domyślić po pierwszych zdaniach Diabolic jest piekielnie mocny tekstowo. Mordercze punchline’y przewijają się z politycznymi oraz spiskowymi treściami a w ramach urozmaicenia mamy możliwość przesłuchania znakomitego storytellingu. Do tego dochodzi nienaganna technika, która jest bardzo rzadko spotykana u typowych bitewnych raperów. To wszystko, o czym pisałem składa się na płytę roku, którą polecam wszystkim, którzy jej jeszcze nie sprawdzili.

2. Copywrite - The Life and Times Of Peter Nelson (9/10)

Kolejna płyta, która była dla mnie zaskoczeniem. O Copywricie pisałem już jako o moim odkryciu 2010 po przesłuchaniu jego EP’ki „Ultra Sound”. No dobrze, ale co to za zaskoczenie skoro od razu wiedziałem, że jest zajebisty a płyta okupuje miejsce w trójce najlepszych albumów roku? Chodzi o to, że spodziewałem się praktycznie samego (zajebistego) braggadacio a otrzymałem płytę, w której bragga jest tylko dodatkiem. Cwrite nagrał bardzo osobisty album dedykowany swojej zmarłej matce. Mamy tutaj dużo wspomnień z dzieciństwa, apostrof do matki czy prostych ale głębokich refleksji nad życiem. Wspomniane bragga to tylko ułamek albumu, ale jest wykonany perfekcyjnie.

3. Cymarshall Law & The Beatniks - Freedom Line Express (9/10)

Podium zamyka kolejne zaskoczenie, powiem nawet, że największe zaskoczenie tego roku. Cymarshall Law jest raperem cholernie oryginalnym. I właśnie ta oryginalność zawładnęła moim umysłem podczas słuchania tej płyty. Album odbija się od wszystkich sztywnych schematów i pokazuje zupełnie inne spojrzenie na muzykę. Cymarshall na każdym kroku bawi się słowami, bawi się formą, bawi się techniką, oraz bawi się językiem. Tak można tę płytę nazwać. Zabawa. Wszystko to na lekko eksperymentalnych latynoskich bitach. Z tym. że takich eksperymentów można słuchać całymi dniami.

4. Canibus - Melatonin Magik (-9/10)

Bardziej szczegółową recenzję płyty znajdziecie tutaj. Mówiąc ogólnikowo po bardzo mocnej i filozoficznej pozycji, jaką była płyta „For Whom The Beat Tolls” wydana w 2007 roku Canibus poszedł ku o wiele mroczniejszej części swojej osobowości. Album to niemała gratka dla wielbicieli teorii spiskowych. Bis przewija tam bitewne rymy, z opisem światowego spisku mającego na celu wypompować z ludzi człowieczeństwo. Wszystko to oczywiście, jak na najlepszego tekściarza wszech czasów przystało, ubarwione znakomitymi metaforami oraz cholernie trudnym słownictwem.

5. Ras Kass & DJ Rhettmatic - A.D.I.D.A.S. (-9/10)

Ras Kass po bardzo dobrym „Quarterly” z 2008 roku po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najlepszych (moim zdaniem najlepszym) lirykiem zachodniej sceny. Poza tym operuje ciekawym flow, które przyciąga do niego nawet słuchaczy, którzy mają kompletnie wbite w teksty. „A.D.I.D.A.S.” jednak jako dwupłytowy album nie zdał całkowicie egzaminu. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że zlepienie materiału do jednej, wypełnionej po brzegi CD byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Chociaż przesyt nie rzuca się tutaj w uszy tak jak w przypadku np. „All Eyez On Me”. Pełną recenzję płyty możecie przeczytać tutaj.

6. Big Boi - Sir Lucious Left Foot The Son Of Chico Dusty (-9/10)

Płyta Big Boi’a to w 100% to, za co lubię rap z południa. Przebrzydły vibe próbujący wydostać się z głośników podczas każdego uderzenia basu. Połówka duetu Outkast wspięła się chyba na wyżyny swoich możliwości i dała nam praktycznie idealny album, którego największym atutem jest warstwa dźwiękowa oraz aranżacja wokali. Nie muszę chyba nic więcej pisać, bo album, który ma w swojej obsadzie Geaorge’a Clintona powinien obronić się sam. Ba, nawet Gucci Mane jest na nim słuchalny a to musi o czymś świadczyć!

7. Brotha Lynch Hung - Dinner And A Movie (+8/10)

Psychopata z Sac-Town powraca, tym razem trzymając flagę Strange Music. Krążą opinię, że na tej płycie Lynch dorównał samemu sobie z „Season Of Da Siccness”. Mój komentarz do tego zdania brzmi – nahhhhh. Ale zbliżył się do tego poziomu niebezpiecznie blisko. Tak niebezpiecznie, że znów ludzie o słabych nerwach mogą poczuć ciarki na plecach słuchając tego materiału. Głównym motywem płyty jest kanibalizm, ale nie zabraknie też innych mrożących krew w żyłach historyjek. A to wszystko z bardzo dobrą i klimatyczną warstwą muzyczną w tle.

8. Celph Titled And Buckwild - Nineteen Ninety Now (+8/10)

Tych panów chyba nie trzeba przedstawiać. Celph Titled to jeden z niewielu mc, którzy mogą próbować zagrozić Chino swoimi punchline’ami a Buckwild to legendarny producent spod szyldu DITC. Co wyszło z tego połączenia? Bardzo dobra płyta, choć mnie lekko zawiodła. Mimo, że Celph na każdym kroku potwierdza swoje imponujące umiejętności liryczne a Buck przenosi nas swoimi podkładami do lat 90 to coś mi tutaj nie pasuje. Może to, że Celph nie brzmi zbyt dobrze na tych bitach? Nie, to nie to. Sam nie wiem. No, ale kto mówi, że po przesłuchaniu każdej płyty trzeba przeżyć muzyczny orgazm?

9. Black Milk - Album of the Year (+8/10)

Scena Detroit jest ostatnimi czasy zatrważająco mocna. Eminem i Royce wciąż okupują tron, ale tacy gracze jak Black Milk udowadniają, że świeża krew ma bardzo dużo do powiedzenia. Czarne Mleko to oprócz DJ’a Quika i Lorda Finesse jedna z najlepszych hybryd mc/producent jakie dane było mi usłyszeć. Omawiana płyta utrzymana jest raczej w lekkim klimacie, w którym gospodarz czuje się bardzo swobodnie, co pozwala mu pokazać pełnie swoich umiejętności. I choć tytuł krążka jest mocno przesadzony, to po prostu nie można go nie docenić.

10. E-40 - Revenue Retrievin Day Shift (+8/10)

Gdy słuchałem tej płyty, pierwszy raz od wielu miesięcy żałowałem, że odszedłem trochę od klimatów Bay Area, którymi przecież tak się kiedyś jarałem. Niestety rap z okolic zatoki stał się cholernie sztampowy w ostatnich latach. E-40 trochę ożywił towarzystwo wydając w tym roku dwie bardzo dobre płyty. Naprawdę mocno zaskoczyłem się tym jak weteran off-beatu ciągle potrafi sprawić że głowa buja się w rytm napierdalającego basu. W sumie mógłbym powiedzieć, że ta płyta stoi na poziomie jego albumów z lat 90. Chociaż nie, nie odważę się tego zrobić. Nie pamiętam za dobrze jego dyskografii. Powiem tylko, że jest to najlepszy jego album z lat 2000-2010.

Piątka poza dziesiątką:

Joell Ortiz - Free Agent

Vinnie Paz - Season of the Assassin

Ice Cube - I Am The West

The Roots - How I Got Over

Inspectah Deck - The Manifesto

Przebrnęliśmy już przez danie główne. Jak się zapewne domyślacie - czas na deser. W tym roku postanowiłem rozdać wyróżnienia w kategoriach: „EP roku”, „Mixtape roku” oraz „Polska płyta roku”. Pozwoliłem sobie też wylać prywatne żale i stworzyć kategorię „Największe rozczarowanie roku”. Zaczynamy.

EP roku: Copywrite - Ultra Sound: The Rebirth (8/10)

Jak widzicie dla Copywrite’a znalazł się kolejne miejsce w rankingu. EP’ka, która miała być wstępem do albumu promowana była bardzo dobrze przyjętym dissem na antagonistę rapera – Ashera Rotha - „Cremation”. Znajdziemy tutaj wszystko, czego prawdziwy słuchacz oczekuje. Mocne punche, ciekawe flow, dobrych gości i solidne bity, których produkcją zajął się Surock.

Mixtape roku: Royce Da 5’9” – The Bar Exam 3 (+8/10)

Bar Exam 3 is like a mock a nigga pop a nigga mockery” – te słowa mówią o produkcji wszystko. Royce ciągle jest w formie i ciągle potrafi zaskoczyć. Fani serii będą z pewnością zadowoleni. Mordercza bragga, połączona z morderczym flow i specyficznym humorem tworzą tutaj mieszankę wybuchową. Nie można także zapomnieć o jednym z tracków, który bardzo odbiega od koncepcji mixtape,’u, ale za to oparty jest o jeden z najlepszych konceptów, jakie Royce kiedykolwiek wymyślił. Na pewno go wychwycicie.

Polska płyta roku: Tede – Fuck Tede (9/10)

Miałem w planie napisać recenzję tej płyty, ponieważ dosłownie wbiła mnie w fotel. Jednak, jako że nie chciało mi się jej dokończyć, zacytuję tylko teraz z niej jedno zdanie, które będzie najlepiej oddawało moje uczucia do produkcji warszawskiego rapera: „Żadna polska płyta po NSPC nie wywarła na mnie tak piorunującego wrażenia jak ta. „Fuck Tede” potwierdza, że Warszafski Deszcz naprawdę zmienił Tedego i bardzo wysoki poziom płyty Note2 nie był tylko jednorazowym wyskokiem. Dodajmy do tego beefowe przejścia Jacka, które na pewno wywarły na niego wpływ i mamy najlepszą płytę w jego karierze.”

Rozczarowanie roku: Spice 1 – Hallowpoint Mixtape (+4/10)

Słuchając tego łajna, które Spice nazwał mixtape’m zadawałem sobie w głowie bardzo ambitne i inteligentne pytanie: „Co to kurwa jest?”. Czekam na album „Home Street Home” od 2008 roku a Spice zamiast wydać porządny mixtape, który umili mi dalsze oczekiwania wydaje jakąś padakę? Zero ikry, zero pomysłu, zero werwy. Typowy niewypał, który nawet na słońcu wciąż byłby zimny jak lód.

No cóż, tym niemiłym akcentem kończymy bardzo miłe (już drugie na tym blogu) podsumowanie roku. Tak jak już pisałem na początku, ten rok był moim zdaniem cholernie mocny i nie obraziłbym się gdyby następny był taki sam. Spróbuję też ogarnąć ten zastój na blogu ale nie wiem czy mi się uda. Mam po prostu dużo innych, pracochłonnych zajęć. No to co, widzimy się za rok przy kolejnej topce.

środa, 14 kwietnia 2010

Beefy/Dissy Volume 0: Prolog

Pete Clemenza w jednej ze scen z „Ojca Chrzestnego” streścił przygotowującemu się do zabójstwa Virgila Sollozo Michaelowi sens wojen rodzin mafijnych. Mówił wtedy o potrzebie przelania złej krwi i rozładowaniu konfliktów między familiami raz na 5-10 lat, by potem wszystko mogło grać jak należy. Czemu przywołuję tę teorię? Jakoś tak pomyślałem, że to samo można powiedzieć o konfliktach w rapgrze, o których chcę zacząć serie artykułów.

Czym w ogóle jest beef? W wolnym tłumaczeniu jest to rzucanie mięsem oraz specjalistyczne określenie na konflikt dwóch raperów, rozgrywany na kilku płaszczyznach. Podstawową z nich są oczywiście dissy (nie będę tłumaczyć, co to jest, bo piszę raczej dla ludzi zorientowanych w hip-hopie), ale nikt nie zabrania raperowi zupełnie przypadkowo wpaść na przeciwnika z ekipą i wymienić się argumentami z innej beczki. Teraz beefy zmieniły nieco swoje oblicze po feralnych, zakończonych śmiercią rywalizujących ze sobą MC, konfliktach 2Paca z Biggie Smallsem oraz Mac Dre z Fat Tone’m.

Tracki dissujące polegają na ubliżaniu przeciwnikowi w każdy możliwy sposób. Wiadomo, bezsensowne bluzganie jak to 2Paca w „Hit ‘Em Up” też jest dozwolone, ale raczej nie o to tu chodzi. Raper za pomocą argumentów, trafnych punchy i zabawnych anegdot, próbuję zrównać przeciwnika z ziemią i pokazać swoją wyższość. Na przełomie lat usłyszeliśmy już wiele ciekawych patentów np. przekręcanie ksyw: Eminem w „Can I Bitch”, nadanie nowego znaczenia akronimom: Kool Moe Dee w „Let’s Blow”, czy nawijka na skradzionym bicie przeciwnika: Canibus w „Rip The Jacker”. Wszystko zależy tylko od kreatywności raperów i ich wizji twórczej.

Kto się pojedynkuje? Raperzy, którzy mają do siebie jakiś problem. Przyczyn startu konfliktów jest bardzo wiele i nie chce mi się tutaj tego streszczać. Czasem jest to wyraźne zaczepienie jednego rapera przez drugiego: Chino XL w „Riiiot”, czasem nieporozumienie związane z jakąś sytuacją: początek beefu Paca z Notoriousem. Nie można też ukrywać faktu, że tzw. battle-raperzy, mają stosunkowo łatwiejsze zadanie, gdyż z kawałkami w stylu dissów mają do czynienia na co dzień. Tacy też są rzadziej atakowani przez innych ze względu na swoją pozycję i reputację.

Kto wygrywa beef? Raper który nagrał lepsze dissy? Powinno tak być, ale niestety tak nie jest. Ostatnio przeglądając komentarze pod jednym z dissów, zobaczyłem ciekawy komentarz. Chodziło w nim mniej więcej o to, że beefy są jak wybory prezydenckie. Nie chodzi o to, co zawrzesz w kawałkach atakujących przeciwnika, ważne, czy zjednasz sobie ludzi, którzy będą stać za tobą. Było kilka beefów zdecydowanie wygranych lirycznie przez danego rapera, ale ze względu na jego pozycję w stosunku do przeciwnika, nie został doceniony tak, jak powinien.

Sam nie wiem, ile artykułów z tego cyklu powstanie. Znając moje lenistwo nie będzie ich dużo i będą się pojawiać w dużych odstępach czasu. Już mam w głowie pierwszy koncept i pierwszy właściwy artykuł na pewno pojawi się w przeciągu kilku dni. Albo tygodni. Końcowe oceny, nie będą miały związku z tym, o czym mówiłem akapit wyżej. Każdy raper jest oceniany przez pryzmat dissów a nie pozycji, z jakiej startował.

W następnym odcinku: LL Cool J vs. Canibus

czwartek, 11 marca 2010

Odkrycie: Copywrite

Ostatnimi czasy nie publikuję wielu tekstów. Jestem zajęty inną gałęzią mojej twórczości i tak jakoś wyszło, że na prace na bloga jakoś nie mam czasu. Mam w przygotowaniu recenzję „All Eyez On Me”, która leży już trochę czasu na dysku, ale jakoś nie mogę zabrać się, żeby ją dokończyć. Teraz jednak, kiedy odkryłem rapera, która trafił 100% w mój gust, nie mogę nie napisać o nim paru zdań i przedstawić wam go jako jednego z najlepszych białych raperów w Ameryce. W tym zdaniu nie ma ani krztyny przesady – przed wami Copywrite.

Tak jakoś stało się, że pierwszy raz usłyszałem go na tracku z gościnnym udziałem Canibusa i Chino XL-a – dwóch MC z mojego Top-10. Naprawdę ciekaw jestem, jakiego znowu rapera odkryję poprzez łańcuch featuringów Chino… No, ale do rzeczy. Po tygodniowym katowaniu kawałka „Suicypher” i dwukrotnym przesłuchaniu jego nowej EPki postanowiłem wgłębić się w jego twórczość. Ściągnąłem jego jedyną oficjalną płytę i trzy mixtape’y. Jak wrażenia?

Pozwólcie, że najpierw przedstawię wam garść faktów. Copywrite jest, jak sam się określa, „młodym dinozaurem”. Urodził się w mieście Columbus w stanie Ohio, gdzie reprezentował podziemną scenę wraz ze swoją grupą MHz (MegaHertz), z którą wydał o ile dobrze się orientuję jeden singiel "World Premier". Potem podpisał umowę z wytwórnią Eastern Conference, gdzie to razem z producentem i członkiem swojej grupy RJD2 wydał singiel "Holier Than Thou", który miał być zapowiedzią jego debiutanckiej płyty „The High Exhaulted”.

Już na swoim debiucie raper pokazał nieprzeciętne umiejętności. Oryginalne flow, które oczywiście było jeszcze nieoszlifowane, ale już wtedy nie czuć było tej monotonii, na którą można się natknąć w produkcjach innych początkujących raperów. Dostał od swojego producenta bardzo ciekawe, mroczne bity, które uwypukliły klimat produkcji. Poza tym oczywiście Cwrite dał nam niebagatelne punchline’y, chociaż to też była strefa, w której, jak widzimy dzisiaj, miał się jeszcze rozwinąć. Album był objawieniem się światu i zapowiedzią, co gość imieniem Copywrite może osiągnąć w tej grze.

Po wydaniu płyty odszedł z wytwórni i w pewnych odstępach czasu wydał trzy mixtape’y. Kolejno: „Cruise Control Vol. 1”, „The Jerk: Vol. 0” oraz „The Worst Of The Best Of Mixtape Vol. 1”. Dwie pierwsze pozycje były oficjalnymi produkcjami, zaś trzecia to mix kawałków wydanych już wcześniej oraz tych świeżo nagranych. Raper z Ohio prezentował na nich różną formę. O ile pierwszy mixtape był po prostu średni i niczym tak naprawdę nie zachwycał, to następne dostarczyły mi to, czego oczekiwałem – niesamowitą energię, ciekawe pomysły na płynięcie po bicie + oryginalne punchline’y.

Głównym smaczkiem w jego dyskografii, przynajmniej dla mnie, była pierwsza płyta jaką od niego usłyszałem – „Ultra Sound: The Rebirth EP” wydana już w wytwórni Man Bites Dog. Tutaj Copywrite pokazał pełnie swoich możliwości. Wgniatające w fotel linijki, znakomite flow i całkiem niezłą technikę składania rymów, przy ciekawym akcentowaniu potrójnych rymów. Nie wiem czemu, jego styl troszkę przypomina mi Tonedeffa … Cała EP-ka została wyprodukowana przez Surocka, którego wcześniej nie znałem, ale po przesłuchaniu tego materiału, na pewno postaram się zapoznać z jego innymi podkładami. Spójny materiał, na którym pojawił się m.in. Royce Da 5’9” i Sean P. „Suicypher” – kawałek, o którym mówiłem, nie znalazł się na płycie, ale jest jej znakomitym dopełnieniem i czuć, że jest zrobiony w jej konwencji .

Nie zdziwi was chyba też to, że koleś z takimi umiejętnościami jak Copywrite wziął się za dissowanie. Z tego co się orientuję pierwszym jego celem był duet 7L & Esoteric. I chociaż startował z góry przegranej pozycji, myślę, że całkiem nieźle sobie poradził, chociaż to dissy Esoterica były jednak minimalnie lepsze. Beef w którym pokazał wszystkie swoje umiejętności to beef z Asher Rothem. Copy otwarcie zdissował go w kawałku „The Real Fake Shady” i oskarżył o kopiowanie wizerunku Eminema. Po dosyć słabej odpowiedzi swojego rywala wydał świetny diss „Cremation”, w którym wreszcie pokazał swój cały bitewny potencjał.

Polecam wam Copywrite’a w sumie tylko z jednego powodu – bo się nim jaram. Jednak, co koneserzy hip-hopu mogą znaleźć w jego rapie? Przede wszystkim charyzmę, której brakuje niejednokrotnie młodym artystom. Naprawdę, kiedy pierwszy raz usłyszałem jak rapuje, pomyślałem, że jest czarny. Takiej werwy w głosie, nie miał chyba żadnej biały od czasu Eminema. Świetne flow, oryginalne patenty i przede wszystkim to co tygrysy lubią najbardziej – nietuzinkowe punchline’y. Teraz CWrite pracuje nad albumem swojego zespołu MegaHertz oraz nad LP, którego przedsmakiem była omawiana EPka. Pozostaje mi tylko czekać na jego nowe produkcje i mieć nadzieje, że będą na podobnym poziomie jak „Ultra Sound: The Rebirth EP”.

czwartek, 4 lutego 2010

Podsumowanie minionej dekady w NBA: Najlepsi zawodnicy

Jeszcze przed nocą sylwestrową naszedł mnie pomysł podsumowania minionej dekady NBA, która była bądź co bądź pierwszą, jaką w ogóle się interesowałem. I nawet, wtedy gdy nie oglądałem wielu meczów ze względu na brak możliwości, byłem non stop na bieżąco. Artykuł trochę przeleżał na dysku, długo nie mogłem się zebrać by go dokończyć i tak jakoś się złożyło, że publikuję go dopiero dziś. A więc: oto moim zdaniem skład, który można by określić jako „’00 All-Stars” i przyznam szczerze, że wbrew pozorom, nie były to łatwe wybory. Możliwe, że niedługo zamieszczę na blogu kolejny tekst, tym razem jednak wybiegający w przyszłość. Ale nie zagalopowujmy się za daleko.

Pierwsza piątka:

Steve Nash – Tutaj nie miałem zbytnio wątpliwości, ale gdy już uplasowałem nazwisko Kanadyjczyka jako najlepszego rozgrywającego dekady zacząłem zastanawiać się, czy na pewno gość bez pierścienia zasługuje na to miano bardziej niż np. Tony Parker, który nie dość, że wygrał trzy pierścienie, to był też MVP finałów. Nie oszukujmy się jednak, to Steve przez ten czas pokazał się jako lider z krwi i kości, znakomity playmaker, też przez wzgląd na statystyki, chociaż one tu wszystkiego nie oddają. Fakt, że nie ma pierścienia chyba nie jest aż tak ważny przy (jedynym) dwukrotnym MVP dekady, bo Parker, choć miał ma 3 pierścienie i był ważną częścią zespołu, to nie niósł aż tyle na swoich barkach, co Nash i za to przyznaję mu tę pozycję.

Kobe Bryant – Kolejna pozycja i kolejny zawodnik, który był na niej bezkonkurencyjny. Czterokrotny mistrz NBA, MVP sezonu 08-09, dwukrotny król strzelców i po odejściu Shaqa z Lakers, lider w pełnym tego słowa znaczeniu oraz mentor dla młodszych zawodników. Jeden z najbardziej rozpoznawanych graczy w lidze, który udowodnił, że w tej dekadzie, moim zdaniem, nie miał sobie równych. Zaczynał od tworzenia znakomitego duetu z O’Nealem, by po jego odejściu na chwilę pogrążyć się w „zwycięskim dołku”. Wielu oskarżało go o to, że nic nie osiągnie bez Big Daddy’ego. Mylili się. Już jako pełnoprawny lider sięgnął po mistrzostwo w 2009 roku i wszystko wskazuje na to, że może osiągnąć jeszcze więcej ze swoją drużyną.

Paul Pierce – Ta pozycja była najtrudniejsza do obsadzenia. Długo zastanawiałem się, kto bardziej zasługuje na pierwszą piątkę. Postawiłem na Pierce'a - człowieka legendę w Bostonie. Określany przez kibiców jako jeden z najlepszych Celtów w historii po Larrym Birdzie i Billu Russelu. Niesamowicie solidny i produktywny gracz, który potrafi być pierwszą, drugą a gdy trzeba to nawet trzecią opcją, usuwając się w cień. Przez wszystkie sezony dekady, jego średnia punktów nigdy nie była mniejsza niż 20 a gdy do zespołu Celtics dołączyli Kevin Garnett i Ray Allen, zrzekli się prawa do bycia liderami, na rzecz Paula. Świadczy to o wielkiej klasie tego zawodnika. Razem z tymi dwoma panami wygrał mistrzostwo w 2008 roku zostając przy tym MVP Finałów.

Tim Duncan – Ten silny skrzydłowy jest klasą samą dla siebie. I nie skłamię chyba, jeśli powiem, że to on był głównym motorem napędzającym sukcesy „Ostróg” w tej dekadzie. Solidny, pracowity, cichy zawodnik, który nigdy nie chciał być wielką gwiazdą ligi. Na początku kariery tworzył duet „Twin Towers” z Davidem Robinsonem i pierwsze mistrzostwo zdobył już w drugim sezonie gry (1999). Jeśli chodzi o to dziesięciolecie, to zwycięska seria zaczyna się od mistrzostwa w 2003 roku. Był to ostatni sezon „Admirała” w lidze. Center odchodzi na emeryturę i pozostawia drużynę w rękach Duncana. Ten prowadzi zespół do jeszcze dwóch mistrzostw (2005, 2007). Dopełnieniem osiągnięć są dwa tytuły MVP oraz taka sama liczba wyróżnień MVP Finałów.

Shaquille O’Neal – Shaq zaczął robić karierę już w latach 90 i jest chyba najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem w historii oprócz Michaela Jordana. Jest liderem w klasyfikacji wsadów do kosza i jego fizyczna dominacja, była przyczyną zezwolenia na stosowanie obrony strefowej. Ale przyjrzyjmy się bliżej ostatniej dekadzie. Mamy tutaj szerokie pasmo sukcesów. Czterokrotny mistrz NBA, trzy razy z Los Angeles Lakers a raz z Miami Heat, MVP sezonu 1999-2000 oraz trzykrotny MVP finałów. Te nominacje mówią same za siebie i to mu w większej części przypisuje się triumfy Jeziorowców w pierwszej połowie dekady i w sumie ja też mogę się z tym zgodzić. Bez wątpienia niekwestionowana ikona ligi.

Ławka rezerwowych:

Tony Parker – Mimo, że jest to już ławka rezerwowych, to ta pozycja była trudna do obsadzenia. Wahałem się właśnie między Tony’m a Jasonem Kiddem. Jednak liczba mistrzostw i tytuł MVP Finałów świadczą na korzyć reprezentanta Francji. Parker był bardzo ważnym elementem mistrzowskiej drużyny Spurs, Greg Popovich już od pierwszego sezonu gry powierzył zespół w jego ręce, co było z początku nieco kontrowersyjną decyzją mając na uwadze to, że Tony był przecież wybrany w drafcie dopiero z 28 numerem. Okazało się to jednak strzałem w dziesiątkę i to właśnie Tony układał grę mistrzowskiej drużyny z San Antonio.

Dwayne Wade – Kolejna pozycja, kolejny dylemat. Fakt, Allen Iverson wiele osiągnął indywidualnie, zdobył MVP sezonu, doprowadził drużynę do finału, ale to Dwayne Wade zdobył to, co w koszykówce jest najważniejsze, czyli mistrzowski pierścień. Można spekulować, czy to wszystko dzięki przybyciu Shaquille’a O’Neala z Los Angeles, ale to właśnie Dwayne został uhonorowany tytułem MVP Finałów i to on prowadził drużynę w kluczowych momentach. W sumie, prócz mistrzostwa, zdobył jeszcze tylko tytuł króla strzelców, ale pierścienia mogą zazdrościć mu jego rocznikowi koledzy – LeBron James i Carmelo Anthony.

Lebron James – LBJ został zepchnięty na ławkę rezerwowych dopiero przy okazji wprowadzania ostatnich poprawek do tekstu. Ten zawodnik, ma jeszcze dużo czasu na rozwinięcie się i chociaż, zasługiwał na miejsce w piątce tak samo jak Pierce, zdecydowałem się postawić na tego drugiego. James jest niesamowicie atletyczny i przez niektórych został obwołany jednym z najbardziej dynamicznych graczy w historii NBA. Na ile jest to prawdą, sam nie wiem, ale jedno jest pewne. Ten chłopak ma niesamowity talent i umiejętności, które pokazuje nam na każdym kroku. Jedyną przyczyna tego, że nie wygrał mistrzostwa było słabe wparcie ze strony partnerów.

Kevin Garnett – Jest to aktualnie najlepszy silny skrzydłowy w lidze po Timmy’m. Jego umiejętności stanowią znakomite połączenie gry w ataku i w obronie. Dekadę zaczynał jako lider Minnesoty Timberwolves i z tą drużyną doszedł do finału konferencji zachodniej w 2004 roku zgarniając nagrodę MVP sezonu zasadniczego. Na pierścień musiał jeszcze trochę poczekać. Po zasileniu Boston Celtics stał się głównym komandorem i dyrygentem defensywnej strony, spełniając przy tym ważną rolę w ataku, jako pierwsza opcja podkoszowa. Upragnione mistrzostwo zdobył w 2008 roku przy okazji inkasując nagrodę dla najlepszego defensora ligi.

Ben Wallace – Nie bez powodu nadano mu ksywę Big Ben. Ten zawodnik, to moim skromnym zdaniem, najlepszy obrońca tego dziesięciolecia. Przez wiele lat, jego sama obecność na boisku zmuszała przeciwników do trzykrotnego zastanowienia się, co do zamiarów wjazdu pod kosz. Niesamowity refleks przy blokach i zbiórkach, twarda gra pod koszem to jego klucz do sukcesu. Czterokrotny defensywny gracz roku, mistrz NBA z Detroit Pistons, w którym razem z innym Wallace’m – Rasheedem pokazali, co oznacza hasło „Mistrzostwo wygrywa się obroną”. Jego wartość zaniża tylko fakt, że jest kompletnym beztalenciem w ataku. Notuje on średnio tylko 6.2 punktu na mecz.

Jason Kidd – O Jasonie można mówić wiele. Znany jest jako maszyna do triple-double, znakomity podający oraz jeden z lepszych zbierających ze stawki rozgrywających. Był najmocniejszym punktem New Jersey Nets podczas serii dwuletnich (przegranych) obecności w finałach. Ponadto jego dobrą grę w obronie nagradzano czterokrotnie umiejscowieniem go w piątce najlepszych obrońców NBA.


Allen Iverson – „The Answer” to temat rzeka. O ile się nie mylę, jest najlepiej punktującym graczem dekady. Jego osiągnięcia indywidualne to naprawdę długo ciągnąca się lista. Doprowadził 76ers do finału NBA w 2001 roku, kiedy to zdobył nagrodę MVP sezonu zasadniczego. Cztery razy był królem strzelców oraz trzy razy przewodził lidze w przechwytach. Gdyby nie to, że nie ma do tej pory pierścienia, byłby umieszczony przeze mnie w rotacji 10 zawodników. A tak – jest poza nią.

środa, 30 grudnia 2009

Top 10 albumów 2009 roku

Rok 2009 był bardzo mocnym, jeśli chodzi o mainstreamowe pozycje, które było dane nam usłyszeć. Przyznam szczerze, że nie sprawdzałem zbyt wiele czysto podziemnych produkcji, ale nie jest to chyba jakaś wielka strata (a może jest?) po tym co pokazali nam artyści z głównej sceny. Oczywiście, był to też rok moich osobistych rozczarowań. Spice 1 nie wydał swojego długo zapowiadanego krążka, Chino XL także, a myślę, że te pozycje jeszcze bardziej umocniłyby ten rok w porównaniu do poprzednich. No nic, oto moje Top 10 albumów wydanych w 2009 roku. Oczywiście starałem się napisać to obiektywnie, ale wiadomo, zawsze jakaś sympatia, czy też uprzedzenie przyczyniła się do takiego a nie innego stanu rzeczy.

1. Chali 2na – Fish Outta Water (9/10)

O tym albumie mówiło się odkąd zacząłem słuchać rapu. Premiera przekładana była wiele razy, Chali wypuścił w międzyczasie mixtape „Fish Market” by w końcu podać, że płyta ukaże się w lipcu 2009 roku. Prawdę mówiąc, nie czekałem z zapartym tchem na ten album, ale od razu po jego odpaleniu czułem, że będzie to solidna pozycja. Nie pomyliłem się. Nie od dziś jest wiadomo, że Chali jest posiadaczem jednego z najoryginalniejszych, basowych głosów oraz porażającej techniki sklejania rymów. Na tym albumie pokazał wszystko to, co ma najlepszego. I choć pytając znajomych, nikt nie podał tego albumu w swoim Top 10 i ten wybór może wydać się nieco kontrowersyjny, to uważam, że ta dopracowana pod każdym względem płyta zasługuje w 100% na pierwsze miejsce na tej liście.

2. Tech N9ne – K.O.D. (King of Darkness) (-9/10)

Druga płyta wydana z pod znaku Tecca Niny w tym roku, okazała się jeszcze lepsza od poprzedniej, co w pierwszej chwili wydawało mi się niemożliwe. Tytułowy król ciemności, pokazał, że można z każdą płytą stawać się lepszym i za każdym razem pokazywać, co innego. Krążek od pierwszego do ostatniego utworu trzyma bardzo wysoki poziom a gospodarz jak zresztą zwykle znakomicie płynie po bicie, co stało się już jego cechą rozpoznawczą. Mamy tutaj śladowe ilości horrocore’u, trochę humorystycznych akcentów a także bardzo dobry storytelling w kilku kawałkach. Gościnnie na krążku udzielili się m.in. Brotha Lynch Hung oraz Three Six Mafia. Niedokończona recenzja mota się gdzieś na moim dysku i może niedługo ją dokończę i opublikuję.

3. Mos Def - The Ecstatic (-9/10)

Płytę usłyszałem stosunkowo niedawno, zachęcony przez mojego dobrego znajomego. I cieszę się niezmiernie, że mi ją polecił, bo gdybym jej nie usłyszał, byłoby to naprawdę dużą stratą dla mnie i moich uszu. Mos Def już dawno pokazał się ze strony znakomitego tekściarza, jednego z najlepszych reprezentantów True Schoolu i człowieka, który posiada duży zasób wiedzy w wielu dziedzinach i umie o tym w świetnym stylu nawinąć. Płyta oprawiona jest w bardzo dobrze dobrane bity a nieliczni goście dorównują poziomem gospodarzowi a nawet go przerastają (Slick Rick). Ricky potwierdził, że wciąż jest jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) storytellerem w tej grze i naprawdę żałuję, że nie nagrywa nowych projektów.

4. Tech N9ne – Sickology 101 (+8/10)

O tym albumie szerzej rozpisałem się w mojej recenzji, którą możecie przeczytać tutaj. Co można, więc powiedzieć w skrócie? Trzeba mieć bardzo dużo talentu i ogromne umiejętności żeby wydać dwie płyty na bardzo wysokim poziomie w ciągu zaledwie sześciu miesięcy. Album dostałby ode mnie taką samą ocenę jak „K.O.D.” jednak mankament o którym pisałem, czyli masa gości, którzy spychają N9ne’a na drugi plan, oraz przeciętne wykonanie ich zwrotek plasuje ten album troszkę niżej niż następną produkcję rapera z Kansas City. Notę końcową daję inną niż w recenzji, ponieważ po przemyśleniu i porównaniu tych albumów, doszedłem do wniosku że taka właśnie ocena jest adekwatna.

5. Raekwon – Only Built 4 Cuban Linx 2 (+8/10)

Na tę płytę czekali wszyscy (włącznie ze mną) fani rapu ze wschodniego wybrzeża oraz jego podgatunku tzw. mafioso rapu. I chociaż Rae trochę przystopował tutaj z porównaniami do mafijnego świata, to wciąż czuć tę ikrę, której uświadczyliśmy w pierwszej części sagi i wciąż artysta pokazuje się jako jeden z najlepszych w tejże dziedzinie. W przeciwieństwie do debiutu rapera, ten album nie jest wyprodukowany w całości przez RZA, ale producenci znakomicie odwzorowali klimat, za co należy im się duży plus. Do tego dodać znakomite występy gościnne i mamy krążek godny klasyka wydanego 14 lat temu.

6. Jay-Z – Blueprint 3 (8/10)

Trzecia część „Blueprintów” spotkała się z bardzo odchylonymi od siebie ocenami recenzentów. Według niektórych jest to bardzo dobra pozycja, a inni uważają album za produkcję kompletnie nie na poziomie nowojorskiego rapera. Jakie jest moje zdanie na ten temat? Jest to solidny album, bardzo dopracowany szczególnie pod względem lirycznym i chociaż nie może się równać ostatniej płycie rapera „Amiercan Gangster” to w tym kryterium i tak jest bardzo dobrze. Jigga w celu urozmaicenia doznań (i pewnie też w celu większego zarobku) zaprosił wiele gwiazd z poza przemysłu hip hopowego i efekty tego są całkiem niezłe. Można tu przywołać Alicie Keys, która zaśpiewała jeden z najlepszych refrenów w 2009 roku.

7. Rakim – The Seventh Seal (8/10)

Allah mikrofonu po 10 latach nieobecności powraca z nowym albumem i jak zwykle nie zawodzi. Rakim, jak na artystę, który zrewolucjonizował hip hop przystało, po raz kolejny zajechał tekstami pierwszej klasy, które na długo zapadną w pamięć wszystkim tym, którzy je słyszeli. O ile, do tekstów nie można się przyczepić, to do innych sfer jak najbardziej. Po pierwsze, warstwa muzyczna jest bardzo przeciętna i choć nie wymagam tutaj najwyższej jakości bitów od DJa Premiera, to naprawdę, Rakim mógłby postarać się o lepsze tło dla swoich lirycznych wyczynów. Drugą i ostatnią większą wadą są śpiewane refreny. I chociaż lubię takowych posłuchać, to tylko w umiarkowanej ilości i z bardzo dobrym wykonaniem. Tutaj mamy zupełnie co innego. Duża ilość, słaba jakość. Gdyby nie te dwa mankamenty, płyta w moich oczach stałaby się takim klasykiem jak „The 18th Letter” i „The Master”.

8. Eminem – Relapse (8/10)

Co tu dużo mówić, bardzo udany powrót jednego z najbardziej rozpoznawanych raperów w naszym kraju. O dziwo, po swoim najgorszych krążku, Eminem wydał album, który lirycznie plasuje się na poziomie jego najlepszych płyt (Slim Shady LP, Marshall Mathers LP). Nie ma tu za dużo tej błazenady, której nie lubię, są za to ciekawe, bardzo dobrze sklejone teksty, na ciekawych patentach. Minusem mogą być bity Doktora Dre, który dał tutaj strasznie monotonne i plastikowe podkłady, jakby zupełnie nie na jego poziomie. Suma summarum, bardzo dobra płyta, która była bardzo potrzebna Eminemowi, żeby co nieco niektórym udowodnić.

9. Cormega – Born And Raised (8/10)

Znany ze swoich ulicznych opowieści Cormega wydał w tym roku nową płytę. Nie ma co się oszukiwać, artysta chyba już nigdy nie osiągnie poziomu ze swoich pierwszych dwóch płyt, co nie znaczy, że ta, była zła. Wręcz przeciwnie. Była to jedna z najlepszych ulicznych produkcji tego roku. Mega, który przyzwyczaił nas do swoich świetnych opisów otaczającego go świata, po raz kolejny nie zawiódł i dostarczył nam porcje świeżych, ubranych w znakomite flow gospodarza, tracków prosto z Queensbridge. Warto tu wspomnieć o kawałku "Mega Fresh X”, na którym udziela się cała śmietanka raperów w tym Big Daddy Kane i KRS-One. Powiew brudnej świeżości z QB w najlepszym wykonaniu.

10. Slaughterhouse – Slaughterhouse (-8/10)

Na płytę tej super-grupy czekałem chyba od momentu, w którym zacząłem jarać się twórczością Joella Ortiza. Czy warto było czekać? Na pewno, bo jest to bardzo ciekawa produkcja. Mieszanka styli Crooked I’a, Joe Buddena, Royce’a Da 5’9” i wspomnianego wcześniej Joella Ortiza stworzyła świetny klimat, jednak przyczepić się można do paru rzeczy. Po pierwsze, chłopaki nie wykorzystali potencjału ukrytego w tworze nazwanym Slaughterhouse, przez co czujemy pewien niedosyt po przesłuchaniu albumu. Po drugie, Joe Budden znacznie odstaje poziomem od reszty i naprawdę, gdyby zastąpili go kimś o trochę lepszych umiejętnościach czysto raperskich byłoby znacznie lepiej. Myślę jednak, że i tak dostaliśmy tykającą bombę, która tylko czeka żeby wybuchnąć w naszych głośnikach.

Piątka poza dziesiątką: 50 Cent – Before I Self Destruct, Mobb Deep – The Safe Is Cracked, DJ Quik & Kurupt – Blaqkout, Havoc – Hidden Files, Rick Ross – Deeper Than Rap

Na koniec chcę zaznaczyć, że kilku produkcji po prostu nie słyszałem, a przecież nie dodam ich do rankingu tylko dlatego, że zgarnęły dobre oceny i mają świetne opinie. Może, gdy uda mi się posłuchać ich po nowym roku, zrobię jakąś erratę do notowania i jeśli okażą się takie dobre, na jakie je się kreuje, pozmieniam co nieco. Na razie, publikuję tę dziesiątkę jako moim zdaniem najlepsze płyty 2009 roku. Pozostaje mieć nadzieje, że następne lata będą tak wypchane dobrymi produkcjami jak ten.