Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2012

VNM - Etenszyn: Drimz Kamyn Tru (Recenzja)

VNM to raper, który spełnił marzenie o sławie każdego podziemnego MC. Przez 10 lat w undergroundzie nagrał 9 płyt niejednokrotnie zniechęcając się do tego co robi, nie mogąc przebić się do większego grona odbiorców oraz nie czerpiąc z pasji która pochłaniała mu najwięcej czasu profitów. Po genialnym „Na Szlaku Po Czek” wydanym w 2007 roku zawiesił na chwilę swoją karierę, z zamiarem jej zakończenia, ale okazało się, że po prostu nie mógł (kompleks Jay’a-Z). Wydał kolejny podziemny krążek i w końcu wypłynął na powierzchnię za sprawą Sokoła, który interesował się karierą utalentowanego rapera już kilka lat wcześniej.

Pierwszym oficjalnym krążkiem VNMa było wydane w Prosto „De Nekst Best”, które miało zaprezentować szerokie spektrum umiejętności artysty z Elbląga. Znajdowały się na nim storytellingi, utwory bardziej refleksyjne, jakieś dubstepowe eksperymenty i kilka średnio udanych bragg. Na tym albumie Venom miał jednak poruszyć bardziej osobiste tematy. Zainspirowany J. Cole’em i Drake’em zaczął nawet podśpiewywać refreny i niektóre zwrotki, ale co o tym sądzę przeczytacie później. „Etenszyn: Drimz Kamyn Tru” ma premierę dopiero 20 lutego, ale jako że sam raper zachęcał do ściągnięcia płyty i obadania jej już teraz. recenzję puszczam na dzień przed premierą.

Jak Fał mówił tak też zrobił. Warstwa tekstowa jest bardzo różnorodna i skupia się przede wszystkim na osobistych przeżyciach rapera ujętych nieraz w bardzo ciekawą formę. Pierwszym takim utworem, który od razu zapadł mi w pamięć było „Potrzebuję”. VNM opowiada tam o swojej miłości do muzyki, która jest dla niego czynnikiem niezbędnym do życia. Każdy prawdziwy fan rapu może się z tym numerem utożsamiać. Kolejnym ciekawym kawałkiem jest singlowy „Na Weekend”, w którym to podczas weekendu spędzonego samotnie w domu raper porusza wiele egzystencjalnych spraw i problemów. „Choćbym Miał Zostać Sam” to gloryfikacja prowadzonego stylu życia i pokazanie zadowolenia jakie z niego czerpie mimo, że wielu osobom takie coś się nie podoba. „Non Stop” to melancholijne rozliczenie się z rzeczywistością, „Zrobią To Za Mnie” to opis spełniania marzeń podziemnego rapera, poprzez poznawanie i zbieranie propsów od doświadczonych MC, którzy kiedyś dla niego byli wzorem a „Piątek” jest historią pewnej bardzo ciekawej piątkowej nocy. Następnym rzucającym się w uszy pomysłem jest ukazanie końca dwóch różnych związków z perspektywy mężczyzny i kobiety w „Nigdy Więcej”. Śmierdzi to na kilometr J. Cole’m, który miał bardzo podobny, niemal identyczny patent w „Lost Ones”. Mimo wszystko wykonanie i nieco różniące się sytuacje w opowieściach idą na plus VNMa.

Brakuje mi jednak trochę Venoma jarającego się punchami Papoose’a i tworzącego jedne z najlepszych gier słownych w Polsce. Wiem, że już od „Niuskulu” zaczął od tego odchodzić, ale co ma powiedzieć największy fan punchy w Polsce. Na płycie znajdziemy tylko jedną braggę z prawdziwego zdarzenia „Supernova”, która jednak nie powala. Na szczęście gdy z nim kiedyś rozmawiałem obiecał zrobić jeszcze track w konwencji bitewnej więc fani tegoż stylu mogą liczyć choć na jeden numer w stylistyce NSPC.

Technika zawsze była największym atutem VNMa. Już na swoich pierwszych płytach pakował on wiele podwójnych w teksty i choć często brzmiały jakby próbował je wcisnąć na siłę, to zgodnie z hasłem „praktyka czyni mistrza” z każdą płytą zaczynało to brzmieć lepiej i teraz już w ogóle tego nie słychać. Raper stara się pisać bardzo skomplikowane struktury rymów, tłumacząc to szacunkiem do słuchacza „Nie nawija Wiz Khalifa tu / Takich tekstów nie pisze się w pół godziny po czterech piwach i splifach dwóch”. Flow to kolejny wielki plus rapera. O ile można powiedzieć, że na projektach swojego starego składu 834 to eksperymentalne jak na polskie warunki płynięcie po bicie często powodowało że z niego wypadał, to w 2007 roku ta maniera całkowicie znikła a teraz Fał jest coraz bliżej perfekcji. Obok Mesa jest to najlepsze flow w Polsce, hands down.

No właśnie a jak jest z tym śpiewem? Średnio. Jako, że na „De Nekst Best” był tylko jeden śpiewany refren, był on fajnym, miłym dodatkiem. Mam wrażenie że na tej płycie jest go odrobinę za dużo a jego poziom jest bardzo średni. W niektórych numerach nawet fajnie się go słucha, ale w niektórych jest cholernie męczący. Najbardziej spodobała mi się oczywista kopia Eminema w refrenie „Nigdy Więcej”. Ależ znowu, z tą kopią lekko przesadzam, co nie znaczy, że nie uznaję nowej zajawki VNMa. Jak nauczy się śpiewać (bo do tego, że nie umie sam się przyznaje) pewnie będę się tym jarał. Teraz, nie bardzo.

Warstwa muzyczna nawet jeszcze bardziej niż podśpiewywanie przywołuje skojarzenia związanie z idolami Fała ze Stanów. Nie jest to oczywiście nic złego. Za produkcję odpowiedzialni są: młody talent SoDrumatic, dwóch gości z Niemiec - 7inch i Drumkidz oraz dobrze znany wszystkim słuchaczom Matheo. Beatmakerzy stworzyli ciekawe tło dla rapu VNMa, ale nie są do podkłady, które na długo zostają w pamięci. Doliczyłbym się może trzech ponadprzeciętnych. A może to po prostu nie moje klimaty? Tak jak już mówiłem raper poradził sobie z nimi znakomicie i mimo wszystko swoim zamysłem wprowadził mnóstwo świeżości na polskie podwórko.

Od początku wiedziałem, że od VNMa nie można spodziewać się niewypału. Wiedziałem, że dostanę jednego z kandydatów do płyty roku w Polsce. I nie myliłem się. Dostałem jednak płytę gorszą niż „Na Szlaku Po Czek” i gorszą niż „Niuskul Mixtape 2009”. Płytę, która bez problemu przebiła oficjalny debiut „De Nekst Best” i pokazała, że „kompleks drugiej płyty” rapera z Elbląga nie dotyczy. Co w sumie nie było trudnym zadaniem skoro mainstreamowy debiut nie mógł się równać poprzednim solowym produkcjom. Dostałem album bardzo osobisty oraz bardzo różnorodny lirycznie i muzycznie. Polska scena za to dostała powiew świeżości, który był jej bardzo potrzebny. Aż jestem bardzo ciekaw co Venom wykombinuje na następnej płycie, skoro zgodnie z zapowiedzią, ciągle będzie robił nowe rzeczy.

Ocena: -5 (Skala PL)

czwartek, 6 października 2011

Fabolous - Loso's Way (Recenzja)

Raperzy bardzo rzadko wydają koncept albumy a jeśli już wydają to prawie zawsze są to płyty oparte na filmach. Na polskim podwórku jedyną taką produkcją jest chyba „Gorączka W Parku Igieł” Jimsona za to najbardziej znanym koncept albumem ze Stanów jest z pewnością „American Gangster” Jay’a Z, który powoływał się na film o tym samym tytule. Właśnie ta płyta zainspirowała nowojorskiego rapera Fabolousa do zrobienia podobnej produkcji.

Działalność i muzyka Fabolousa jest dosyć słabo znana w naszym kraju. Sam nie wiem dlaczego. Nie jest przecież raperem mało wyrazistym i do tego nie jest jakimś podziemnym no-namem tylko czołowym wykonawcą wytwórni Def Jam. W swojej ojczyźnie jednak Fab zdążył już zdobyć spore uznanie swoich kolegów z branży oraz słuchaczy. Przez niektórych nazywany jest nawet królem punchline’ów. Faktem jest, że posiada duży wachlarz umiejętności i spory zapas potencjału, który pozwala mu napisać zwrotkę, którą przyćmi gospodarza a może nawet zje mu cały album. Najlepszym przykładem jest tu„6 Minutes of Death” Cassidy’ego. Jego życiówką, moim zdaniem, jest występ na „You Ain’t Got Nuthin’” Lil Wayne’a. I jest tylko jedno wytłumaczenie dlaczego tą zwrotką Fab nie zjadł Weezy’emu płyty. Bo to był „Carter III”. Koniec i kropka.

Właśnie po przesłuchaniu tej zwrotki postanowiłem sprawdzić jego całą dyskografię. Leżała na moim dysku już chyba z miesiąc i nawet nie była w pierwszej kolejności na liście. Tak jak mówiłem, zwrotka tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłem dać mu szansę (sorry Nino, będziesz następny). Na początku byłem rozczarowany poziomem pierwszych płyt, które okazały się po prostu przeciętnymi projektami poniżej oczekiwań. Z płyty na płytę jednak widać było kształtowanie się u Faba stylu, który posiada teraz. Płyta „Loso’s Way”, którą tu opisuję, oparta jest bardzo luźno na znanym filmie „Carlito’s Way” z Alem Pacino w roli głównej i jest, moim zdaniem, najlepszym oficjalnym wydawnictwem rapera do tej pory.

Warstwa liryczna albumu jest niezła. Tylko niezła. Oczywistą sprawą jest to, że Loso potrafi położyć na track bardzo ciekawe, zapadające w pamięć linijki: „Somebody better tell em that we in this bitch like an unborn baby” czy „Why don't you practice safe sex and go fuck yourself” ale moim zdaniem nie robi tego tak często, żeby od razu koronować go na króla punchline’ów. Mam jednak wrażenie, że Fab dopiero niedawno zaczął iść w tym kierunku. Na nowszych produkcjach i gościnnych zwrotkach rzuca punchami o wiele częściej niż na omawianym albumie. Jeśli ciągle będzie rozwijał swój dar do gier słownych, może wkrótce będzie klasyfikował się wśród najlepszych.

Większość kawałków to typowa dla mainstreamu bragga skupiona wokół bardzo przyziemnych tematów. Czasem są to po prostu numery bez jakiegoś określonego założenia takie jak „My Time” czy „The Way (Intro)” ale znajdziemy też trochę mroczniejsze, bardziej odwołujące się do klimatu filmu „Lullaby”. Loso bardzo dużo uwagi poświęca kobietom. I to w różnych kontekstach. Dominuje przede wszystkim charakterystyczne dla raperów przedmiotowe traktowanie płci pięknej, ale pojawią się także reminiscencje pewnych zdarzeń z przeszłości m.in. w bardzo ciekawym numerze „Last Time”. Są to jednak wyjątki i w większości raper nie mówi tu niczego co nie zostałoby już kiedyś powiedziane, ani nie mówi tego sposobem za który zasługiwałby na większe uznanie.

Fabolous bardzo dobrze sprawdza się też w przekazywaniu bardziej zaangażowanej emocjonalnie treści . Usłyszymy tu m.in. bardzo ciekawy numer „Pachanga”, który jest mniej więcej rozwinięciem myśli Nasa z utworu „The Message”: „Thug changes and love changes and best friends become stranges”. Fabolous każdy z tych przypadków omawia w jednej zwrotce. W jednej mówi o ludziach którzy odwrócili się od swoich dawnych przyjaciół „How could you fuck the only people who ever cared for you?”, w drugiej o swej dawnej, przelotnej miłości a w trzeciej już o bardziej konkretnej przyjaźni, która jednak okazała się być krucha „They do some bitch shit gotta give ya man a divorce / End up watchin friends like Joey, Chandler and Ross“. W „Stay” raper wyraża swoje poglądy na temat ojcostwa. Wylewa najpierw żal, że jego ojciec nie był przy nim gdy dorastał i mówi, że nie chce popełniać tego błędu co on. Rapuje także, że jego syn jest dla niego ważniejszy niż cokolwiek na świecie: „I give a fuck about hip-hops new beef / I was more excited when my son grew teeth”. Płytę kończy genialny storytelling „I Miss My Love”, który całymi garściami czerpie klimat z filmu „Carlito’s Way”. Na podstawie tego tekstu można by napisać scenariusz do bardzo przyzwoitego filmu sensacyjnego. Jest to moim zdaniem najmocniejszy punkt płyty i Fabolousowi należą się za to brawa.

Fabolous jest jednym z tych raperów, którzy nie idą za modą i nie próbują w każdym kawałku przyśpieszać miliony razy. Jest to oczywiście wielki plus bo jego slow flow nie ma słabych punktów. Słabe punkty ma za to płyta. Jednym jest utwór „Makin’ Love”. Wiadomo, że jest to numer skierowany przede wszystkim do napalonych na raperów nastolatek, które za pieniądze ojców kupują płyty a po koncertach wyrażają swoją wdzięczność w inny sposób. Natomiast sama fraza „make love” u rapera jest po prostu tak obrzydliwa i niesmaczna, że aż się rzygać chce gdy się ją słyszy. Fab ma szczęście na końcu kawałka obrócił ją w żart. Drugim numerem poniżej przeciętnej jest „There He Go”. Zaproszeni goście prezentują tu dość słaby poziom i nawet Fab, który pojechał tu najsłabiej na albumie wyprzedza ich dość znacznie.

Produkcja podciąga ocenę albumu o pół stopnia. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest bardziej udana niż warstwa tekstowa. Typowo mainstreamowe podkłady robione przez takich mistrzów fachu jak Alchemist, DJ Khalil czy J.U.S.T.I.C.E. League bardzo dobrze wkomponowują się w rap Fabolousa a tam gdzie trzeba tworzą klimat niezbędny do nawiązań do filmu. Pokazują, że nie jest to undergroundowy mixtape, tylko album który ma za zadanie podbić mainstream. Czasem nawet podkłady sprawiają, że chce się odtwarzać dany kawałek dla samego bitu (choć sam nie jestem zwolennikiem takiej drogi).

Fabolous od początku zapowiadał, że na album nie zaprosi dużo gości. Tak też uczynił. I o ile śpiewający refreny wypadli świetnie (Kobe nawet wykonaniem przyćmił gospodarza!) to raperzy wypadli dosyć słabo. Paul Cain, Red Cafe i Freck Billionaire w ogóle nie podołali zadaniu chociaż jakieś tam umiejętności na co dzień posiadają. W ogóle nie wiem też, jaki jest sens zapraszania Jay’a Z tylko na refren. Lil’ Wayne zarapował chyba najlepiej ze wszystkich. Miał też idealną szansę na odgryzienie się za „You Ain’t Got Nuthin’” ale niestety nie podołał wyzwaniu.

Jak na koncept album „Loso’s Way” trochę za mało odwołuje się do swojego filmowego pierwowzoru i przez to wypada dosyć blado przy takim “American Gangster”. Plusem płyty jest natomiast spójność materiału, która bierze się przede wszystkim z dość wąskiego zakresu tematów poruszanych przez rapera. Jednak jeśli odepniemy od krążka łatkę „koncept albmu” usłyszymy po prostu dobrą produkcję. Wszystkiego jest tu tyle ile powinno być. Jest kilka bangerów, kilka konceptowych tracków i dużo bragga. Trzeciego Cartera określiłem mianem idealnego albumu mainstreamowego. Temu do ideału trochę brakuje, ale nadal jest to materiał jak najbardziej wart sprawdzenia.

Ocena: +4

środa, 14 września 2011

Lil Wayne - Tha Carter III (Recenzja)

Lil Wayne jest jedną z tych bardziej kontrowersyjnych postaci w świecie rapu. Znajdą się zarówno słuchacze, którzy nazwą go skrzeczącym wackiem i nie będą w stanie przesłuchać żadnej z jego płyt do końca, ale znajdą się i tacy dla których jest to niepodważalny mistrz rapowego rzemiosła i mało kto może się z nim ich zdaniem równać. Tych, którzy mają do niego neutralny stosunek znajdzie się stosunkowo niewielu.

I to jest właśnie wytłumaczenie jego fenomenu. Fraza „love me or hate me” pasuje do niego jak ulał. Jedno jest jednak pewne, żaden hejter nie zabierze mu platynowych płyt, jakie dostał za swoje nagrania, nie zabierze nagród jakie otrzymał podczas swojej barwnej kariery oraz nie wymaże pochlebnej opinii raperów, którzy zdają się go bronić, jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja. Weezy osiągnął sukces, o który marzy wielu artystów, związanych nie tylko ze środowiskiem hip hopowym.

Ale komercyjny sukces rapera, ma dla mnie bardzo małe znaczenie podczas oceniania płyt. Wrócę na chwilę do tych trzech grup słuchaczy, których przedstawiłem na początku. Jest mi o tyle dobrze je charakteryzować, bo sam należałem do dwóch z nich. Pamiętam jak podczas odkrywania zakamarków południa poznałem dzięki znajomemu grupę Hot Boy$. To właśnie tam swoje pierwsze kroki stawiał Lil Wayne. Byłem wtedy w tej neutralnej grupie odbiorców. Nie było mowy o żadnym hejtingu, ale też nie pasjonowałem się za bardzo jego muzyką. W pewnym momencie zacząłem należeć do grupy antyfanów i to z wydawałoby się błahego powodu. Otóż inny znajomy obrzydził mi go całkowicie, gdy mówił o nim jakby patrzył na niego przez pryzmat okularów marki „dickriding” (zakwalifikujemy go do tej trzeciej grupy). Na szczęście w ostatnich miesiącach zacząłem się do Weezy’ego coraz bardziej przekonywać a chęć ponownego sprawdzenia dyskografii pojawiła się bodajże po usłyszeniu gościnnej zwrotki u Tech N9ne’a na „Fuck Food” (którą zresztą pochwaliłem w recenzji płyty). I tak właśnie, dosyć późno (lepiej późno niż wcale), odkryłem recenzowaną tu płytę „Tha Carter III”.

Tyle tytułem trochę przydługiego wstępu, przejdźmy zatem do albumu. Tak samo jak sam raper, tak i ten krążek oceniany jest dwojako. Pamiętam, że od razu po premierze w czerwcu 2008 wielu krytyków okrzyknęło go albumem rewolucyjnym. „Tha Carter III” przedstawiany był jako swoisty „game-changer”, o którym pamiętać będą wszystkie pokolenia słuchające rapu. Oczywistym jest, że wielu fanów Wayne'a podzielało tę opinię. Z drugiej jednak strony antyfani oskarżyli go o komercję na wielką skalę i śpiewanie tanich utworów dla nastolatek tylko po to, żeby sprzedać jak najwięcej kopii albumu. Wydaje mi się, że ten album to właśnie początek wielkiej fali hejtingu w stronę rapera z Luizjany, bo za co można było go hejtować w czasach „Tha Carter II”? Ale do rzeczy.

Na początku przyjrzyjmy się warstwie lirycznej. Z czego przede wszystkim znany jest Lil Wayne? Z wątpliwie inteligentnych punchline’ów i równie niemądrych gier słownych, które sięgają czasem nawet poziomu absurdu: “I bring ral to your fune / Damn I mean funeral, funeral / You say tomato, I say tomahto / You say get 'em, I say got 'em, yeah I got 'em”. Takich wersów jak te nie ma jednak na albumie aż tak dużo, żeby zakłócić jego odbiór. Dominują tu raczej proste porównania typu: „I call em April babies cause they fools”, „I'm rare like Mr. Clean wit hair” czy „Wait rats, I hate rats, I clean 'em out like Ajax / Got paper like a fax machine”. Trzeba przyznać, że raper z Nowego Orleanu wyrobił unikalny styl swojego bragga i co za tym idzie jest niekwestionowanym mistrzem w tej konwencji.

Ale ta płyta to tylko w małym stopniu braggdacio. Jej siłą są przede wszystkim pomysły na kawałki. Przykłady? „Dr. Carter” to streszczenie problemów współczesnych raperów sprytnie opakowana w metaforę operacji, której przewodniczy tytułowy doktor, w którego rolę wciela się oczywiście gospodarz, „Phone Home” to przedstawienie siebie jako przybysza z innej planety a „Mrs. Officer” to krótka historyjka o pewnej przypadkowo poznanej policjantce. Tak na marginesie, pada tam pewna definicja sloganu „jebać policję”, która powinna zostać zatwierdzona jako oficjalna (Popek i Bosski czekamy). Weezy lekko bo lekko ale zagłębia się w zakamarki swojej osobowości więc znajdziemy na płycie trochę ekspresji m.in. w „Playing With Fire” i „Dontgetit”, na końcu którego raper wygłasza niemalże polityczny monolog.

Moim ulubionym utworem na płycie jest zdecydowanie „Tie My Hands”, w którym artysta opisuje sytuację w swoim rodzinnym mieście – Nowym Orleanie, po przejściu huraganu Katrina. Weezy tak sprytnie manipuluje słowami i emocjami, że słuchając go, chyba po raz pierwszy tak naprawdę poczułem współczucie dla mieszkańców Luizjany i po raz pierwszy dotarło do mnie jak wielką tragedię przeżyli ci ludzie. „My whole city underwater, some people still floatin'”. Poza ukazaniem trudnej rzeczywistości raper pokazje, że jest nadzieja i to ona powinna umrzeć ostatnia: „And if you come from under that water then there's fresh air / Just breathe baby God's got a blessing to spare”. Jeśli kiedyś spotkacie jakiegoś hejtera Dwayne’a to pokazując mu ten utwór z pewnością zmusicie go do zastanowienia się nad swoim postępowaniem.

Carter III to też bangery, które stały się zarówno darem jak i przekleństwem rapera. To właśnie dzięki nim zgarnął ogromne pieniądze na sprzedaży płyt i singli a z drugiej strony jego antyfani właśnie je biorą pod lupę pomijając inne numery (ale kto się nimi przejmuje?). No ale co tu tak naprawdę mamy? „Got Money”, które to rozpoczęło w rapie modę na auto-tune, „A Milli”, które było remixowane na milion różnych sposobów, dwa kawałki skierowane do damskiej części audytorium – wspominanie „Mrs. Officer” i „Comfortable” no i chyba najbardziej znany numer rapera – Lollipop. Tak jak chwalę ten album, to tego singla zdzierżyć nie mogę. Za każdym razem jak słucham płyty, to wywalam ten utwór z playisty. I to właśnie on jest dla mnie chyba jednym minusem tej płyty.

Co mnie najbardziej zdziwiło to możliwości wokalne Dwayne’a. Nie jestem wielkim fanem jego głosu. Kiedyś przeszkadzał mi on tak bardzo, że po prostu nie mogłem go w ogóle słuchać i niejednokrotnie zmuszałem się do słuchania jego płyt. Teraz nie jest to już w ogóle barierą. Jednak jaki by ten głos nie był Weezy operuje nim kapitalnie. Ilość patentów jakie posiada na poszczególne tony i barwy jest niebywała. A nawet jeśli komuś głos się nie podoba, to nie może odmówić raperowi flow, które ma ponadprzeciętne. Niektórzy mówią nawet, że jedne z najlepszych w grze.

Produkcja jest kolejnym obszarem, który świeci przykładem dla albumów aspirujących do miana płyt roku. Producenci odwalili genialną robotę przy tworzeniu podkładów i powinni dostać za nie medal. Drugi medal należy się gospodarzowi za ich dobór. Tak jak już wspominałem, były one wykorzystywane przez tuziny artystów na mixtape’ach a to chyba coś w rapgrze znaczy. Każdy słuchacz znajdzie tu coś dla siebie. Lubisz cukierkowe bity? Odpal „Lollipop” produkcji Jim Josina lub „Mrs. Officer” produkcji Deezle’a. Wolisz coś bardziej spokojnego? Proszę bardzo, przesłuchaj „Tie My Hands” do którego ręce przyłożył Kanye West czy „Dr. Carter” który wyszedł z warsztatu Swizz Beatza. Jesteś maniakiem trochę bardziej egzotycznych podkładów? „A Milli” Bangladesha i „La La” Davida Bannera tylko czekają na to żebyś je odpalił. Dla zwolenników bardziej klasycznego brzmienia (ale nie ala DJ Premier) znajdzie „3-Peat” zrobiony przez Maestro oraz mistrzowski bit Alchemista do „You Ain’t Got Nuthin’”.

Gości nie ma zbyt wielu. Poza śpiewającymi refreny kotami takimi jak T-Pain czy Robin Thicke możemy usłyszeć tu drugiego Cartera – Jay’a Z, Brisco, Busta Rymesa, Fabolusa i Juelz Santana’ę. Jak sobie poradzili? Jay-Z nie schodzi poniżej pewnego poziomu, więc o niego nie musimy się martwić, Brisco zarapował zaskakująco dobrze, Busta, który od czasu wydania „Big Bang” ma potencjał mordowania każdego tracka na jakim się znajdzie, tutaj też nie zawiódł. Znakomicie spisał się przede wszystkim Fabolous, którego wielu raperów określa mianem „króla punchline’ów” (moim zdaniem niesłusznie), ale jeśli ktoś prześcignął na tym projekcie gospodarza, to zdecydowanie on. Najgorzej z gości spsiał się moim zdaniem Juelz, który chyba chciał dorównać gospodarzowi w tym co robi najlepiej „I get money out the ass, that's some expensive shit” ale chyba coś mu nie wyszło.

I oto cały Carter III – dobre punche, bardzo ciekawe pomysły, wyśmienite bity oraz bardzo dobre wykonanie. Czego chcieć więcej? Przekazu! Wiem, nawet dobry żart przestaje śmieszyć jak jest za często powtarzany. Teraz wróćmy na chwilę do tego, co pisałem wcześniej. Czy jest to album rewolucyjny? W pewnym stopniu tak, boom na auto-tune to zasługa duetu T-Wayne a wielkie uznanie w środowisku musi coś znaczyć (choć dobrze wiemy, że środowisko raperów z USA zawsze lizało sobie dupę). Czy jest to album, katowany przez bezmózgie nastolatki tylko dlatego, że jest na nim "Lollipop"? Tak, ale nic w tym złego. Eminema też słuchają nastolatki a umiejętności mu to nie ujmuje. "Lollipop" jest jak już pisałem jedynym słabym punktem albumu a kawałki skierowane do napalonych osobników płci żeńskiej w okresie dojrzewania też poziomem nie powalają, ale też nie ciągnął oceny w dół. Dosyć późno przekonałem się do tego albumu, wy też dajcie mu szansę.

Ocena: 5

piątek, 5 sierpnia 2011

Royce da 5'9" - Success Is Certain (Recenzja)

Wygląda na to, że po ponownej współpracy z Eminemem i dobrym przyjęciu płyty „Hell: The Sequel” Royce Da 5’9” wreszcie zdobędzie uznanie, na które zasługuje od początku swojej kariery. 9 sierpnia będzie miała miejsce premiera ostatniego niezależnego albumu rapera a następny krążek zostanie wydany już w Shady Records. Pomyślcie tylko o perspektywie Royce’a nagrywającego na bitach Dr. Dre, Just Blaze’a, Kanye’a Westa i gościnnych występach Game’a, 50 Centa, Lil Wayne’a, Fabololusa… Ale zaraz, zaraz, nie o tym miałem pisać.

Trudno mi to mówić, ale już przed wyciekiem płyty do sieci czułem, że najbardziej oczekiwany przeze mnie album roku (prócz „RICANstruction”) może mnie bardzo zawieść. Najpierw bardzo cieszyłem się na powrót Royce’a do bardziej osobistych, ekspresywnych tekstów, ale po pierwszych oficjalnych zapowiedziach nadeszło bolesne zderzenie z rzeczywistością. Uboga tracklista, dwa utwory znane były już co najmniej od roku, do tego zostały wypuszczone cztery single, czyli tak naprawdę 6 z 11 utworów było znanych już przed premierą. No, ale cóż poradzić.

Album miał być duchowym następcą krążka wydanego w 2004 roku - „Death Is Certain”, który był jak dotąd najlepszym longplay’em, który wyszedł spod szyldu rapera z Detroit. Już samo to zobowiązywało artystę do większego zaangażowania się w projekt. Sam mówił w wielu wywiadach, że pod wpływem kolegów ze Slaughterhouse przerwał na chwilę niekończącą się balladę o broni i w końcu wziął się za coś głębszego (i nie chodzi mi tu o inną tematykę, z której jest znany). Co tu dużo mówić, słowa dotrzymał, chociaż przychodzi to bardzo ciężko dzisiejszym raperom.

Jak zwykle w przypadku płyt o różnej zawartości lirycznej zaczniemy od braggadacio, które tutaj, tak jak w przypadku prequela, nie jest na pierwszym planie. Jak już pisałem w recenzji nowego Bad Meets Evil, Royce radzi sobie w tym bardzo dobrze, chociaż do najlepszych (lirycznie) trochę mu jeszcze brakuje. Co jednak można gołym okiem zauważyć braggi są tu trochę mniej ofensywne niż na trzecim Bar Examie, przez co ilość punchline’ów zdecydowanie zmalała.

Poza trzema, można rzec, nieco freestyle’owymi braggami reszta oparta jest na ciekawych patentach. W „E.R.” Royce wchodzi w skórę doktora, który utrzymuje umierającą rapgrę przy życiu, w „Legendary”, przedstawia się jako legendarnego mc: „Who y'all respect is probably cross-dressing/Your favorite MC can probably find hisself, vibing to my Lost Session”, by potem w „Where My Money” zapytać się gdzie do cholery są pieniądze, które mu się należą. Przekreśla to jednak zgrabne powiedzenie „I’m gettin’ money like a motherfucker” z drugiego Bar Examu. Ale cóż… Paradoksalnie najlepszy utwór w tej konwencji czyli „Writer’s Block” zupełnie nie pasuje do płyty przez podkład (też paradoksalnie bardzo dobry). Nie pasuje także najgorszy numer na płycie czyli „My Own Planet” z gościnnym udziałem Joe Buddena. W ogóle co to za akcja, żeby dawać na płytę remix bonus tracka z poprzedniego albumu? Ktoś tu chciał chyba sztucznie zapełnić tracklistę (przypominam, że EP (podkreślam to słowo) Bad Meets Evil także zawierało 11 utworów).

No, ale sequel najbardziej osobistej płyty w dyskografii Royce’a nie może opierać się tylko na braggadacio, czyż nie? Raper znowu bezpardonowo rozlicza się z przeszłością, choć można zauważyć, że stoi w zupełnie innym punkcie niż siedem lat temu. Wciąż jednak potrafi spojrzeć na siebie krytycznie. Wspomina czas kiedy uzależnił się od alkoholu: „Went from bein’ a kid addicted to basketball to bein’ an ignorant nigga addicted to alcohol” i kiedy w czasie największej depresji nałóg się pogłębiał: „From there I went to about a bottle a day/Tellin' who we know "Get outta my face!"”. Wspomina także swoje dzieciństwo, relacje z rodzicami a także przybliża nam jakim przeżyciem były dla 11-sto latka wizyty w ośrodku odwykowym by spotkać się z ojcem. Nie mogło także zabraknąć przemyśleń na temat beefu z D12 (Royce przyznaje się tu, że postąpił źle) i przeszłości w Aftermath: „I know what Kino said about Dre/I look at Kino to this day like that was a stupid mistake/But if it wasn't for him doin that, what would I be doin today?”.

Royce na tym albumie po raz kolejny pokazuje, że posiada talent do pisania storytellingów. Pierwszym z dwóch utworów jest historia dwóch kontrastujących ze sobą chłopaków o imieniu Kenny. Jeden (o którym opowiada Nottz, który ma naprawdę dobre skille jak na producenta) miał wielką życiową pasję - bieganie. Widział jak jego przyjaciele staczają się przez crack i życie na ulicy i to jeszcze bardziej go motywowało do pracy. Drugi Kenny za to był zarozumiałym bandytą, który miał gdzieś zasady i stosował się tylko do własnych. No bo co można powiedzieć o człowieku, którego motto brzmi „You only as real as the nigga you murdered”. Jak kończy się jego historia nie powiem, żeby nie psuć wam zabawy.

Drugą i do tego bardzo osobistą historią jest opowieść o zmarłym przyjacielu Royce’a, byłym członku D12 - Proofie. Ryan opowiada nieco o jego życiu, spojrzeniu na świat a także feralnej nocy, gdy został zastrzelony. Aż słychać w głosie rapera ogromny smutek, gdy mówi o pogrzebie: I was at Proof’s funeral crying like a baby I was sittin’ in the back row with Vishis wishin’ I can go up to Marshall, Denaun, Swifty, Obie, Bizzare, Paul, Levaughn and say something positive after all the negative shit that we’ve been through”.

Co jeszcze mogę zaliczyć do plusów? Bardzo ciekawą aranżację niektórych utworów. Wiele razy powtarzałem, że Royce jest po prostu mistrzem w sprawach techniczno wokalnych i tu po raz kolejny nie zawodzi. Wydaje mi się nawet, że zrobił kolejny, mały kroczek do przodu. W „Merry Go Round” po prostu zabił mnie swoim flow. Apropos aranżacji musicie sprawdzić nieco westernowy śpiewany refren tym numerze. I to nie śpiewany przez byle kogo bo przez… Gospodarza.

Warstwa muzyczna utrzymana jest w dość mrocznym, przygnębiającym klimacie. Mógłbym go nawet porównać do tego z „Death Is Certain”. Nie jest on oczywiście tak doskonały jak tamten, ale i tak producenci stworzyli atmosferę, która bardzo dobrze oddaje to co Royce chciał na tej płycie przekazać. Na krążku udzielili się m.in. DJ Premier, StreetRunner, Nottz orazi główny producent „Hell: The Sequel” i producent wykonawczy „Success Is Certain” Mr. Porter. Poza dwoma wyjątkami o których mówiłem wcześniej wszystko bardzo dobrze ze sobą współgra i tworzy spójną całość. Gościnnie na płycie udzielili się Kid Vishis, Nottz, Adonis oraz Eminem. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Eminem znowu nie ma zwrotki na albumie. Historia z „Rock City” się powtarza.

Podsumowując to wszystko można jeszcze raz ponarzekać, że przed premierą albumu fani tacy jak ja, znali już ponad połowę pyty. Ale uwierzcie mi, po około trzech przesłuchaniach całego krążka różnica między starymi a nowymi utworami się zaciera i wtedy można dostrzec jego wszystkie zalety. Co natomiast z wadami? Krążek jest odrobinę za krótki. Ale czy to naprawdę jest ważne? Moim zdaniem ważne jest to, że udźwignął ciężar genialnego prequela. A to wielki komplement.

Ocena: -5

sobota, 16 lipca 2011

Canibus - Lyrical Law (Recenzja)

Canibus to postać bardzo ciekawa. Nie dość, że paradoksalnie zepsuł sobie karierę przez wygrany beef z LL Cool J’em, nie dość, że ma rozdwojoną osobowość (pamiętamy o tobie Rip The Jacker) to jeszcze posiadając ogromne umiejętności dał radę stworzyć album będący pretendentem do tytułu największej wpadki w historii rapu. Aż szkoda, że taki raper jak on jest znany i szanowany tylko przez bardzo ogarniętych słuchaczy, którzy i tak czasem o nim zapominają.

Po dwóch bardzo dobrych płytach „For Whom The Beat Tolls” i „Melatonin Magik” Bis wydał album pod tytułem „C of Tranquility”. Do dziś uważałem go za średni i nijaki, ale po kolejnym przesłuchaniu zmieniłem zdanie. Miał kilka naprawdę bardzo dobrych numerów a do tego był to chyba najlepiej wyprodukowany album rapera od czasu genialnego pod tym względem „Rip The Jacker”. Oczywiście nie zawierał w sobie tego mroku „Melatonin Magik” ani złożoności „For Whom The Beat Tolls”, ale chyba za ostro go z początku oceniłem. Od dzisiaj uważam go za bardzo solidną pozycję, może nawet na miarę „Melatonin Magik”.

Jednak Canibus już przed premierą „C of Tranquility” zapowiedział wydanie dwóch albumów. Drugim jest recenzowany tutaj „Lyrical Law”, który swoją premierę miał w czerwcu tego roku. Bis jak widać bardzo dużo nagrywa, ponieważ jest to już jego trzeci album w przeciągu półtora roku. To zadziwiające patrząc na to, że ma przy tym czas na beefy z takimi osobistościami jak DJ Premier! Spawa zostało wyjaśniona i nie ma związku z płytą więc myślę, że nie obrazicie się jeśli tę okoliczność pominę. Na krótki opis innego beefu przyjdzie czas później.

„Lyrical Law” w większości opiera się na koncepcji tzw. „cypherów”. Wiecie, kiedyś jak raperzy nie mieli takiego dostępu do studia nagraniowego jak dzisiaj zbierali się w małych grupkach na ulicy i każdy z nich jechał po jednej zwrotce starając się wypaść jak najlepiej. Canibus postanowił przenieść to na swoją nową produkcję i praktycznie cały album stanowią utwory z gościnnymi występami. Zależnie od tego kto pojawił się na tracku, jego liryczna forma była inna. Raz słyszeliśmy rymy w bardziej bitewnej konwencji, by potem wgłębić się w bardziej filozoficzne zakamarki płyty.

Sam Canibus wypada bardzo dobrze. Z dwoma wyjątkami nie daje przyćmić swoim gościom a w większości przypadków był po prostu widocznie od nich lepszy. Jego zakres tematyczny zdawał się być taki sam, ale kolejna porcja metafor znowu sprawiała wrażenie, że słyszałem coś zupełnie innego niż przedtem. Od pewnego czasu, jak już pisałem w poprzedniej recenzji, Bis odsunął na drugi plan punchline’y, żeby bardziej poświęcić się innym narzędziom ze swojego szerokiego warsztatu. Najbardziej było to widać na poprzedniej płycie. Tutaj jest trochę więcej czysto bitewnych rymów, ale wciąż dominują skomplikowane metafory i porównania. Raper wciąż lubi wspomnieć o obcych, światowym spisku, ale jest tu tego typu treści o wiele, wiele mniej niż na wspominanej wielokrotnie „Melatonin Magik”.

Canibus (poza doborem bitów) zawsze był krytykowany przez maniaków luźnego, niezaangażowanego rapu za swój domniemany brak flow. Wszyscy jednak wiemy, że jest to tyko przykrywka, bo nie każdy ma odwagę powiedzieć „nie rozumiem jego tekstów”. Jednak od jakiegoś roku raper z numeru na numer naprawdę zaczyna brzmieć… Ciężko. Jego głos zawsze był gruby i chrypliwy, ale Bis przecież nie młodnieje. Daje nam to trochę trudny do zniesienia wokal, który niestety, będzie już tylko gorszy (chociaż to i tak lepiej niż by rapował jak na „C True Hollywood Stories”). Do flow można się oczywiście przeczepić, ale chyba nikt nie słucha Canibusa by usłyszeć przyśpieszenia na poziomie Tech N9ne’a.

Lista gości wygląda naprawdę imponująco i jest bardzo ważna dla albumu (o jego koncepcie wyżej). Wśród nich znaleźli się między innymi Chino XL (z którym raper miał sformować grupę, ale jakoś wieści na ten temat ucichły), Killah Priest, Born Sun, Planet Asia, Sean Price, Ras Kass, Copwyrite i… Royce Da 5’9”. Zaskoczeni? Ja też byłem gdy pierwszy raz zobaczyłem tracklistę. Okazało się, że Canibus usunął wyczekiwany diss na rapera z Detroit a zamiast tego umieścił wspólny kawałek nagrany jeszcze przed beefem, który zaczął się w 2009 kiedy to Bis zdissował Eminema a Royce odpowiedział mu w jednym ze swoich freestyle’i. Wracając do tematu. Goście prezentują się bardzo dobrze. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Copywrite, który centralnie przyćmił gospodarza na jednym z utworów. Nawet genialna zwrotka Chino XL-a, z takimi wersami jak: „You'll never have a fly quote, nigga, you and I know/The best thing you'll ever write is a suicide note” wydawała się być przy tym średnia (na marginesie trzeba powiedzieć, że Chino zaczyna już bardzo ładnie płynąć po bicie).

Niestety nie znalazłem listy wszystkich producentów albumu, a na tej, którą znalazłem figurują kompletnie nieznane mi pseudonimy. Hypnotist? DJ Kru? Vherbal? Kim do cholery są ci kolesie? Ale czy to ważne? Ważne jest to że poradzili sobie bardzo dobrze. Canibus zawsze był krytykowany za zły dobór bitów, ale czy to jego wina, że jego budżet jest bardzo ograniczony przez wiadomą pozycję rapgrze? Mimo wszystko, uważam, że większość z tych uwag była niesłuszna (pomijając dwa-trzy naprawdę źle wyprodukowane albumy). Jednak od „Melatonin Magik” sytuacja zaczęła się zmieniać najlepsze i mamy 3 dobrze wyprodukowane albumy po sobie. Bity na „Lyrical Law” trzymają klimat, są odpowiednio dopasowane pod wykonawców + stoją na naprawdę dobrym poziomie technicznym. Chociaż moim zdaniem nie dorównują tym z „C of Tranquility”.

Cóż powiedzieć na koniec? Gospodarz w świetnej formie, na bardzo dobrych bitach, z dobrze prezentującymi się featuringami? Dostaliśmy po prostu bardzo dobry album, którym Canibus szturmem powrócił do mojej playlisty, na której ostatnio było go trochę mało. Dzięki tej płycie odkryłem też na nowo poprzednią, co akurat dla mnie jest wielkim plusem. Bis już od 2007 siedzi na lirycznym tronie i ani śmie z niego schodzić. Wiele osób (szczególnie psychofanów Eminema) czeka na jego potknięcie, którym ten album na pewno nie jest. Martwią mnie tylko pogłoski o tym, że na nowej, zapowiadanej płycie rapera „Rip The Jacker 2” nie będzie żadnego podkładu od ojca sukcesu poprzedniej części – Stoupe’a. Ale na to wścieknę się potem, gdy już zostanie to potwierdzone.

Ocena: +4 (Postanowiłem porzucić 10 stopniową skalę oceniania, bo za dużo było po prostu ocen w okolicach 8 i 9 i nie wiedziałem już jak te płyty porównywać ze sobą. Niedługo zrobie najprawdopodobniej listę wszystkich ocenionych płyt starą skalą i przekonwertuje je na nową. Zbliża się sierpień oraz daty premier aż czterech płyt na które czekam: „Succes Is Certain”, „The RICANstruction” (w końcu!), „The R.E.D. Album” oraz „The Carter IV”. Postaram się zrecenzować przynajmniej 3 albumy z wyżej wymienionych).

czwartek, 16 czerwca 2011

Bad Meets Evil - Hell The Sequel (Recenzja)

I reckon you ain't familiar with these here parts. You know, there's a story behind that there saloon. Twenty years ago, two outlaws took this whole town over. Sheriffs couldn't stop em, quickest damn gun slingers I've ever seen got murdered in cold blood. That ol' saloon there was their lil' home away from home. They say the ghosts of Bad and Evil still live in that tavern and on a quiet night you can still hear the footsteps of Slim Shady and Royce Da 5’9”.

Jeśli nie kojarzysz tej opowieści lepiej wyjdź z tej zakładki w przeglądarce, dowiedz się o co chodzi i wróć tu z większym zasobem informacji bo jak na razie nie możesz uważać się za prawdziwego fana żadnego z tych raperów. O relacjach Eminema i Royce’a można by napisać niejedną książkę. Jedno jest pewne. Gdyby nie poznali się tamtego wieczora, kiedy to zmarła babcia Ryana’a to o nim nikt by nie słyszał a Eminem na dobre zrezygnowałby z rapu pół roku później.

Paradoksalnie, ten niemalże legendarny duet z Detroit nie nagrał za wiele w pierwszym okresie swojej działalności. Single „Nuttin’ To Do” oraz „Scary Movies” wydane w wytwórni Game Recordings osiągnęły dość duży sukces jak na tamte czasy, ale nie były zapowiedzią żadnego większego projektu. Eminem zajęty był nagrywaniem swoich najlepszych płyt w karierze a Royce stopniowym zdobywaniem pozycji w grze. Było tak dopóki nie nagrali potencjalnego hitu, który podchwyciły wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. Szkoda jednak, że z pewnych powodów Royce ustąpił miejsca na nim swojemu idolowi. To dzięki temu ruchowi Nas mógł złożyć wers, który jest powtarzany przez antyfanów Jay’a jak pacierz: „Eminem murdered you on your own shit” (tak w ogóle to naprawdę nieładnie było wyscratchować wersy „Royce is a king of Detroit” ze swojej zwrotki Panie Slim Shady, nieładnie). Potem wynikł słynny beef między Royce’m a D12 a po nim chłopaki dość długo rozpracowywali swoje problemy. Ale nie zapominajmy, że Ryan rapował w 1999 roku: “Cuz this is what happens when Bad Meets Evil / And we hit the trees till we look like Vietnamese people / He's Evil, and I'm Bad like Steve Segal / Against peaceful, see you in hell for the sequel. Artyści dotrzymali obietnicy i tak w tym roku otrzymujemy EP “Hell: The Sequel”.

Jak bardzo zmienili się raperzy nie trzeba chyba mówić. Szczytowa forma Eminema jest już tylko wspomnieniem i chociaż uważa się, że Royce jest właśnie w swoim prime, to moim zdaniem potencjał na najlepszy duet w historii został zmarnowany. Ale OK, nie można przecież mieć wszystkiego. Dwa pierwsze single jakie wyciekły dawały wielkie nadzieje. „Echo” było zapowiedzią genialnego albumu, którego pierwszy dźwięk spali głośniki po pierwszym kontakcie z nimi a „Fast Lane” tylko utwierdzało w tym przekonaniu. Niestety, jak zwykle to bywa przy takich projektach oczekiwania nie zostały do końca spełnione.

Nikt oczywiście nie mówił, że będzie to najlepszy album dekady, ale ja jako wielki fan obu artystów liczyłem na coś więcej niż dostałem. Na Eminema w formie, na Royce’a w formie, na bardzo dobre bity, które zostaną zmiecione z powierzchni ziemi przez genialne flow raperów i w konsekwencji na bangery, które będę katował codziennie przez kilka tygodni a potem dalej będą nieodłączną częścią muzycznego dnia bo dalej będę się nimi jarał. Niestety, nie dostałem wszystkiego… Dobra, zacząłem jak nigdy od narzekań i brzmi to jakby album był totalną porażką a jest zupełnie odwrotnie.

Na cały album składa się 11 utworów. I chociaż przed premierą znałem już 5 z nich i dosyć często gościły na mojej Winampowej playliście to podczas pierwszego odsłuchu całości nie doznałem odczucia znużenia nimi i cały materiał wydawał się stosunkowo świeży. Co jest naprawdę zaskakujące raperzy skupili się bardziej na konceptowych utworach niż braggach i wyszło to bardzo, bardzo dobrze.

Pierwszym ciekawym pomysłem jest storytelling w „The Reunion”. Artyści opowiadają osobne historie, które w ostatniej zwrotce splatają się w jedną i mają symbolizować tytułowe zjednoczenie się grupy. Pada tam kilka ciekawych wersów, dzięki którym możemy poznać stosunek raperów do pewnych spraw. Eminem wciąż narzeka na swoją przedostatnią płytę : „Relapse sucked” a Ryan po raz kolejny wyraża swoje zdanie na temat modnej teraz filozofii “swaggeru”: „She said I'm feeling your whole swagger and flow, can we hook up? / I said, umm, you just used the word swagger, so no”.

Kolejnym dobrym konceptem są dwa ekspresywne utwory w których raperzy dzielą się z nami swoimi przeżyciami. Fascynuje przede wszystkim Royce, który jak nigdy zaczyna się ostatnio otwierać w tekstach. Wspomina jak nieciekawe życie wiódł kiedyś: “I remember when T-Pain ain't wanna work with me” i porównuje je z dzisiejszym: “My car starts itself, parks itself and auto-tunes / Cause now I'm in the Aston / I went from having my city locked up to getting treated like Kwame Kilpatrick” oraz mówi jak ważna jest dla niego przyjaźń z Eminemem: „And I ain't gotta stop the beat a minute / To tell Shady / I love the same way that he did Dr. Dre on the Chronic/ Tell him how real he is or how high I Am / Or how I would kill for him, for him to know it”. Eminem za to wydaje się ciągle rozliczać z przeszłością i odpierać argumenty atakujących go anty-fanów „I wanna just say thanks cause your hate is what gave me the strength”. Poza tym wciąż czuje się silny co najlepiej obrazuje wers: „Had a dream I was king, I woke up still king”. „Lighters” jest zdecydowanie najlepszym numerem na płycie i można by wypisać z niego wiele, wiele znakomitych wersów.

Braggi są w porządku. O ile nie można tam znaleźć jakichś górnopółkowych punchline’ów z małymi wyjątkami jak” „Y'all are rock stars, I'm the opposite I could just throw a rock and hit a star for the fuck of it” to i tak ze względu na bardzo dobre flow wykonawców brzmią świetnie. Najlepszym utworem w tej konwencji jest zdecydowanie „Above The Law”, które dzięki energicznemu bitowi daje raperom największe pole do popisu. Nie można zapominając także o „Echo”, gdzie Royce wersami typu: „Pen got a mind of its own, got to write my rhymes with a timer / Otherwise I’ll probably vibe out to a nine minute song” dawał do zrozumienia, że to będzie jego EP’ka (ale o tym niżej). Nie mogło zabraknąć też utworu przesiąkniętego seksem. Na tej płycie nurt Anakreonta reprezentuje „Kiss”. No bo co to za płyta, na której Royce nie wspomina o swoich genitaliach?

Produkcją większości płyty zajął się członek D12 i dobry przyjaciel raperów Mr. Porter. Jego podkłady są różnorodne i choć większość nie jest na poziomie, do którego przyzwyczaił nas chociażby DJ Premier to wszystkie są co najmniej dobre. Oczywiście perełką wśród nich jest „Above The Law”, które buja mnie po dziś dzień. Oprócz Pana Portera swoje bity dorzucili Havoc (który zrobił niespodziewanie dobry bit), Supa Dups i Sid Roams oraz sam Eminem, którego podkłady jakoś nigdy nie przypadały mi do gustu i tak jest i tym razem. Nie można zapominać też o Bangladeshu, który po hicie „6’ 7’” chyba zaczyna przebijać się do większego grona odbiorców.

Teraz pytanie – jak prezentują się raperzy? Który z nich lepszy? "Nie można ich porównać. Są jednością na tej płycie i obaj wypadli bardzo dobrze". Tak napisałby ktoś kto albo chce usprawiedliwić jedną stronę, albo po prostu nie zna się na rzeczy. Z przykrością stwierdzam (a może nie), że Royce przejął tę płytę zostawiając Eminema z tyłu. Po prostu Marshall nie ma już tej świeżości po tym jak diametralnie zmienił swój styl z tamtym roku. W jedynym numerze jakim górował „The Reunion” górował tylko dlatego, że stylem przypominał stare, dobre „Relapse”. Wiem, to tylko moje odczucie i możecie się z tym nie zgodzić, ale ileż można być takim spiętym! Kiedyś robił to tylko przy okazji bardziej emocjonalnych kawałków typu „The Way I Am” a teraz praktycznie w każdej zwrotce brzmi chciał komuś strzelić w pysk (a może o to chodzi?). Royce za to robi stopniowy progres i strach pomyśleć jak będzie prezentował się jego nowy solowy album. Jako mistrz slow flow teraz zaczyna próbować szybszej nawijki i wychodzi mu to bardzo dobrze. Lirycznie oczywiście mógłby być lepszy, ale nikt nie oczekuje od niego tekstów na poziomie Canibusa, prawda? W ogóle, nie czujecie się trochę zażenowani nagonką na Eminema za wers „Nicki Minaj I wanna stick my penis in your anus”? Pierwsze z brzegu wersy Royce’a z poprzednich projektów: „Plus he been pushin' that bar, he knows what he wants / He'll fuck a Pussycat Doll before he retires”, “My dream mistriss is a bitch like pinky with brains / Or Roxy Renolds I stick dick into her / She suck cock for a living, tongue kiss with Murs”. Widać uszło mu to płazem, ze względu na to, że był o wiele mniej znany.

Cóż, najlepszym podsumowaniem tej recenzji będzie to, że chociaż lekko się zawiodłem na tym albumie, to wciąż podczas przesłuchiwania płyty nie pomijam żadnych numerów. Marshall i Ryan zrobili naprawdę kawał dobrej roboty, ale szkoda, że fani tacy jak ja pozostaną z niedosytem. Czy to tylko wina tego, że Eminem nie jest ostatnio w formie? Przede wszystkim. I dlatego jestem jeszcze bardziej zły, że ten projekt nie został zrealizowany w okolicach 2000 roku, kiedy Eminem był w swoim prime i chociaż Royce dopiero szlifował umiejętności, to i tak byłby to prawdopodobnie lepszy album niż jest teraz.

Ocena: +8/10

And so that's the story when Bad Meets Evil. Two of the most wanted individuals in the county made Jesse James and Billy the Kid look like law-abiding citizens. It's too bad they had to go out the way they did. Got shot in the back comin’ out of that ol' saloon… But their spirits still live on till this day.

sobota, 11 czerwca 2011

Tech N9ne - All 6's and 7's (Recenzja)

Z przyjemnością ogłaszam początek lata z albumami prawdopodobnie najlepszych raperów jacy chodzą po tym świecie. Tech N9ne, którego płytę tutaj recenzuje nie miał farta. Zaraz po pierwszym przesłuchaniu jego albumu do sieci wyciekło Bad Meets Evil i chcąc nie chcąc musiałem ten projekt przesłuchać. Potem, gdy obiecałem sobie, że do premiery i kupna oryginalnej płyty nawet go nie tknę (choć dzisiaj już widzę że nic z tego nie wyjdzie) żeby mieć czas na dokładne przesłuchanie Techa wyszedł drugi singiel z solowej płyty Royce’a a dwa dni później mój monitor poszedł przywitać się ze Świętym Piotrem. No, ale dzisiaj miałem okazję ponownie przesłuchać krążek rapera z Kansas City i napisać recenzję, którą macie przed oczami. Znowu cholera wyszedłem trochę z wprawy, ale mam nadzieję, że szybko wrócę do formy. Bo ojczyzna wzywa. OK, wracajmy do Techa.

Zanim przyszedł czas „All 6’s and 7’s” raper po genialnym „K.O.D.” wydał jeszcze dwie EP’ki - „The Lost Scripts of K.O.D.”, „Seapage”, jeden pełnoprawny album - „The Gates Mixed Plates” oraz jeden mixtape - „Bad Season” (kiedyś już mówiłem, że to pracoholik). Ta część kariery Tech N9ne’a nie jest jednak dobrze widziana przez jego fanów. Sam nie wiedziałem dlaczego. O ile album był po prostu dobry, a EPki średnie to mixtape bardzo mi się spodobał. Już wtedy widać było, że Tecca idzie w dobrym kierunku. Akurat w maju ponownie sprawdziłem dyskografię najlepiej sprzedającego się podziemnego rapera i stwierdziłem, że naprawdę, szczególnie te EPki odbiegały od poziomu jaki prezentował wcześniej. No, ale jest teraz jest rok 2011 i już najwyższy czas na kolejne LP.

Już po singlach wiedziałem, że będzie to album co najmniej dobry. Tech N9ne wrócił w nim do bardziej lirycznego podejścia do rapu. Oczywiście ta płyta tak jak poprzednie opiera się przede wszystkim na technice (o której poniżej), ale mamy tutaj dużo więcej pomysłów na teksty niż przy okazji poprzednich produkcji. Płyta jest przede wszystkim różnorodna. Usłyszymy tutaj trochę osobistych tekstów, które stoją na bardzo wysokim poziomie – „Mama Nem”, trochę mroczniejszych kompozycji – „Boogieman” (tak w ogóle to dopiero dziś dowiedziałem się dlaczego Tech zrezygnował z tworzenia płyt w pełnej konwencji mroku) a także luźne teksty na temat płci przeciwnej – „Fuck Food” (czyż ta fraza nie jest genialna?).

Flow Techa wciąż jest niezaprzeczalnie jednym z najlepszych (jak dla mnie najlepszym) w dzisiejszym rapie. Nina jest mistrzem w przyśpieszaniu i chociaż sam nie lubię takiego rapowania to słuchanie rapera z Kansas City jest dla mnie czystą przyjemnością. Czuć, że artysta ma pomysł na każdy bit i potrafi w ciekawy sposób go rozpracować. Chęcią pokazania się z jak najlepszej strony pod względem szybkości nawijki jest utwór „Worldwide Choppers” kontynuator serii „Midwest Choppers” z poprzednich płyt. Gospodarz zaprosił tutaj czołówkę raperów którzy słyną z tego, że chcą swoim flow dogonić światło. Jak wyszło? Bardzo ciekawie i choć tak jak mówiłem nie jestem fanem tego typu rapu to trzeba oddać wszystkim artystom, że spisali się na medal. Jeśli już jesteśmy przy technice, to po raz kolejny stwierdzam, że niewielu w Stanach składa rymy tak jak Nina. A to jest wielki plus.

Tech zaczyna celować w mainstream. Widać a właściwie słychać to szczególnie po bitach i występach gościnnych (o których później). Płyta została wyprodukowana przez trochę innych ludzi niż wcześniej. Mniej już tu nieznanych nazwisk spod szyldu Strange Music a trochę więcej bardziej rozpoznawalnych beatmakerów. Palce w produkcji maczali między innymi: B.o.B, J.U.S.T.I.C.E. League czy bardzo pasujący do tytułu płyty Seven. Podkłady tak jak teksty są bardzo różnorodne i idealnie wprowadzają w ich tematykę. Tam gdzie ma być mroczno jest mroczno, tam gdzie ma być lekko jest lekko a tam gdzie ma być banger jest banger.

Jeśli pierwszy raz popatrzymy na tracklistę płyty, to wygląda ona bardziej jak tracklista kolejnego albumu z serii Collabos. Na szczęście przy przesłuchaniu odetchniemy z ulgą, gdy okaże się, że większość featuringów to artyści w refrenach a pozostali goście spisali się naprawdę nieźle. Moim ulubionym utworem na płycie jest (nie licząc bonusów) wspomniane już „Fuck Food”. Naprawdę, pierwszy raz w życiu aż tak spodobała mi się zwrotka autorstwa Lil’ Wayne’a i jego wątpliwie inteligentne punchline’y typu „I eat that pussy like a last supper”. Po raz pierwszy także tak naprawdę zajarałem się refrenem T-Paina, który jeśli nie przyćmił raperów to przynajmniej szedł za nimi krok w krok. Co poza tym? Yelawolf we wspominanym już „Worldwide Choppers” zasygnalizował mi, że mogłem pomylić się w jego ocenie a stare dobre dziadki – Snoop Dogg i E-40 doskonale sprawdziły się w swojej ulubionej tematyce w utworze „Pornorgaphic”.

Podsumowując to co napisałem powiem: Tech wraca. Ale skąd? Wraca z fazy najwyższego w swojej karierze przekładania formy nad treść do zbalansowania swoich umiejętność . To właśnie takiego Tech N9ne’a katowałem w 2009 roku i mam szczerą nadzieję, że tę formę już utrzyma lub ewentualnie wzbije się na jeszcze wyższy level. Straszna wizja, prawda?. „All 6’s and 7’s” to płyta bardzo dobra, która zdecydowanie spełniła moje oczekiwania a może nawet lekko je przerosła. Jako fan „Sickology 101” oraz „K.O.D.” mogę szczerze powiedzieć, że Tech N9ne znów plasuje się w mojej czołówce raperów i chyba nie raczy jej w najbliższym czasie opuścić.

Ocena -9/10

sobota, 22 stycznia 2011

Royce Da 5'9" - Street Hop (Recenzja)


Dziś rano (które dla normalnego człowieka jest popołudniem) naszła mnie genialna myśl, żeby w końcu dokończyć recenzowanie dyskografii Ryana Montgomery’ego. Prawdę mówiąc jak zaczynałem tę serię to postanowiłem sobie, że raczej nie opiszę tej płyty, ponieważ uważałem ją za jeszcze słabszą niż „Independent’s Day”. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni i teraz jest to mój ulubiony album reprezentanta Detroit zaraz po genialnym „Death Is Certain”. Mowa oczywiście o „Street Hop”, który ujrzał światło dzienne 20 października 2009 roku czyli dopiero trzy lata po pierwszej oficjalnej zapowiedzi.

Po zakończeniu beefu z D12 w 2005 roku Royce zmuszony był opłakiwać śmierć swojego przyjaciela Proofa. Zaraz po tym został aresztowany i skazany na rok więzienia za złamanie warunków zwolnienia warunkowego narzuconego przy sprawie o nielegalne posiadanie broni. Na wolność wyszedł w 2007 roku i od razu zabrał się za pracę nad pierwszym mixtape’em z serii „The Bar Exam”. Kiedy wreszcie zajął się kolejnym solowym krążkiem, większość kawałków jakie miały się na nim znaleźć wyciekło do internetu jako „The Revival”. Nieco zirytowany Royce ponownie odsunął projekt na bok i niedługo potem wydał kolejny mixtape „The Bar Exam 2”. Pewność, że „Street Hop” jest priorytetem mieliśmy dopiero wtedy, gdy premierę miał pierwszy klip promujący płytę – „Shake This”. Ale to jeszcze nie było to. Nickel skupił się na pracy nad albumem swojej supergrupy Slaughterhouse i dopiero po jego premierze na półki sklepowe trafił „Street Hop” poprzedzony wydaniem „The Revival EP” (nie mylić z bootlegiem) trzy miesiące wcześniej. Jak więc widzimy Royce nie siedział bezczynnie na czterech literach przez te trzy lata (lepiej nie wnikajmy w to, co te cztery litery robiły w więzieniu).

Cały album sprawia wrażenie albumu bez konceptu. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe style, w których Royce czuje się najlepiej. I w tym wypadku, w przeciwieństwie do poprzedniego albumu, jest to jak najbardziej zaletą. Oczywistą oczywistością jest to, że na albumie dominuje braggadacio w różnych formach. Zacznijmy może od genialnego kawałka otwierającego płytę - „Gun Harmonizing” w którym Ryan wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Zarówno technicznych jak i lirycznych. Wersy: „The best rapper alive could be the best rapper that died, a murderous / If you ain't get it by now, I'm suicidal, I'm wild, a nigga better than me is who I ain't heard of yet / So I ain't murdered yet, he ain't even been born, his momma's a virgin, she ain't even furtile yet” powinny być obowiązkową częścią książki “Jak rapować”, którą musiałby przeczytać każdy początkujący raper.

Spoglądając na tracklistę mamy jeszcze trochę inną odmianę bragga, którą ja nazywam “flow show”. Jest to pokazanie nieprzeciętnych umiejętność płynięcia po bicie. Najlepszym przykładem jest tu kawałek „Dinner Time” z Busta Rhymesem. Aż czuć współczucie dla bitu, słysząc jak Royce na spółkę ze swoim kolegą się nad nim znęcają. Mówiłem już, że Royce z każdym rokiem jest lepszy w tej dziedzinie? Dobra, jedziemy dalej. Jeśli mowa o przechwałkach, znajdziemy też jeden kawałek czysto uliczny o wiele mówiącym tytule „Gangsta” (mam deja vu). I trzeba powiedzieć, że nie jest zły, chociaż jedyne wersy, które wpadły mi w pamięć to: „If you a rapper, I diss your ass / Then get mad at you for getting mad at me”. Gangstersko.

Za co jeszcze mógłbym pochwalić rapera z Detroit? Zdecydowanie za bangery, które mogłyby bujać dupy dobrych dup w klubach. Począwszy od lekkiego, ocierającego się o r’n’b „Thing For Your Girlfriend”, przez „Far Away”, które jest aktualnie moim ulubionym kawałkiem z płyty, po „Mine In Thiz”. W jednym tracku Royce genialnie parodiuje raperów używających auto-tune’a i po raz kolejny potwierdza że wers: „Fuck this auto-tune shit, that shit sound weak as a bitch, at least it’s me using it” był najprawdziwszą prawdą, w innym natomiast potrafi odnaleźć się na piekielnie mocnym syntetycznym bicie Mr. Portera i nawinąć w swojej ulubionej konwencji (czyt. kasa i dziwki).

Największym „objawieniem” płyty są jednak genialne storytellingi. Refleksyjno-reminisencyjny singiel „Shake This” jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Skupmy się na razie na, notabene kolejnym singlu – „Part Of Me”. Raper zainspirowany serialem „Twilight Zone” postanowił ułożyć swoją niesamowitą historię. Na początku wydaje nam się, że to kolejna, lekka opowieść o jednym z wielu playerów na tym świecie. Jednak ostatnie wersy zmieniają całkowicie nasze spojrzenie na ten kawałek. Jako fan serialu z czystym sercem mogę powiedzieć, że Royce nie sprofanował go odwołując się do niego w teledysku.

Na osobny akapit zasługuje historia opowiedziana w dwóch innych trackach – „On The Run” oraz „Murder”. Konwencja troszeczkę przypomina mi narracją Max Payne’a 2. No ale do rzeczy. Akcja zaczyna się gdy wykreowana przez Royce’a postać wynajmuje pokój w hotelu i zaczyna refleksje nad czynem który popełniła. Gdy historia kończy się dla niej tragicznie, w kolejnym kawałku cofamy się o jeden dzień i poznajemy wszystkie wydarzenia od podszewki. I chociaż nie wszystko jest tutaj logicznie opowiedziane to i tak trzeba powiedzieć, że Ryan odwalił tu kawał dobrej roboty.

Przejdźmy teraz to kolejnego mocnego punktu albumu, czyli produkcji. Moim skromnym zdaniem jest to najlepiej wyprodukowany krążek rapera w całej jego dyskografii. Mamy tu wszystko. Od samplowanych bitów DJ’a Premiera, przez syntetyki Mr. Portera i Emile’a, przy których jak u siebie w domu czułby się T.I. po trochę spokojniejsze podkłady Streetrunnera. Wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Nie ma co się dziwi skoro producentem wykonawczym płyty był sam Preemo.

No dobra, a czy płyta ma właściwie jakieś wady? Naturalnie, ale są to raczej moje subiektywne odczucia. Większość tracków, których nie wymieniłem to po prostu czysta średniawa a niektóre są tak monotonne, że aż chce się je pominąć. Takie kawałki jak ”Warriors” na feacie ze Slaughterhouse na którym ogromnie się zawiodłem czy „Something To Ride To”, który niby ma ten vibe lat 90, ale co z tego, skoro jest nudny jak flaki z olejem, po prostu psują odbiór płyty. Na wyróżnienie zasługuje też „New Money”, które nie wiem po co w ogóle znalazło się na albumie.

Czy Royce miał rację mówiąc, że to jego najlepszy album jaki do tej pory nagrał? Niestety nie. Ale na pewno nie możemy narzekać. Ja dopiero po kilku przesłuchaniach odkryłem tkwiący w nim ogień piekielny. Jest to płyta, na której każdy słuchacz znajdzie coś dla siebie (no chyba, że jest fanem horrorcore’u). I pomimo tracków, które wypisałem w akapicie wyżej wciąż jest to album bardzo dobry. Teraz Ryan zapowiedział sequel „Death Is Certain” zatytułowany „Success Is Certain”, na który czekam z niecierpliwością, ale mam pewne obawy, że może sprofanować klasyk, który sam stworzył.

Ocena: 8/10

wtorek, 9 listopada 2010

Royce da 5'9" - Independent's Day (Recenzja)

Jest rok 2005. Beef między D12 i Royce’m Da 5'9" trwa nadal. Oczywiście chodzi mi tu o tą stricte uliczną część, ponieważ raperzy poza niewielkimi nawiązaniami, praktycznie nie atakują się już w swoich utworach. Chłopaki z Dirty Dozen wydali swój drugi album rok wcześniej, chociaż Nickle twierdził, że nigdy to nie nastąpi „There'll never be another D12 album, nigga, wanna bet?”. Ryan za to otworzył swój własny label „M.I.C. Records” i wydał w nim kilka mixtape’ów. W końcu jednak przyszła pora na wydanie kolejnego oficjalnego krążka.

Po lekko mrocznym i refleksyjnym „Death Is Certain” przyszła pora na powrót do normalności w postaci albumu „Independent's Day”, którego tytuł ma dobitnie pokreślić to, że raper jest już w końcu „na swoim”. Royce znowu kreuje się na twardziela, który ciągle trzyma rękę na spuście i nie zawaha się za niego pociągnąć. Powraca jakby na stanowisko „Króla Detroit”, chociaż sam wcześniej powiedział, że zrzekł się korony. Co ciekawe wydał też trzy części mixtape’u „Defending The Crown”. Pewnie wyglądało to tak, że stał na ulicy obok korony, którą niedawno wyrzucił i bronił jej jak emerytki krzyża pod pałacem prezydenckim. Jeszcze ciekawszą rzeczą jest to, że jego image tough guy’a całkowicie obala fakt, że w okresie nagrywania płyty nie wychodził nawet do klubów z obawą, że może tam spotkać kogoś z sprzymierzeńców wrogiej grupy. Hipokryzja w najczystszym wydaniu.

Co za tym idzie, radykalnej zmianie uległa warstwa tekstowa płyty. Jak się pewnie domyślacie, na gorsze. O zawartości merytorycznej albumu, w numerze otwierającym płytę, wypowiada się sam artysta: „I'm about to touch on every style you could think of / On this album from the streets to the bounce to the singles” Szkoda tylko, że te wszystkie trzy wymienione przez rapera style łączą się z bezwartościowym, mało ambitnym braggadacio. OK, przypuszczam, że nie ma większego fana bragga w Polsce niż ja, ale nawet dla mnie to musi mieć jakiś poziom. Te kawałki dla ulic to po prostu kreowanie się na największego gangstera w Detroit, bounce to pseudo bujające tracki z prostym tekstem a kawałki singlowe są tylko prymitywnym gadaniem o seksie. Royce wrócił do stylu prezentowanego na "Rock City". Szkoda tylko, że spadł o te kilka poziomów.

Lirycznie jest to zdecydowanie najsłabszy album rapera jak do tej pory. Ale zacznijmy może od tych pozytywnych aspektów. Najlepszym utworem na płycie, który wybija się znacznie na tle pozostałych numerów jest kawałek „Yeah”. Niby nie jest to nic szczególnego patrząc na warstwę tekstową, ale vibe, jaki płynie z nawijki Royce’a oraz bitu 6th July’a jest niepodrabialny. W tracku „Independent’s Day” Nickle opowiada o tym, że bycie niezależnym pozwala mu być artystą kompletnym i w końcu rozwinąć pozwala mu skrzydła . Szkoda tylko, że w praktyce wyszło zupełnie inaczej. Nie mogę też zapomnieć o jedynym tak naprawdę dobrym koncepcie na płycie, czyli numerze „Blow Dat”. Jest to powrót do klasycznych brzmień wschodniego wybrzeża z przełomu lat 80 i 90. Artysta nie osiągnąłby tego bez pomocy Nottza i jego bardzo ciekawego bitu, którego styl łudząco przypomina pierwsze albumy Public Enemy.

Teraz przejdźmy do minusów. Jednym z tych większych jest to, że bragga Royce’a na tym albumie nie ma w sobie absolutnie nic. Nie ma ani ciekawych punchy, ani niczego innego co mogłoby przykuć uwagę na dłużej. NICZEGO, co mogłoby podnieść ocenę lirycznej strony albumu. Dodatkowo Ryan serwuje nam masę nieudanych pomysłów i zupełnie niezrozumiałych prób ukrycia bezwartościowości tekstów pod osłoną niezrozumiałych konceptów. Powiem szczerze, że gdybym miał oceniać tylko warstwę tekstową zjechałbym tę płytę bardziej niż „C True Hollywood Stories” Canibusa.

Album ratuje oczywiście genialne flow rapera, które tak jak już pisałem we wcześniej recenzji z roku na rok staje się lepsze. Umiejętności zaprezentowane na tym krążku po raz kolejny potwierdzają, że Royce potrafi odnaleźć się na dosłownie każdym bicie. Dodajmy do tego tę technikę rymów, o której też już pisałem przy okazji omawiania poprzedniej płyty. Może artysta nie jest tu tak fenomenalny jak wtedy, ale wciąż jest to poziom wykraczający ponad 90% sceny USA. Przy tym trzeba wspomnieć o warstwie muzycznej, która też bardzo dobrze spełniła rolę koła ratunkowego dla albumu. I chociaż jest to zupełnie inny styl podkładów niż na „Death Is Certain”, to muszę szczerze powiedzieć, że większość z nich jest wyśmienita. Większość, bo niektóre są… Dziwne. Ale może tylko dla mnie.

Warto jeszcze wspomnieć jeszcze o tym, że Royce zaprosił na płytę całą ekipę ze swojej nowo otwartej wytwórni M.I.C. Records. Jakie ma to przełożenie na jakość omawianego krążka? Skłaniałbym się tu raczej ku opinii, że trochę ją zepsuło, aczkolwiek koledzy Ryana nie są oczywiście raperami katastrofalnymi. Są to po prostu średniacy, którzy czasem mogą zaimponować swoim flow. Wyjątkiem wydaje się by brat Royce'a – Kid Vishis, po którym już wtedy było słychać, że odziedziczył te same muzyczne geny co jego brat. Z perspektywy czasu widzimy, że wyrósł na bardzo przyzwoitego rapera.

Cóż, jak mówi stara mądrość ludowa, są upadki i wzloty. I wiecie co? Gdyby nie to, że nie lubię bezsensownych tekstów, byłby to bardzo dobry album. No bo co mogę powiedzieć? Mamy genialne warunki techniczno-wokalne połączone z bardzo dobrą warstwą muzyczną. Szczerze mogę polecić tę płytę ludziom, którzy albo nie zwracają uwagi na teksty, albo ich po prostu nie rozumieją. Niestety, ja jako miłośnik „czegoś więcej” nie mogę nie obniżyć przez to oceny. Jeszcze tak na koniec dodam, że Royce zrehabilituje się później na swoich mixtape’ach z serii "Bar Exam", by potem znowu spaść kilka poziomów niżej na kolejnym solowym albumie. Może jednak powinien pomyśleć o karierze mixtejpowego rapera?

Ocena: 7/10

poniedziałek, 25 października 2010

Royce da 5'9" - Death Is Certain (Recenzja)

Beefy i ich specyficzna atmosfera bardzo często potrafią wyzwolić w raperze pokłady umiejętności i pomysłów, których oni sami i ich słuchacze nigdy by się nie spodziewali. Bardzo często idzie to niestety w złą stronę jak podczas konfliktu 2Paca z Notoriousem i późniejszych poczynań tego pierwszego. Niekiedy jednak beef potrafi mieć pozytywny wpływ na twórczość rapera. Najlepszym przykładem na to jest Royce Da 5’9” i jego drugi solowy krążek „Death Is Certain”. Ryan podczas nagrywania płyty był w stanie wojny ze swoimi byłymi przyjaciółmi z D12. Podczas gdy beef trząsł miastem a główne dissy były już dawno napisane raper postanowił dalej robić swoje i wskoczyć na wyższy poziom.

Na samym początku trzeba zaznaczyć, że na albumie słyszymy zupełnie innego Royce’a niż na innych jego wydawnictwach. Mimo tego technicznie jest to ten sam gościu, który potrafi wkleić w tekst mnóstwo skomplikowanych rymów jakby od niechcenia. Można nawet powiedzieć, że ta płyta jest jego najlepszą w karierze pod tym względem. Jego skillsy są piorunujące i nie ma co do tego ani krztyny wątpliwości. Takie wersy jak: “Raps wolf is back, to attack crooks is back / The slap snares, and clap at the tracks foot” czy “The ski mask, the beef with the street trash / The leafs the trees the grass, at ya pad, he's mastered / Squeeze faster, instead of beatin’ his ass” same obronią się nawet przed najwiekszym hejterem z Detroit. Na “Death Is Certain” Ryan zrobił także kolejny krok ku rozwinięciu swoich umiejętności wokalnych. Jak wiemy, już na debiucie dysponował jednymi z najlepszych umiejętności płynięcia po bicie w kraju i jak sami widzimy, z czasem jeszcze bardziej się rozwinął. I co najważniejsze, dalej nie przestaje tego robić i z roku na rok jego flow staje się coraz bardziej niesamowite. Jednak to, co zmieniło się najbardziej, to warstwa liryczna.

Zawszę lubię dzielić analizowanie tekstów na dwie części i tutaj zrobię to samo. Gdybym tego nie zrobił, popełniłbym zbrodnię, za którą groziłaby mi kara śmierci. Jak się zapewne domyślacie, pierwszym obliczem albumu jest braggadacio. Jest go tu jednak bardzo mało jak na tego typu rapera. Royce nie stosuje żadnych zawiłych metafor, nad którymi trzeba siedzieć godzinami, po prostu bawi się słowem i to chyba wychodzi mu najlepiej. Wychwalanie i pokazywanie swoich skillsów ciągle przeplata się z wątkami ulicznymi, których tutaj także znajdziemy bardzo, bardzo mało. I to bardzo dobrze, ponieważ na następnych płytach raper potrafi nas tym wręcz zanudzić. Tutaj w sumie mamy tylko jeden utwór stricte o takiej tematyce - „Gangsta”, ale można też pod to podciągnąć znakomity remake klasycznego kawałka Notoriousa B.I.G. „What’s Beef” zatytuwany „Beef”. Ukazuje on rapowy konflikt od strony miejskiej, gdzie panują zupełnie inne zasady niż na wosku. Przenikanie się tych tematyk bardzo przypomina mi miejskie braggadacio Big L’a i chyba tak najlepiej jest to określić.

Jednak ten album jest czymś więcej niż to. Jest przede wszystkim zbiorem refleksji Royce’a na temat życia i rapu i a także pokazaniem uczuć, jakie nim w tamtym czasie targały. Mamy tu wszystko: począwszy od lekkich rozkmin na temat muzyki w „What I Know” przez bardziej poważniejsze rozważania na temat swojego miejsca w rapgrze w „Regardless” aż po genialnie ukazany wpływ beefu na umysł rapera w pełnym gniewu „Something’s Wrong With Him”, którego kwintesencją jest wers „Now I'm angry, so fuck a metaphor”. Royce podczas beefu z D12 popadł w alkoholizm i podobno był bliski załamania nerwowego. To pozwoliło mu trochę inaczej spojrzeć na siebie i swoją twórczość. Najlepszym odzwierciedleniem tego jest utwór „I & Me”, który można uznać za typową spowiedź artysty i bezkompromisowe rozliczenie się z rzeczywistością. Aż strach pomyśleć, co musiało dziać się w umyślę Royce’a i doprowadzić go do napisania czegoś takiego: „Go out and kill a clown a day / Don't call me Royce no more, it's Ryan, I just threw Detroit's crown away!”.

Na sam koniec zostawiłem sobie najlepszy moim zdaniem utwór na płycie. Tytułowy „Death Is Certain Pt. 2 (It Hurts)”. Jest to najbardziej poruszający kawałek w dyskografii Royce’a i tak naprawdę jego klasa leży przede wszystkim w prostocie konceptu. Artysta opowiada tu o swoich wewnętrznych rozterkach, gdy jeden z jego najlepszych przyjaciół zostaje postrzelony. Właśnie, niby nic, ale zaangażowanie, z jakim Royce wypowiada kolejne frazy i wczucie się w opowiadaną historię znakomicie maskują tę prostotę. Royce oprócz swoich ekspresji przekazuje nam kilka mądrości życiowych, oraz rozważa, jaki wpływ będzie miała śmierć kolegi na cała ekipę, której był członkiem. W jednym momencie nawet prosi los o to, by w przypadku śmierci kumpla, on też umarł. Utwór jak się domyślamy, nie kończy się happy endem a przyjaciel odchodzi z tego świata na oczach Royce’a.

Jak już wiecie z moich wcześniejszych recenzji lubię doszukiwać się w tekstach czegoś więcej niż inni. To, co zauważyłem słuchając tej płyty, może być bardzo ważne dla konceptu całego albumu. Mianowicie, znalazłem wiele nawiązań do tragicznie zmarłej legendy zachodniego wybrzeża – Tupaca Shakura. Zaczynając od wersów, w których pada jego pseudonim: „„Unlock ya locks, and keep ya keks/ The Pac in me, got me thinkin deeply”, “Fuck is you sick? 'Pac should be pissed / Cause fifty percent of the niggaz suckin his dick is bitches!”, “Fuck hip-hop, hip-hop sucks! / You got, niggaz on top swingin from 2Pac's nuts!”, przez tytuł kawałka “Bomb 1st” a kończąc na follow upie a wręcz imitacji wersów Paca z „Against All Ods” zaimplementowanych w „I & Me”, o którym szerzej pisałem wcześniej. Sądząc po kontekstach tych zabiegów Royce utożsamia się 2Paciem, ponieważ znalazł się w bardzo podobnej sytuacji jak on w 1996.

Do tej bardzo dobrej, jeśli nie genialnej warstwy lirycznej potrzebne było jeszcze tło muzyczne, które doskonale odda klimat utworów. I wiecie co? Producenci spisali się na medal. Nadali albumowi tą mroczną atmosferę, która odróżnia go od innych albumów artysty. Jest to zasługa przede wszystkim 6 July’a członka producenkiej grupy The Hitmen z Bad Boys Records, który wyprodukował około 80% albumu. Swoje trzy grosze dorzucili też ziomek Royce’a z Detroit - Asar, Reef, Ty Fyffe i mentor artysty DJ Premier.

Teksty na tym albumie pokazują jak wielką przemianę przeszedł Royce. I nie dziwimy się chyba, że była to przemiana krótkotrwała. Potem Ryan powrócił do swojego starego stylu nawijania. Czy to dobrze, czy to źle, ocenię w kolejnych recenzjach, kolejnych albumów artysty. Jak na razie, mam przed sobą album, który jest niemalże idealny. Tak naprawdę, jedynym słabym punktem albumu jest skit. Stąd moja teza, że jest to najlepszy album z Detroit, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne, nie powinna nikogo zadziwić.

Ocena +9/10

niedziela, 26 września 2010

Royce da 5'9" - Rock City (Recenzja)

Royce da 5’9” to oprócz Eminema, Proofa i JayDee jedna z najważniejszych postaci sceny Detroit. Przed wydaniem omawianego tutaj debiutu pt. „Rock City” znany był przede wszystkim z występów w duecie „Bad Meets Evil” z Eminemem. Jego kolega został zauważony przez Dr. Dre i zabrał Ryan’a ze sobą do LA. Royce zaczął pracować jako ghostwriter nad albumem „2001” (napisał m.in. „The Message”). Po gościnnym udziale na „Slim Shady LP” postanowił wyrwać się spod skrzydeł Aftermath i wydać swój debiutancki album.

Nie było to jednak takie proste. Royce bazując na kontaktach z Eminemem podpisał kontrakt z wytwórnią Tommy Boy Records. By maksymalnie skupić się na pracy nad swoim albumem zrezygnował z pozycji hype-mana na trasie promującej „Slim Shady LP”. Nagrał mnóstwo materiału, którego jednak Tommy Boy nie chciało wypuścić ze względu na małą ingerencję Eminema i Dr. Dre w projekt. Zirytowany Ryan zwrócił się o pomoc w wydaniu płyty do niezależnej, raczkującej jeszcze w wydawniczym biznesie wytwórni Koch Records, która razem z Game Recordings w końcu wydała krążek rapera 26 listopada 2002 roku jako „Rock City (Version 2.0).

Ja mam przed sobą trzecią wersję zatytułowaną „The Definitive Edition”. Jaka jest róznica między nimi? Pięć utworów. Wytwórnia, prawdopodobnie za zgodą Royce’a ucięła kilka kawałków przygotowanych na album. Żeby było jeszcze śmieszniej, pierwsza wersja, którą Royce wypuścił nieoficjalnie, była zupełnie inaczej okrojona niż druga i zawierała dwa tracki mniej. Przy oficjalnym wydawnictwie jednak, to wytwórni należy się wielki minus za wycięcie takich utworów jak „I’m The King”, „We’re Live (Danger)” czy „What Would You Do”. Dopiero w 2008 roku wytwórnia napędzana chęcią zysku wypuściła wersję trzecią. I to właśnie o niej będę mówił.

Na albumie słychać, że Royce jest jeszcze na etapie artystycznego rozwoju. Jednak już wtedy był jednym z najbardziej wszechstronnych raperów poprzedniej dekady. Mimo, że główną jego specjalizacją jest braggadacio ilość pomysłów na nią może zadziwić. Raz są to uliczne przechwalanki w stylu Big L’a „Off Parole”, raz trochę bitewnego rapu „I’m The King” a raz pokazanie umiejętności szybkiego płynięcia na bicie „Let’s Go”. Przede wszystkim to, że Royce stawiał bardziej na flow i technikę składania rymów, niż na mordercze punchline’y, uczyniło go jednym z najbardziej oryginalnych raperów tamtych czasów.

Utworów tematycznych może nie jest tak dużo jak na drugiej płycie rapera „Death Is Certain”, ale na pewno przebija pod tym względem inne jego solowe płyty. Co mogę wyróżnić? Na pierwszy ogień idzie kawałek „Life”, w którym Royce wciela się w swojego ojca przekazującego swojemu młodemu synowi (czyli sobie) życiowe prawdy i wskazówki dotyczące egzystencji na ziemi. Mówiąc o tym tracku nie można zapomnieć o genialnym refrenie Amerie, który jest coverem pierwszych wersów klasycznego utworu Barbra’y Streinsad „Woman In Love”. „Rock City” to charakterystyka Detroit oczami króla tego miasta. Najciekawszym jednak konceptem jest „My Friend”, w którym raper sprytnie manipuluje opisem i porównaniami, które pozwalają nam myśleć, że mówi po prostu o swoim ziomku. Dopiero pod koniec drugiej zwrotki orientujemy się, że mówi o swoim… Członku. Tak, Royce przez całą karierę będzie jednym z topowych raperów mówiących o swoich genitaliach.

Jest jeszcze jedna rzecz, która może rzucić się w uczy słuchaczom. Royce zdaje się mieć „kompleks Eminema”. O co chodzi? Już wyjaśniam. Raper w wielu miejscach zaznacza, żeby nie nazywano go „człowiekiem Eminema” czy porównywano jego umiejętności z umiejętnościami kolegi z Bad Meets Evil. Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się, że Ryan, który zawsze był w cieniu swojego przyjaciela, który osiągnął wielki komercyjny sukces, czuł się odstawiony na drugi plan, co będzie bardzo dobrze widoczne w pierwszych miesiącach beefu z D12.

Strona muzyczna projektu wypada różnie. Mamy tu takie perełki jak bit DJ’a Premiera do kawałka „Boom” czy podkład Ayatollah’i do utworu „Life”, ale usłyszymy też takie pomyłki jak zupełnie nieudany bit do najgorszego moim zdaniem tracka na płycie „You Can’t Touch Me”. Co ciekawe, zrobili go bardzo lubiani i szanowani przeze mnie kolesie z Trackamsters. Zdarza się. Całość warstwy muzycznej prezentuje się jednak dobrze, ponieważ lepsze strony potrafią przyćmić te gorsze, a nie na odwrót. Poza wymienionymi ludźmi, swoje podkłady dali m.in. 6th July i Red Spyda.

Krążek „Rock City” to bezsprzecznie obowiązkowa pozycja dla każdego fana rapu z okolic Detroit. Jest to też po prostu bardzo dobra płyta. Royce pokazał, że szanowany w podziemiu raper, może przenieść swoje talenty na wyższy level i tym samym zabłysnąć na głównej scenie. Magazyn The Source określił artystę w swojej recenzji „Kompletnym MC” i „Maszyną Dystrybucyjną Koch Records”. Takie słowa z wypowiedziane przez recenzenta tak szanowanego magazynu chyba musiały coś znaczyć.

Ocena: +8/10

piątek, 23 lipca 2010

Ras Kass/DJ Rhettmatic - A.D.I.D.A.S. (Recenzja)

Cholerka, chyba trochę wyszedłem z wprawy w pisaniu recenzji, przypominając sobie jak opornie szło mi pisanie ostatniej. Jednak miejmy nadzieję, że wlrótce wszystko wróci do normy. Ostatnio napisałem, że Ras Kass znacząco zbliżył się do formy z „Soul On Ice” tylko w tym roku. Chodziło właśnie o album, który chcę wam dziś opisać. Wynik współpracy z DJ’em Rhettmaticiem - płytę „A.D.I.D.A.S.”. Akronim do tej pory rozszyfrowywany jako „All Day I Dream About Sex” autor przedstawił jako motto swojego życia przekształcając je na „All Day I Dream About Spittin’”.

Zanim przejdziemy do albumu, przypomnijmy sobie nieco karierę Ras Kassa po wydaniu debiutanckiej płyty. Krążek „Rasassination” odniósł o wiele większy sukces komercyjny z powodu bardzo dobrej promocji oraz osobistości, które się na niej pojawiły. Tekstowo za to klasyfikowała się kilka poziomów niżej. Później raper wydał kilka nieoficjalnych albumów, na których prezentował się lepiej niż na „Rasassination”, lecz nie było to, to, czego można było oczekiwać po przesłuchaniu debiutu. W tych czasach też narodził się też kawałek, z którym artysta będzie kojarzony już do końca swojej kariery. „Goldyn Chyld” na bicie DJ Premiera.

Jednym z trzech singli promujących opisywany album była właśnie kontynuacja tego klasycznego numeru, kawałek „Goldyn Chyld II”. Utwór ten napełnił mnie nadzieją, że wreszcie Razzy pokaże pełnie swoich umiejętności. Wreszcie po tylu latach uwolni cały drzemiący w nim potencjał. Czy miałem rację? Jak najbardziej tak, chociaż od początku wiedziałem, że raper już nigdy nie osiągnie poziomu z debiutu.

Na nowym albumie Ras Kass trochę wstrzymał się z pisaniem bitewnych rymów i w większości usłyszymy tutaj czystą formę braggadacio i kawałki tematyczne, których jest tu od groma. Najbardziej chyba spodobał mi się najkrótszy kawałek na płycie „Where Did She Go”, w którym Ras Kass mówi o tym, jak muzyka rap zmieniła się przez te wszystkie lata jego kariery. Ruszył mnie chyba dlatego, że wszystko co jest w nim powiedziane, jest w 100% smutną prawdą. Jakie inne ciekawe patenty mógłbym wyróżnić? Na pewno „Me & My Twins” stworzone razem ze swoimi dziećmi. Wiadomo, że dzieciaki rapują tragicznie, ale naprawdę, gdy ich słuchałem, to gęba mi się cieszyła od ucha do ucha. Dodatkowo nagrany jest na najlepszym bicie na płycie. Zagłębiając się bardziej w teksty utworów usłyszymy wiele follow-upów do klasycznych wersów a umiejętność tworzenia punchline’ów i porównań wciąż potrafią zmusić nas do cofnięcia słuchanego numeru, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie „co to, kurwa, było?”.

Ras Kass przez te 14 lat rapowania wyrobił znakomite flow, którego podstawy pamiętamy z „Soul On Ice”. Już wtedy miał w sobie tę swoją oryginalność, ale niestety, bardzo często jechał po prostu na off-beacie. Teraz, mogę szczerze powiedzieć, że jest jednym z moich ulubionych artystów jeśli chodzi o stronę wokalno-techniczną.

Co najważniejsze raper z LA dostał w końcu porządne bity na album. W zdecydowanej większości bardzo dobrze do niego pasują a on brzmi na nich idealnie. Szkoda tylko, że wszystko musiały zepsuć podkłady w klimacie… Mainstreamowego Południa! Co to ma być?! Fakt, faktem, że z technicznej strony są one całkiem dobre, ale nie dość, że nie pasują do stylu Ras Kassa to jeszcze on, rapując na nich, tak dziwnie zmienia swoje flow, że jest to w ogóle tragedia. Na szczęście są to tylko wyjątki a na całym dwupłytowym albumie znajdziemy parę genialnych muzycznych kompozycji, które szczerze mnie zaskoczyły. Przykładem może być bit w kawałku „He Say, She Say” z samplem z ponadczasowego klasyka „Say, Say, Say” Paula McCartney’a i Mike’a Jacksona.

Płyta nie ma większych wad. Oczywiście można powiedzieć o tym, że druga płyta troszeczkę odstaje poziomem od pierwszej i Ras jest w pewnym stopniu „zagłuszany” przez gości, ale zdecydowanie nie jest to jakiś wielki minus. Szczególnie gdy goście w większości nawinęli bardzo dobre zwrotki. Skoro już mowa o zwrotkach gościnnych, usłyszmy m.in. zespół The HRSM, którego Ras jest członkiem, Chino XL, Royce Da 5’9” czy Xzibit.

Muszę powiedzieć szczerze, że mnie lekko ta płyta zawiodła, ponieważ liczyłem na płytę roku. Nie ujmuje to jednak ani trochę Ras Kassowi i albumowi przez niego stworzonemu. Po prostu ja jako fan, oczekiwałem nieco lepszej płyty i po prostu się przeliczyłem. Ale obiektywnie na to patrząc, otrzymaliśmy kawał dobrego materiału, który nie nudzi się po pierwszym przesłuchaniu i przez kilka następnych będzie odkrywał przed nami swoje tajemnice. Po sprawdzeniu całej dyskografii rapera z LA, stwierdzam, że jest to druga najlepsza jego płyta zaraz po debiucie.

Ocena: +8/10 (Znowu miałem wielki dylemat wystawiając ocenę. Czy płyta zasłużyła na -9? Patrząc na albumy, które do tej pory dostały ode mnie takie oceny, są od niej trochę lepsze. Ale jednak to „trochę” to naprawdę bardzo mało. Zdecydowałem się na +8. Może przy ponownej ocenie z okazji końcowo-rocznego rankingu zmienię zdanie tak jak to było w tamtym roku w przypadku „Sickology 101”.)

czwartek, 22 lipca 2010

Ras Kass - Soul on Ice (Recenzja)

Mamy październik 1996 roku. Świat rapu wciąż jest wstrząśnięty nagłą śmiercią mentalnego przywódcy zachodniego wybrzeża Tupaca Shakura. Jakby nie patrzeć był to dobry moment by zaprezentować się szerszej publiczności i zmienić trochę układ sił w grze. Naprzeciw temu wyzwaniu stanął młody, niedoświadczony raper z Los Angeles – Ras Kass.

Jest on jednym z tych niedocenionych artystów, o których karierze i trudnościach przebicia się do szerszego grona odbiorców można by pisać, pisać i pisać. Jest też jednym z pionierów lirycznego rapu na zachodnim wybrzeżu, którzy chcieli zmienić postrzeganie tego terenu tylko jako największego skupiska gangsta rapu. No cóż, chyba mu się to udało, skoro jest teraz uważany za jednego z najlepszych żyjących raperów a recenzowany tutaj album „Soul On Ice” stał się niezaprzeczalnym klasykiem i jego ceny na ebay’u dochodzą nawet do 60$.

Płyta jest tym, co tygrysy (wielbiciele liryki) lubią najbardziej. Ras Kass prezentuje się jako wszechstronny raper, który potrafi nawinąć praktycznie na każdy temat. Oczywistym jest, że bitewny rap jako to, co raper potrafi robić najlepiej dominuje płytę. Numery takie jak „Etc.”, „Sonset” czy „If/Then” są tylko pojedynczymi przykładami składania świeżych i skomplikowanych punchline’ów i gier słownych.

Geniusz rapera jednak nie polega tylko na powyższych umiejętnościach. Swoje prawdziwe oblicze raper pokazuje nam dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat Boga w „On Earth As It Is..”, swojego życia - „The Evil That Men Do” czy też w spojrzeniu na problem rasizmu z perspektywy bardzo subiektywnie przedstawionej historii człowieka oraz całej cywilizacji w niesamowitym siedmiominutowym kawałku „Nature Of The Threat”. Dodatkowo usłyszymy luźne kawałki o kobietach - „Drama”, imprezach - „Marinatin'” a także parę konspiracyjnych teorii oraz przemyśleń na temat polityki „Ordo Abchao”. Nie muszę wspominać chyba o tym, że nawet poruszając się w tych tematach Razzy świetnie operuje swoim lirycznym instynktem tworząc wiele porównań, dwuznaczności oraz mądrych, uniwersalnych, pouczających zdań, które pozostają w pamięci na długo.

Cała płyta oparta jest czasem na mrocznych, czasem na lekkich G-Funkowych kompozycjach. Raz za razem usłyszymy odniesienie do klasyków tego gatunku w formie follow upu czy cutu. Same bity są… Przyzwoite. Jeśli cała płyta byłaby wyprodukowana przez Battlecata usłyszelibyśmy nie tylko idealną lirycznie płytę, ale też genialną pod względem produkcji. A tak mamy tylko jeden bit od tej niezaprzeczalnej legendy zachodniego wybrzeża. Większość płyty wyprodukował Bird na spółkę z samym Ras Kassem. Wśród innych producentów znajdują się m.in.: Michael Barber i Vooodu.

Czy płyta ma jakieś wady poza średnimi bitami? Moim zdaniem nie. Oczywiście, można przyczepić się do techniki płynięcia po bicie gospodarza. Ras Kass ma specyficzne flow, które można nazwać w skrajnym przypadku brakiem flow. Jednak ta oryginalność powoduje, że w ogóle mi to nie przeszkadzało, ale cytując samego artystę „Momma always told me: opinions are like assholes cuz everyone has got one”. Na pewno znajdą się wśród słuchaczy ludzie, których będzie to irytowało.

Podsumowując to wszystko jednym zdaniem - jest to płyta wybitna i ponadczasowa. Ras Kass nagrał klasyczny krążek, który jak to zwykle bywa w takich przypadkach nie został doceniony na tyle ile powinien a przyczyną tego było lenistwo wytwórni. To chyba przewidział sam zainteresowany “Underground classic - nobody buys it, so, rap is fucked”. Jeśli jednak doceniasz coś takiego jak teksty, to jest to płyta dla ciebie. Szkoda, że Ras nigdy nie nagra już takiej płyty. Przez 14 lat swojej kariery tylko raz lekko zbliżył się do tego poziomu – w tym roku. Chociaż wciąż pozostaje jednym z najlepszych liryków w grze razem z Chino XL-em, Canibusem oraz Crooked I’em. I to przede wszystkim przez, a właściwie, dzięki tej płycie.

Ocena: +9/10