czwartek, 22 lipca 2010

Ras Kass - Soul on Ice (Recenzja)

Mamy październik 1996 roku. Świat rapu wciąż jest wstrząśnięty nagłą śmiercią mentalnego przywódcy zachodniego wybrzeża Tupaca Shakura. Jakby nie patrzeć był to dobry moment by zaprezentować się szerszej publiczności i zmienić trochę układ sił w grze. Naprzeciw temu wyzwaniu stanął młody, niedoświadczony raper z Los Angeles – Ras Kass.

Jest on jednym z tych niedocenionych artystów, o których karierze i trudnościach przebicia się do szerszego grona odbiorców można by pisać, pisać i pisać. Jest też jednym z pionierów lirycznego rapu na zachodnim wybrzeżu, którzy chcieli zmienić postrzeganie tego terenu tylko jako największego skupiska gangsta rapu. No cóż, chyba mu się to udało, skoro jest teraz uważany za jednego z najlepszych żyjących raperów a recenzowany tutaj album „Soul On Ice” stał się niezaprzeczalnym klasykiem i jego ceny na ebay’u dochodzą nawet do 60$.

Płyta jest tym, co tygrysy (wielbiciele liryki) lubią najbardziej. Ras Kass prezentuje się jako wszechstronny raper, który potrafi nawinąć praktycznie na każdy temat. Oczywistym jest, że bitewny rap jako to, co raper potrafi robić najlepiej dominuje płytę. Numery takie jak „Etc.”, „Sonset” czy „If/Then” są tylko pojedynczymi przykładami składania świeżych i skomplikowanych punchline’ów i gier słownych.

Geniusz rapera jednak nie polega tylko na powyższych umiejętnościach. Swoje prawdziwe oblicze raper pokazuje nam dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat Boga w „On Earth As It Is..”, swojego życia - „The Evil That Men Do” czy też w spojrzeniu na problem rasizmu z perspektywy bardzo subiektywnie przedstawionej historii człowieka oraz całej cywilizacji w niesamowitym siedmiominutowym kawałku „Nature Of The Threat”. Dodatkowo usłyszymy luźne kawałki o kobietach - „Drama”, imprezach - „Marinatin'” a także parę konspiracyjnych teorii oraz przemyśleń na temat polityki „Ordo Abchao”. Nie muszę wspominać chyba o tym, że nawet poruszając się w tych tematach Razzy świetnie operuje swoim lirycznym instynktem tworząc wiele porównań, dwuznaczności oraz mądrych, uniwersalnych, pouczających zdań, które pozostają w pamięci na długo.

Cała płyta oparta jest czasem na mrocznych, czasem na lekkich G-Funkowych kompozycjach. Raz za razem usłyszymy odniesienie do klasyków tego gatunku w formie follow upu czy cutu. Same bity są… Przyzwoite. Jeśli cała płyta byłaby wyprodukowana przez Battlecata usłyszelibyśmy nie tylko idealną lirycznie płytę, ale też genialną pod względem produkcji. A tak mamy tylko jeden bit od tej niezaprzeczalnej legendy zachodniego wybrzeża. Większość płyty wyprodukował Bird na spółkę z samym Ras Kassem. Wśród innych producentów znajdują się m.in.: Michael Barber i Vooodu.

Czy płyta ma jakieś wady poza średnimi bitami? Moim zdaniem nie. Oczywiście, można przyczepić się do techniki płynięcia po bicie gospodarza. Ras Kass ma specyficzne flow, które można nazwać w skrajnym przypadku brakiem flow. Jednak ta oryginalność powoduje, że w ogóle mi to nie przeszkadzało, ale cytując samego artystę „Momma always told me: opinions are like assholes cuz everyone has got one”. Na pewno znajdą się wśród słuchaczy ludzie, których będzie to irytowało.

Podsumowując to wszystko jednym zdaniem - jest to płyta wybitna i ponadczasowa. Ras Kass nagrał klasyczny krążek, który jak to zwykle bywa w takich przypadkach nie został doceniony na tyle ile powinien a przyczyną tego było lenistwo wytwórni. To chyba przewidział sam zainteresowany “Underground classic - nobody buys it, so, rap is fucked”. Jeśli jednak doceniasz coś takiego jak teksty, to jest to płyta dla ciebie. Szkoda, że Ras nigdy nie nagra już takiej płyty. Przez 14 lat swojej kariery tylko raz lekko zbliżył się do tego poziomu – w tym roku. Chociaż wciąż pozostaje jednym z najlepszych liryków w grze razem z Chino XL-em, Canibusem oraz Crooked I’em. I to przede wszystkim przez, a właściwie, dzięki tej płycie.

Ocena: +9/10

wtorek, 6 lipca 2010

Kariera Maccaveli'ego jako słuchacza... (Felieton)

Minęło już bardzo dużo czasu od pojawienia się mojego ostatniego wpisu. Miały być diss beefy, których prawdopodobnie nie będzie, miał być wywiad, którego też raczej nie będzie no i miały być jakieś recki, które przepadły w ogniu zajęć i nudy. Na pewnym forum pisałem moją historię jako słuchacza rapu. Postanowiłem sobie, że zabiję zastój na blogu, trochę rozwinę i poprawię moją wypowiedź i wrzucę ja tutaj. Moim zdaniem jest to interesujące a ja jako typ człowieka sentymentalnego lubię sobie powspominać.

Rapu słucham od 2006 roku. Wiadomo, że wcześniej miałem jakiś tam kontakt z tą muzyką. Nawinęły mi się na ucho kawałki jakichś polskich grup, bardziej rozpoznawalnych amerykańskich raperów, ale wtedy nie myślałem, że słucham rapu. Słuchałem po prostu wszystkiego. Byłem dzieckiem ESKI i Radia Zet. Oczywiście z Zetki jestem dumny, bo usłyszałem wiele klasyków, które po prostu trzeba znać. Oczywiście nie rapowych.

Gdzieś tak w maju-czerwcu 2006 usłyszałem w one and only Radio Eska "California Love" Paca i zacząłem grzebać w jego życiorysie. Taka ciekawostka - na początku myślałem, że Tupac i 2Pac to dwie inne osoby, hehehehe. No i tutaj dużą rolę odegrał mój sąsiad z dołu (pozdrawiam serdecznie). Wiedziałem, że słucha takich rytmów, więc podbiłem do niego po płytki Tupaca. Z tego, co pamiętam to dostałem "All Eyez On Me" i "Me Against The Word". Katowałem te dwie płyty dzień za dniem, pamiętam, że mój grafik wyglądał tak: mecz-muzyka-mecz-muzyka-podwórko-muzyka-mecz-muzyka. Odbywał się wtedy mundial w Niemczech.

Nie miałem wtedy jeszcze internetu, więc wiadomo, że nie miałem źródła do pobierania albumów i wielu możliwości manewru. Jedynym oparciem był ten sąsiad. Dostałem potem od niego kilka płyt, których nigdy nie zapomnę ze względu na sentyment. "Black Album", "College Dropout", "Late Registration", "Blood Money", "The Massacre" i "The Documentary”. Nawet dzisiaj mogę powiedzieć, że są do bardzo dobre albumy i w jednym momencie miałem je nawet wszystkie w oryginałach.

W tym samym czasie od kolegi, także z osiedla, którego znam kupę lat, dostałem kilka polskich płyt. Pamiętam, że od początku kariery słuchacza byłem wymagający w stosunku do raperów z Polski i jak wciskał mi Peję, to niechętnie brałem, ale brałem, żeby mieć rozeznanie. Dostałem też "Muzykę Poważną", "Osobiście", "Najlepszą Obroną Jest Atak" i chyba "Na Legalu". Dodatkowo dostałem parę luźnych emeptrójek od innego kumpla. Dalej jednak byłem laikiem.

Przełomem okazał się moment, kiedy dostałem internet. Cieszę się w sumie teraz, że dopiero tak późno, bo tak patrząc z perspektywy czasu, nawet wtedy jeszcze do niego nie dorosłem. Naściągałem sobie trochę albumów Paca, Snoopa, Dre'a, coś od Game'a i kilka tym podobnych. Zamknąłem się tylko w tym obrębie dość długo, wtedy też zacząłem kupować oryginalne płyty. Pierwszą pozycją, jaką nabyłem było "All Eyez On Me". Od początku mnie to jarało. Założyłem sobie stronę, nawet dwie o rapie, chociaż wiedzę jeszcze miałem stosunkowo małą (a patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, katastrofalnie małą).

Rewolucja nastąpiła, gdy na moje forum wkroczyli dwaj kolesie, którzy pewnie będą wiedzieć, że to o nich chodzi. Hejtowali wszystkich, których wtedy uważałem za czołówkę raperów. Na początku myślałem "kurwa, jacyś idioci wbili na forum, pierdolą od rzeczy”, ale gdy zagłębiłem się w to, co mówili, odkryłem, że rzeczywiście mieli trochę racji. Wtedy zaczęło się masowe ściąganie albumów, zajawka na Spice'a, który był moim ulubionym raperem aż do października 2009 roku, poznanie filarów wschodniego wybrzeża, trochę undergroundu. Do dziś przesłuchałem ponad 1100 płyt, ale liczby nie mają wielkiego znaczenia. Otworzyłem się na wielki i szeroki rapowy świat.

Teraz partia niechlubnej kariery jako słuchacza. Idąc za przykładem moich "mentorów" w lecie 2007 zacząłem chodzić po forach i robić to co oni - hejtować obiekty zachwytów. Wtedy nie uważałem tego za nic złego, przeciwnie - czułem się wielki i dojrzały. Trwało to gdzieś rok, chociaż końcowa faza była już tak minimalna, że chyba nie było jakichś wielkich afer forumowych. Było jeszcze kilka osób, które wskazały mi pewnych artystów, bym jakoś w 3 klasie gimnazjum, pod koniec 2008 wreszcie wykształcał własne poglądy (choć oczywiście miałem je już wcześniej, ale nie na taką skalę).

Do dnia dzisiejszego przeżyłem jeszcze kilka ewolucji. Kilka razy wracałem do polskiego HH, by zajarać się Płomieniem, Tede, VNMem a za jego sprawą też szerszym podziemiem. Był okres, w którym traktowałem rap jako muzykę rozrywkową, która ma bujać i jarałem się południowymi mainstreamowymi brzmieniami. Ostateczny (jak na razie) przełom miał miejsce podczas słuchania płyty Tech N9ne’a - Sickology 101 i jej tytułowego kawałka. Ten sprawił, że znów zacząłem jarać się Chino XL-em i zacząłem przykładać ogromną uwagę do tekstów. I tak oto stoję dzisiaj przed wami jako wielki fan liryki i wszystkiego co jest związane z tekstami - genialnych storytellingów, metafor, skomplikowanych rymów i przede wszystkim punchline'ów.

Masowe ściąganie albumów już się skończyło. Rzadko, kiedy sięgam teraz po nieznane starsze produkcje (chociaż wiadomo że to robię) ale próbuję cały czas być na czasie i sprawdzać nowe płyty. Dalej o wiele bardziej wolę rap amerykański niż polski i raczej to już się nie zmieni. Polski rap w większości po prostu nie jest mi w stanie dać tego, czego oczekuję na dzień dzisiejszy od tej muzyki.

Powspominaliśmy sobie. Żeby znowu ruszyć z buta planuję wrzucić niedługo jakąś recenzję, choć wiadomo jak to ze mną jest. Znowu może zrobić się pusto. Chociaż i tak mało osób czyta tego bloga. No i chciałbym powiedzieć, że blog 25 czerwca obchodził swoje pierwsze urodziny, o czym kompletnie zapomniałem. Ale co tam, przypomniałem sobie stosunkowo szybko. STO LAT (i nie wiem czy mi, czy blogowi :P)

wtorek, 27 kwietnia 2010

Canibus - C True Hollywood Stories (Recenzja)


Tego, że Canibus jest jednym z moich ulubionych mc nie muszę chyba mówić. Ostatnio ponownie przesłuchiwałem sobie całą jego dyskografię. Ostatnio robiłem to chyba w 2008 roku. Wszystkie jego płyty zrobiły na mnie raczej pozytywne wrażenie z małymi tylko odchyłami od normy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po raz kolejny odpaliłem „C True Hollywood Stories”. Ten album to chyba największa wpadka jakiegokolwiek szanującego się rapera w historii. Totalne nieporozumienie. Pomyślicie, jak słaby musi być album jednego z moich ulubieńców, skoro aż tak go krytykuję? Musiałbym użyć tu niecenzuralnych słów.

Mamy rok 2001. Canibus znany był wtedy przede wszystkim z wydania dwóch całkiem dobrych albumów „Can-I-Bus” i „2000 B.C. (Before Canibus)” oraz z beefu z legendą sceny LL Cool J’em. Mówiono, że swoją pierwszą produkcją Canibus zawiódł oczekiwania słuchaczy, ponieważ poziom występów gościnnych był o wiele wyższy niż poziom zwrotek na płycie. Raper przyjął do serca uwagi słuchaczy (bo krytyków nigdy nie słuchał) i nagrał drugi, nieco lepszy album. Teraz powiedźcie mi jedną rzecz. Jak do cholery, można z wysokiego poziomu spaść na tak niski, który zaprezentował na omawianej płycie?

Raper na tym albumie zmienił zupełnie swoje oblicze. Zrezygnował prawie całkowicie z ostrego braggadacio połączonego z naukowymi wywodami i zajął się rzeczami, którymi zajmuje się 90% raperów. Rap bez wyraźnej głębi, który buja masy. A właściwie tylko z założenia ma bujać, bo mnie chciało się rzygać, gdy go słuchałem. Naprawdę. Co więcej, po starym Canibusie ani widu ani słychu. Zamiast ostrego, chropowatego głosu, mamy głos łagodnie mówiącego chłopca. Zamiast agresywnego flow delikatne płynięcie po bicie żeby przypadkiem go nie uszkodzić. Aż ciśnie się na usta (klawiaturę) zdanie Eminema parodiującego ten styl użyte w „Canibitch”: “What happened to the way you was rappin' when you was scandalous? / That Canibus turned into a television evangelist!”.

Oczywiście, na płycie znajdziemy parę dobrych kawałków np. „U Didn’t Care”, który jest kontynuacją historii Stana. który w alternatywnym przebiegu historii zaproponowanym przez Canibusa przeżył katastrofę i zakumplował się z Bisem dissując potem razem z nim Eminema. Moim faworytem na płycie jest „The Rip Off” chociaż Cani bez swojego charakterystycznego flow, to już nie ten sam raper i naprawdę szkoda, że pojechał tam zupełnie inaczej bo mógłby wyjść tego naprawdę ciekawy numer. Wyróżniłbym jeszcze tytułowy track „C True Hollywood Stories”, który opowiada historię artysty, ale też w sposób wołający o pomstę do nieba. Chociaż tu można rozgrzeszyć rapera, ponieważ jest to jakiś tam osobisty kawałek.

O ile nigdy nie rozumiałem przywalania się do Bisa o bity, to tutaj, sam będę głównym oskarżycielem. Zacznijmy od dobrych stron. Wspominane już „The Rip Off” i „C True Hollywood Stories” posiadają bardzo ciekawe, budujące klimat, podkłady. Tzn. ten drugi buduje klimat a pierwszy po prostu jest bardzo dobrym tłem dla (homo) nawijki. Ostatni pozytyw to ciekawy samplowany bit do „R U Lyrically Fit?”. Tyle. Reszta to totalne dno. Producenci chcieli połączyć świeżość LA ze stylem NY. Trochę im to nie wyszło. Elektroniczne bity z samplami z muzyki klasycznej? Co jest do cholery!? Bit żywcem wyciągnięty z konsoli NES w „Hate U 2”? Garbage!

Jeśli przesłuchałbym tylko tę płytę Canibusa, pomyślałbym o nim, że jest wieśniakiem jak Asher Roth, tyle że miewa przebłyski geniuszu. Nie, zaraz. Może naprawdę trochę przesadzam? Po prostu bardzo irytuje mnie, że taki mc jak Canibus, dopuścił się takiej profanacji swojej ksywy i swojego stylu. Wprawdzie na „Mic Club” w kawałku „Rip vs. Bis” próbuje wybronić się ze swojego „soft (gay) voice” za pomocą bardzo ciekawego patentu, ale wszyscy wiemy, że jest to tylko łatanie dziur. Bis dał plamę, której nie spierze nawet Vizir (cytując pewnego rapera). Plama na iście genialnej twórczości. No cóż, bywa…

Ocena: 6/10 (Obiektywna ocena jak cholera można powiedzieć. Z całego serca chciałbym dać 1.)

piątek, 23 kwietnia 2010

Canibus - Melatonin Magik (Recenzja)

Miałem w przygotowaniu recenzję najlepszej do tej pory płyty Bisa „Rip The Jacker”, ale zajawka zrobiła swoje. Album wydany stosunkowo niedawno, bo w lutym, już po pierwszym przesłuchaniu zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Wprawdzie nie słyszałem na razie żadnej innej produkcji z tego roku, ale płyta Canibusa na pewno będzie w mojej czołówce albumów 2010. Krążek tytułowany nazwą najważniejszego hormonu regulującego działanie organizmu człowieka, nie jest może jakąś rewolucją, ale jest bardzo mocną produkcją, która wgniata w ziemię w sposób, do jakiego artysta dawno nas przyzwyczaił.

Canibus jest jednym z tych nielicznych artystów, którzy stawiają teksty ponad wszystko inne. Mimo to, nie możemy narzekać na jego braki wokalne, czy też umiejętności techniczne. Cani kładzie na podkładzie genialnie poskładane wersy swoim agresywnym flow połączonym z ostrym głosem. Człowiek, który chyba wchłonął słowniki i uczył się na pamięć biologiczno-chemiczno-fizyczno-matematyczno-religijnych terminów, po raz kolejny uderza nas ogromem fraz, których nie możemy ogarnąć naszym umysłem za pierwszym przesłuchaniem.

Zabawne jest też to, że mimo tego, że Canibus nie ma wielu patentów na kawałki i praktycznie cały czas powiela te same schematy, ciągle potrafi zaskoczyć słuchaczy czymś nowym w tej starej jak świat konwencji. Album po raz kolejny jest zbiorem kawałków w którym filozoficzne wywody o bogatym słownictwie przeplatają się z bitewnymi wersami i teoriami spiskowymi. Powinno nam się to już znudzić. No właśnie powinno. Czemu tak nie jest? To tak jak pytać, czemu nie nudzi nam się Chino XL.

Zasadniczo, sprawa ma się tak, że pierwsza połowa płyty, jest przynajmniej w moim odczuciu o wiele lepsza od drugiej. Gdyby Bis wydał epkę zawierającą pierwsze 9 utworów, płyta otrzymałaby ode mnie ocenę -10/10. Może to dlatego, że pod koniec mamy już tylko paradę gości, która miażdży ilością (nigdy jakością) Canibusa? A może to przez to, że pierwsza dziesiątka kawałków jest tak genialna? „Melatonin Magik”, w którym usłyszymy ten sam sampel, którego użył LL Cool J dissując Canibusa w „Ripper Strikes Back”, „Kriminal Kindness” czy „Dead By Design” są potwierdzeniem ogromnej klasy rapera i szkoda, że druga część nie zostaje w pamięci tak jak pierwsza.

Bis na tym albumie postanowił wyrównać rachunki z dwoma raperami. Pierwszym z nim jest Eminem, któremu obrywa się w kawałku „Air Strike (Popkiller)”, w którym gościnnie występują… raperzy z D12! Cani wykorzystał i trochę udoskonalił trick swojego starego „przyjaciela” LL Cool J’a. Zapłacił D12 za bitewne zwrotki a potem, jak gdyby nigdy nic, zdissował na wspólnym tracku ich i ich lidera. Oskarża go o m.in. o żenujące dissowanie swojej byłej dziewczyny „You ain't no Hip Hop messiah, you a bitch 'cos you dissed Mariah / Shit like that is supposed to be private” oraz splamienie swoją obecnością kawałka „Dead Wrong” Notoriousa B.I.G. “The Greatest Rapper Of All Time was dead right you 'dead wrong', you shouldn't have even been on that song”. W „Kriminal Kindness” za to dostaje się KRS’owi, który od początku kariery Canibusa, nie był do niego przyjacielsko nastawiony, można nawet powiedzieć, że rzucał mu kłody pod nogi. Bis wyśmiewa jego filozoficzne wywody “Fuckin’ comedy, speakin’ on flawed philosophies” oraz relacje z wytwórnią Def Jam „Why you dickride Def Jam, they’not your friend” / Made your mind up I thought you was not with them” a wszystko zaczyna genialnym follow upem „How many emcees must get dissed / before somebody whispers don’t fuck with Bis”.

Drugim ciekawym patentem jest poruszanie tematu teorii spiskowych, zapoczątkowane już na debiucie rapera. Pamiętacie kawałek „Channel Zero” oparty na łagodnym G-Funkowym bicie? Cani wciąż porusza te kwestie a w jednym momencie nawet wspomina, od czego to się zaczęło: „You should’ve took Channel Zero more seriously”. Bis przytacza tutaj teorie m.in. o istnieniu organizacji zwanej Illuminati, która posiada kontrole nad wszystkimi strukturami rządowymi w USA i Wielkiej Brytanii i wszystkimi możliwymi sposobami próbuje ukryć swoją działalność. Nie boi się mówić o powiązaniu prezydenta Obamy z NWO, „They put black family in the White House” a także zatajaniu przez rząd informacji o obcych, kierując nawet w ich stronę apostrofę: „There’s no need to fear us / Just come down and help us”. Uważa nawet, że za teorie, które wysnuwa na tej płycie, zostanie wkrótce zamordowany „The Illuminati just gon’ kill me like Pac”. W tym wszystkim pomaga mu znany wszystkim słuchaczom Proffesor Griff, znany ze swoich konspiracyjnych wywodów. Jego podsumowania będzie dane nam usłyszeć w kilku kulminacyjnych momentach na płycie.

Bity od zawsze były bolączką Canibusa. Ciągle był oskarżany o to, że nie może znaleźć odpowiedniej warstwy muzycznej do swoich kawałków. Jedynym, który dorównał poziomem swoich podkładów poziomowi lirycznemu Bisa był, najbardziej niedoceniany producent z USA - Stoupe. Jak jest w tym przypadku? Bardzo dobrze aczkolwiek nie tak jak w przypadku „Rip The Jacker”. Canibus dostał bity o odpowiednim klimacie, wpasowujące się w treść przekazywaną przez rapera oraz na wysokim poziomie czysto producenckim. Tracki wyprodukowali m.in. Blastah Beatz, Sicknature i Engineer.

Suma sumarum dostaliśmy bardzo mocną produkcję, której zresztą można było się spodziewać. Dopełnieniem tego albumu, jest mixtape, który wyszedł miesiąc wcześniej pt. „Deathwish”, w którym Canibus większość czasu poświęca teoriom spiskowym, numerologii oraz interpretacji przepowiedni wielkich proroków. Wracając do „Melatonin Magik”, pozycja obowiązkowa dla każdego fana rapu, kładącego nacisk na lirykę. Can-I-Bus po raz kolejny dostarcza nam to, z czego jest znany i jeszcze bardziej ugruntowuje swoją pozycję w branży.

Ocena: -9/10

środa, 14 kwietnia 2010

Beefy/Dissy Volume 0: Prolog

Pete Clemenza w jednej ze scen z „Ojca Chrzestnego” streścił przygotowującemu się do zabójstwa Virgila Sollozo Michaelowi sens wojen rodzin mafijnych. Mówił wtedy o potrzebie przelania złej krwi i rozładowaniu konfliktów między familiami raz na 5-10 lat, by potem wszystko mogło grać jak należy. Czemu przywołuję tę teorię? Jakoś tak pomyślałem, że to samo można powiedzieć o konfliktach w rapgrze, o których chcę zacząć serie artykułów.

Czym w ogóle jest beef? W wolnym tłumaczeniu jest to rzucanie mięsem oraz specjalistyczne określenie na konflikt dwóch raperów, rozgrywany na kilku płaszczyznach. Podstawową z nich są oczywiście dissy (nie będę tłumaczyć, co to jest, bo piszę raczej dla ludzi zorientowanych w hip-hopie), ale nikt nie zabrania raperowi zupełnie przypadkowo wpaść na przeciwnika z ekipą i wymienić się argumentami z innej beczki. Teraz beefy zmieniły nieco swoje oblicze po feralnych, zakończonych śmiercią rywalizujących ze sobą MC, konfliktach 2Paca z Biggie Smallsem oraz Mac Dre z Fat Tone’m.

Tracki dissujące polegają na ubliżaniu przeciwnikowi w każdy możliwy sposób. Wiadomo, bezsensowne bluzganie jak to 2Paca w „Hit ‘Em Up” też jest dozwolone, ale raczej nie o to tu chodzi. Raper za pomocą argumentów, trafnych punchy i zabawnych anegdot, próbuję zrównać przeciwnika z ziemią i pokazać swoją wyższość. Na przełomie lat usłyszeliśmy już wiele ciekawych patentów np. przekręcanie ksyw: Eminem w „Can I Bitch”, nadanie nowego znaczenia akronimom: Kool Moe Dee w „Let’s Blow”, czy nawijka na skradzionym bicie przeciwnika: Canibus w „Rip The Jacker”. Wszystko zależy tylko od kreatywności raperów i ich wizji twórczej.

Kto się pojedynkuje? Raperzy, którzy mają do siebie jakiś problem. Przyczyn startu konfliktów jest bardzo wiele i nie chce mi się tutaj tego streszczać. Czasem jest to wyraźne zaczepienie jednego rapera przez drugiego: Chino XL w „Riiiot”, czasem nieporozumienie związane z jakąś sytuacją: początek beefu Paca z Notoriousem. Nie można też ukrywać faktu, że tzw. battle-raperzy, mają stosunkowo łatwiejsze zadanie, gdyż z kawałkami w stylu dissów mają do czynienia na co dzień. Tacy też są rzadziej atakowani przez innych ze względu na swoją pozycję i reputację.

Kto wygrywa beef? Raper który nagrał lepsze dissy? Powinno tak być, ale niestety tak nie jest. Ostatnio przeglądając komentarze pod jednym z dissów, zobaczyłem ciekawy komentarz. Chodziło w nim mniej więcej o to, że beefy są jak wybory prezydenckie. Nie chodzi o to, co zawrzesz w kawałkach atakujących przeciwnika, ważne, czy zjednasz sobie ludzi, którzy będą stać za tobą. Było kilka beefów zdecydowanie wygranych lirycznie przez danego rapera, ale ze względu na jego pozycję w stosunku do przeciwnika, nie został doceniony tak, jak powinien.

Sam nie wiem, ile artykułów z tego cyklu powstanie. Znając moje lenistwo nie będzie ich dużo i będą się pojawiać w dużych odstępach czasu. Już mam w głowie pierwszy koncept i pierwszy właściwy artykuł na pewno pojawi się w przeciągu kilku dni. Albo tygodni. Końcowe oceny, nie będą miały związku z tym, o czym mówiłem akapit wyżej. Każdy raper jest oceniany przez pryzmat dissów a nie pozycji, z jakiej startował.

W następnym odcinku: LL Cool J vs. Canibus

poniedziałek, 22 marca 2010

Tech N9ne - Sickology 101 (Feat. Crooked I & Chino XL) (Recenzja)

Sickology 101 to pierwszy numer po „Hip Hop Police” Chamillionaire’a, którym zajarałem się na tak wielką skalę. Po przeczytaniu tej recenzji, nie powinniście chyba mieć wątpliwości dlaczego. Ogólnie, całą płytę o tym samym tytule ściągnąłem trochę od niechcenia, bo byłem akurat podczas przesłuchiwania rapu ze środkowego zachodu Stanów i ktoś doniósł mi o premierze krążka Tecca Niny. Krążka, który tak naprawdę zmienił trochę moje muzyczne poglądy i gdybym go nie posłuchałbym, nie byłbym teraz takim słuchaczem, jakim jestem. Ba, nie byłbym takim samym człowiekiem i artystą.

Zacznijmy od gwoździa programy, czyli zwrotki Tech N9ne’a. Raper z Kansas City to najlepsza definicja „rapera kompletnego”. Jego kosmiczne flow, z którym mało kto może się równać w dzisiejszych czasach, technika składania rymów wgniata w fotel a tekst trzyma się kupy i do niczego nie można się przyczepić. Pozwólcie, że udowodnię to cytatami. Wjazd: “This is style I use pitch, to catch and seduce chicks / To signal the true sick, mellow tone is what you spit” to jeszcze nic przy tych linijkach: “Make it excitin, got to be invitin when you're writin your piece / Never be dick ridin, if you're goin to be bitin, you're ignitin the beast”. Na koniec dodam, że N9ne zmienia tempo swojej nawijki 5 razy, przy czym nie jest to jakiś gest niemocy nowicjusza a genialne regulowanie akcentowania wyrazów. Bomba!

Drugi na scenę wchodzi Crooked I. Od początku wydawało mi się, że napisał najgorszą zwrotkę obecną na kawałku (chociaż i tak świetną). O ile zawsze myślałem sobie, kto pojechał lepiej Tecca czy Chino (o którym niżej) to Crooked ciągle zostawał gdzieś w tyle. Powód jest jeden. Żaden element jego zwrotki nie wbija się w pamięć na dłużej. Dopiero po ogromie przesłuchań, dostrzegłem walory tekstu rapera z zachodu. Już w pierwszych czterech wersach zaskakuje nas znakomitą aliteracją: “Comin correct when creatin the crazy composition / Cannibal character, Calico carrier, got a crooked copper missin / Cali killers on candid cock emissions”. Tekst jest prostym bragagdacio, w którym raper pokazuje raczej tylko zalążek swoich umiejętności podająć definicje gry słownej „Wordplay rhymes with Thursday and thirsty - if I'm thirst-ay!” czy metafory “You need some better metaphors for example, this song is a war zone and you listeners in the cross fire”, ale żadnych spektakularnych ruchów u niego nie widzimy (a właściwie słyszymy). Solidna zwrotka, ale zostająca trochę w tyle pozostałych.

No I teraz trzecia – moja ulubiona zwrotka. Zwrotka, która przypomniała mi o pewnym raperze z New Jersey. Chino XL, zaprezentował tu najwyższą formę od wydania płyty „I Told You So” w 2001 roku. Wymienię tu kilka punchline’ów wbijających w fotel, ale chyba trzeba było by zacytować całą zwrotkę, żeby poczuć pełnię przekazu. Od wejścia Portorykańczyka czuć, że ma problemy z rytmiką, i gdy przyśpiesza, jest krótko mówiąc źle. Pomijając jednak jego braki techniczno-wokalne punch kończący prolog, jest iście genialny „So much metal in his spine, he could get rich from the recycling!”. Później z flow jest nieco lepiej a praktycznie każda linijka strofy jest punchline’m. Zaczynając od „I'd rather hear Hannah Montana, than half of you rappers on the radio!” przez „Problem is lyric Jesus is more than a man with a sick delivery, like I drive a coroner van” po znakomity koniec “I am teachin Sickology, try to follow how every punchline hits like Chris Brown's fist in the face of Rihanna”.

Produkcją bitu zajął się beatmaker ze stajni „Strange Music” nieznany szerzej Wyshmaster. Nieznany wcale nieznaczny, że słaby. Wysmażył podkład, który idealnie pasuje pod styl wszystkich artystów (chociaż osobiście wolę Chino na mrocznych bitach). Tech N9ne pokazuje swoje umiejętności w pełnej krasie, Crook chociaż nie szaleje, to jednak nie problemu, no a Derek Barbosa radzi sobie średnio. Gdyby nie twarda liryka kawałka, byłby to z pewnością banger na imprezy. Chociaż dla ludzi, którzy nie zwracają uwagi na tekst, może nim być.

Zawsze chciałem napisać recenzję tego kawałka. Zajawka na niego już mi przeszła bardzo dawno temu, ale dalej lubię sobie włączyć go od czasu do czasu by poczuć tę świeżość, werwę i jeszcze raz zanalizować zabójcze punchline’y. Raperzy znakomicie się uzupełniają i nie czujemy niedosytu – wprost przeciwnie. Czujemy się nasyceni jak po wykwintnym obiedzie w drogiej restauracji.

Ocena: +9/10

sobota, 20 marca 2010

Chino XL - Nahh (Recenzja)

Jest to moja tak naprawdę pierwsza napisana recenzja jakiekolwiek singla, zrobiona z czystej zajawki, co już na starcie jest plusem dla tego kawałka, bo nigdy tego nie robiłem. Nawet „Sickology 101”, którym jarałem się niemiłosiernie, nie dostąpił tego zaszczytu. Jednak z tym jest inaczej. Jest czymś, co pokazuje, że w tych przesiąkniętych lekkim imprezowym rapem czasach, znajdzie się dinozaur, który nagra prawdziwy liryczny majstersztyk. I nie mogę tego nie powiedzieć. Ten singiel kładzie na kolana każdy kawałek wydany w 2009 roku. Bez wyjątku.

Już kilka miesięcy temu „The RICANstruction” prześcignęło na mojej liście najbardziej oczekiwanych albumów krążek Spice’a 1 „Home Street Home”. Ona te albumy zapowiadane są już od 2008 roku a ich premiera ciągle jest przekładana. W sumie to płyta rapera z Bay Area ma wyjść już na dniach, ale to właśnie krążek Portorykańczyka jest teraz dla mnie muzycznym priorytetem. Sprawił to właśnie ten singiel, bo o ile „90 Bars of Intervention” było bardzo dobrą robotą to „Nahh” jest arcydziełem.

Chino XL jest jednym z tych artystów, których kawałków nie można słuchać „tylko w połowie”. Nie można sobie ich włączyć jako tła do robienia czegoś innego. To kompletnie mija się z celem, bo nawet bardzo dobry z języka angielskiego słuchacz nie wyniesie tego, co trzeba. A nawet, jeśli się skupimy i myślimy, że zrozumieliśmy wszystko, to po przeczytaniu tekstu dochodzimy do wniosku, że to było tylko złudzenie.

Tak samo jest z „Nahh”. Treść zawarta w tracku została przeze mnie odkryta dopiero po przejrzeniu lirycsów. A nie powiem żebym nie był słuchowcem. Czym więc karmi nas portorykański raper? Dopracowanym w 100% arcydziełem, które wbija w fotel za każdym przesłuchaniem. Punchline’y, rozbudowane porównania, wbite w nie kondensacje znaczeniowe są liczniejsze niż na całych płytach niektórych artystów. Do tego dostajemy klimatyczny bit, refren oraz podsumowujący wszystko „głos” na końcu, który jest trafnym streszczeniem wcześniejszego akapitu: „Sound without focus is just noise”.

Postaram się tu wymienić te linijki, które najbardziej zapadły mi w pamięć i są potwierdzeniem wielkiej klasy jedynego rapującego członka Mensy.

Oto przykłady znakomitych porównań z użyciem kondensacji znaczeniowych, przy czym zauważmy, że niektóre wybijają się nawet poza ideę słowa pisanego i są to podobieństwa jedynie werbalne:

„I am tasteless like my tongue is surgically removed”

“You get slashed like Guns and Roses guitar player”

“The murder scene will be grizzly…. bare witness”

“When you rhyme I’m so bored you could surf on me”

“I ain’t scared of these new comers because they fly for the first time like the Wright brothers”

Nie powiecie mi chyba, że wszyscy takowych porównań używają. Jaram się takim stylem już od jakiegoś czasu a Chino opanował go do perfekcji. To coś, czego brakuje wielu artystom, szczególnie z Polski, bo w Stanach jest to w sumie na porządku dziennym. Ale w sposobie ich składania Derek Barbosa jest mistrzem.

Teraz czas na znakomite gry słowne. Nie jest tego dużo, ale jak w wielu przypadkach jakość stoi tutaj wysoko nad ilością:

„You should change Your name to “NaS” ‘cause when u ask “can u out spit Chino” all you gonna hear is a lot of “Nahhsss””

“I bring liquor bench press and write rhymes raw, so I raise the bar while raising the bar while raising the bar”

“I walk on water haters claim it’s ‘cause I can’t swim”

Przyszedł teraz czas na “zwykłe” punchline’y, których jest tak dużo, że nie sposób wymienić ich wszystkich. Pozwolę sobie przytoczyć tylko najciekawsze.

„The entire English language got together and sentenced me to death”

“You should be afraid of me I’m here to take your fans till they agree you couldn’t be my hype mans hype man”

“"My written scripture given you visions that’s damn near religious it’s wicked and twisted and mystic as covens of witches”

“Defeat Chino is an oxymoron like happy marriage”

“I’m Eating omelets that’s made from the eggs of endangered species”

“My anger is bad even the Incredible Hulk turns into Chino when he get real mad”

“I Let the flame spray then forget about u like Farrah Fawcett’s death ‘cause Micheal Jackson died the same day”

Chino na każdym kroku udowadnia, że nazwanie siebie “Lirycznym Jezusem” nie było bezpodstawne. Już teraz w ciemno mogę powiedzieć, że jego płyta będzie moją ulubioną płytą 2010 roku (o ile premiera znowu się nie przesunie). Za bardzo jaram się stylem, który reprezentuje, żeby było inaczej. Podsumowując recenzję – liryczne arcydzieło, które powinno być analizowane na lekcjach filologii angielskiej. I choć wiadomo, że Chino z dnia na dzień nie stał się najlepiej trafiającym w bit raperem w historii, to jeśli strawimy jego specyficzne flow, docenimy w pełni ten genialny tekst.

Ocena: -10/10


piątek, 19 marca 2010

El Matador - International Champions League (Feat. Satchel Page & Father D) (Recenzja)

Z El Matadorem – twórcą recenzowanego singla znam się już około trzech lat. Nawet nie zauważyłem, kiedy z rapera stał się zabójczą mieszanką MC i producenta, który współpracuje z czołowymi raperami podziemnej sceny amerykańskiej. Kilka razy już wysunął propozycję recenzji tego kawałka – kawałka, który był pierwszym, którym tak naprawdę się od niego jarałem. Wcześniejszy singiel „Boulevard Nights” nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Zaczynamy, więc pierwszą na tym blogu recenzję singla.

Pierwszy głos, jaki dane będzie nam usłyszeć to głos Satchela Page’a – nowojorskiego rapera, którego historię zamierzam przybliżyć w jednym z moich artykułów (ale niczego nie obiecuję). Od razu poznajemy, że to koleś zza oceanu, niesamowita werwa w głosie, bezbłędne flow i rytmika. Warstwa tekstowa to proste bragagdacio. Proste, w tym wypadku, nie znaczy słabe, bo zwrotka jest pod tym względem bardzo solidna. Po prostu. Nie jest genialna, ani słaba. Za to genialny, jest sposób, którym została nawinięta. I to jest jej główny atut.

Kiedy myślimy, że to już wszystko, słyszymy refren, który mnie dosłownie wbił w ziemie. Father D ladies and gentlemen. Urodzony w Londynie rastafaranin, który w wieku ośmiu lat przeniósł się do Nowego Jorku i wychowywał się razem właśnie z Satchelem. Operuje swoim wokalem w bardzo ciekawy sposób, co w moim osobistym odczuciu, daje mu miejsce w czołówce młodych wykonawców reggae na świecie. Do tego opanował trzy akcenty – brytyjski, amerykański i jamajski. To wszystko brzmi świetnie już na papierze, a efekt jest jeszcze lepszy! Dodatkowo Father zapodaje nam, może w nawet lepszym wykonaniu, krótką zwrotkę. Zważywszy na potencjał, jest niestety za krótka.

Już w czasie drugiego refrenu na drugim planie włącza się gospodarz projektu – El Matador. Raper pochodzący z Łodzi, który na oficjalnej scenie reprezentuje Brixton. Ja wiem, że to tylko moje odczucie, ale nigdy nie przepadałem za jego akcentem. No, ale cóż. Skupmy się na zwrotce, która jest najlepsza ze wszystkich trzech. Od razu dostajemy wjazd z buta z dużą ilością wielokrotnych rymów: „Hit the bricks with new tricks in the mix, make 'em transfixed and give 'em the deep six”. Raper używa w swoim tekście bardzo wielu porównań i metafor, co podnosi znacznie jego wartość. W pamięci może utkwić nam wers „I was born emceeing, the reason why I'm right is my dick cos it looks like a mic”. Tak, może i jest bardzo prawdopodobne, że tak będzie. Wszystko to Matador kładzie na bicie bardzo dobrze, nie wypada z bitu i nie czuć monotonii w jego rapie, co niestety dało się we znaki na poprzednim singlu.

Warstwa muzyczna także jest bardzo dobra. Bit zrobił dobrze znany producent z LA współpracujący między innymi z Evidence’m – Exile. Jest to podkład pochodzący z jego płyty producenckiej "Frequency Modulation”, na której jako sampli używa zakłóceń radiowych. Naprawdę bardzo ciekawy patent a co najważniejsze, w praktyce wszystko świetnie brzmi i podkład nadaje kawałkowi bangerowego klimatu.

Singiel nie odniósł spektakularnego sukcesu, ale został doceniony w muzycznych kręgach. Przykładem tego może być drugie miejsce w rankingu niezależnej stacji radiowej w Jamaica Queens. Jego remix, na którym znajdzie się jeszcze dwóch innych raperów, ukaże się na mixtape "Real Hip-Hop Forever Group Mixtape", który pojawi się w te wakacje. Podsumowując to wszystko w krótkim zdaniu – solidna robota, która nie ma chyba słabych punktów a podczas słuchania utworu energia i rześkość raperów udziela się słuchaczom.

Ocena: -8/10



Jest to pierwszy tego rodzaju tekst na blogu. Jako, że nie miałem w zwyczaj pisać recenzji pojedynczych utworów, nawet nie zaczynałem tego tematu. Ale skoro już zrobiłem ten pierwszy krok, możecie spodziewać się recenzji innych singli, które zawsze chciałem opisać a jakoś nie wiedziałem, w jaki sposób to zrobić, by opublikować je tutaj. Także już niedługo kolejna recenzja, tym razem singla mojego ulubionego rapera.

środa, 17 marca 2010

Asher Roth - Asleep In The Bread Aisle (Recenzja)


Jako, że na moim blogu prezentowałem do tej pory recenzje tylko i wyłącznie płyt dobrych lub lepszych niż dobrych (wyjątkiem była recenzja „Drogi” Hemp Gru), chyba czas, żeby napisać coś o płycie poniżej poziomu przeciętności. Jak wiemy życie przynosi wiele ciekawych tematów. Takim też była płyta Asher Rotha. Jako, że nie przestałem słuchać muzyki Copywrite’a, postanowiłem sprawdzić, jak prezentuje się jego przeciwnik. Jedyne, co od niego do tej pory słyszałem do diss „Silly Boy”. Uwierzcie mi – nie brzmiał zachęcająco (chyba, że dla gejów). Ale zdecydowałem się mimo wszystko sprawdzić produkcję Eminema (Ashera znaczy się) wydaną w 2009 roku.

Może wam się nie spodobać to, że już pierwszy akapit zaczynam od wyszydzania rapera ze wsi (znaczy z Pensylwanii). Czemu od razu porównałem go Eminema? Ano, dlatego że jak tylko usłyszysz jedną wypowiedzianą przez niego sylabę, od razu najdzie cię takie skojarzenie, jakie naszło mnie. I już nie wnikałem czy to jest zabieg celowy, czy czysty przypadek (chociaż w to nie wierzę). Ale podobieństwo brzmieniowe Ja Rule’a do DMXa to bardzo mały snop siana przy łajnie (znowu te skojarzenia z wsią, ech) podobieństw Ashera do Eminema.

Od początku do końca recenzji skupimy się na gospodarzu projektu. Nie lubię w recenzjach robić wyliczanki wad artysty. Ale tutaj, jako, że Roth jest artystą specjalnym, z chęcią to zrobię. Słuchając tego albumu tylko odliczając tracki do końca. Dlaczego? Po pierwsze, na albumie raper kreuje się na młodego korzystającego z życia człowieka, który lubi kobiety. Szkoda tylko, że jego wykreowany obraz playera jest przedstawiony tak delikatnie, jakby był nauczycielem WDŻ-u w szkole podstawowej. Przez prawie cały album brzmi jak Em, w kilku miejscach nawet jak Jon Lajoie. Sęk w tym, że Jon robi z siebie idiotę, bo ma ku temu predyspozycje, a Asher jak jego idol w „Ass Like That” błaźni się czysto pod publikę, lub nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Już po przesłuchaniu połowy albumu nasuwa się pytanie zadane przez nikogo innego jak Copywrite’a “When will he get off Eminem’s dick?”.

I nagle dostajemy kawałek „As I Em”. Asher przyznaje się do tego, że Eminem jest jego idolem i przedstawia go jako prześladującego go demona, próbując tłumaczyć, że nie próbuje być jego imitacją i boli go, gdy ludzie tak twierdzą. Używając retorycznych pytań typu „Is it my fault?” próbuje zmienić nastawienie słuchaczy. Naprawdę, czułem przez chwilę poruszenie i zapomniałem o polach buraków… Jednak zwrot „I just wanna be accepted as the illest in tha game” znowu wywołał u mnie atak śmiechu – przepraszam, starałem się.

Wracamy jednak do wyliczanki. Asher strzela sobie kolejnego samobója próbując śpiewać w refrenach. O ile rzadko przeszkadzała mi melodyjność jego nawijki, to refreny są szczytem żenady. Nie mówiąc już o tym, że w kawałku „She Don’t Wanna Man” raper używa swego rodzaju vocodera i śpiewa więcej od wokalistki, która występuje gościnnie. Ją akurat mógłbym posłuchać – jego raczej nie. Naprawdę, czasem boli to, że można zepsuć całkiem niezły kawałek jak „Bad Day”, „Sour Patch Kids” czy „La Di Da” bezsensownym wyciem (bo już nie śpiewem) w refrenie.

Najlepiej prezentuje się na pewno końcówka albumu (i to nie, dlatego że czujemy, że zaraz będzie po wszystkim). Najlepszym kawałkiem na płycie jest zdecydowanie „His Dream”. I tu nasunęło mi się kolejne porównanie do Eminema. Jego syndrom prześladuje Ashera. Kiedy robi z siei durnia (luzackie, melanżowe, wiejsko-taneczne teksty) jest po prostu żenujący. Ale gdy zabierze się za bardziej życiowe i refleksyjne tematy, staję się już niezłym raperem. Ale tylko i wyłącznie niezłym. Wiadomo, Eminem ma to w sobie, że jego obie artystyczne strony, klasyfikują się o wiele wyżej we wszystkich rankingach, ale to raczej oczywiste. Na zakończenie albumu dostajemy kolejny dosyć dobry kawałek pt. „Failing”. Asher zapewne chciał, żebyśmy po odejściu od odbiorników (nie oborników) nie czuli tego zapachu kompostu. Udało mu się.

Chciałem ten album podsumować punchem kończącym diss Copywrite’a: „Asher put his own nail in his coffin like he was gagging himself”. Jednakże, o ile diss na rapera z Ohio był największym samobójem jakiego Asher mógł sobie strzelić, to album ten jest po prostu średni. Naprawdę szkoda, że odór łajna trochę zakłóca nam odbiór bardziej poważnych tekstów a wizerunek rolnika przeszkadza nam w spojrzeniu na Ashera z trochę innej strony.

Ocena: 5/10

czwartek, 11 marca 2010

Odkrycie: Copywrite

Ostatnimi czasy nie publikuję wielu tekstów. Jestem zajęty inną gałęzią mojej twórczości i tak jakoś wyszło, że na prace na bloga jakoś nie mam czasu. Mam w przygotowaniu recenzję „All Eyez On Me”, która leży już trochę czasu na dysku, ale jakoś nie mogę zabrać się, żeby ją dokończyć. Teraz jednak, kiedy odkryłem rapera, która trafił 100% w mój gust, nie mogę nie napisać o nim paru zdań i przedstawić wam go jako jednego z najlepszych białych raperów w Ameryce. W tym zdaniu nie ma ani krztyny przesady – przed wami Copywrite.

Tak jakoś stało się, że pierwszy raz usłyszałem go na tracku z gościnnym udziałem Canibusa i Chino XL-a – dwóch MC z mojego Top-10. Naprawdę ciekaw jestem, jakiego znowu rapera odkryję poprzez łańcuch featuringów Chino… No, ale do rzeczy. Po tygodniowym katowaniu kawałka „Suicypher” i dwukrotnym przesłuchaniu jego nowej EPki postanowiłem wgłębić się w jego twórczość. Ściągnąłem jego jedyną oficjalną płytę i trzy mixtape’y. Jak wrażenia?

Pozwólcie, że najpierw przedstawię wam garść faktów. Copywrite jest, jak sam się określa, „młodym dinozaurem”. Urodził się w mieście Columbus w stanie Ohio, gdzie reprezentował podziemną scenę wraz ze swoją grupą MHz (MegaHertz), z którą wydał o ile dobrze się orientuję jeden singiel "World Premier". Potem podpisał umowę z wytwórnią Eastern Conference, gdzie to razem z producentem i członkiem swojej grupy RJD2 wydał singiel "Holier Than Thou", który miał być zapowiedzią jego debiutanckiej płyty „The High Exhaulted”.

Już na swoim debiucie raper pokazał nieprzeciętne umiejętności. Oryginalne flow, które oczywiście było jeszcze nieoszlifowane, ale już wtedy nie czuć było tej monotonii, na którą można się natknąć w produkcjach innych początkujących raperów. Dostał od swojego producenta bardzo ciekawe, mroczne bity, które uwypukliły klimat produkcji. Poza tym oczywiście Cwrite dał nam niebagatelne punchline’y, chociaż to też była strefa, w której, jak widzimy dzisiaj, miał się jeszcze rozwinąć. Album był objawieniem się światu i zapowiedzią, co gość imieniem Copywrite może osiągnąć w tej grze.

Po wydaniu płyty odszedł z wytwórni i w pewnych odstępach czasu wydał trzy mixtape’y. Kolejno: „Cruise Control Vol. 1”, „The Jerk: Vol. 0” oraz „The Worst Of The Best Of Mixtape Vol. 1”. Dwie pierwsze pozycje były oficjalnymi produkcjami, zaś trzecia to mix kawałków wydanych już wcześniej oraz tych świeżo nagranych. Raper z Ohio prezentował na nich różną formę. O ile pierwszy mixtape był po prostu średni i niczym tak naprawdę nie zachwycał, to następne dostarczyły mi to, czego oczekiwałem – niesamowitą energię, ciekawe pomysły na płynięcie po bicie + oryginalne punchline’y.

Głównym smaczkiem w jego dyskografii, przynajmniej dla mnie, była pierwsza płyta jaką od niego usłyszałem – „Ultra Sound: The Rebirth EP” wydana już w wytwórni Man Bites Dog. Tutaj Copywrite pokazał pełnie swoich możliwości. Wgniatające w fotel linijki, znakomite flow i całkiem niezłą technikę składania rymów, przy ciekawym akcentowaniu potrójnych rymów. Nie wiem czemu, jego styl troszkę przypomina mi Tonedeffa … Cała EP-ka została wyprodukowana przez Surocka, którego wcześniej nie znałem, ale po przesłuchaniu tego materiału, na pewno postaram się zapoznać z jego innymi podkładami. Spójny materiał, na którym pojawił się m.in. Royce Da 5’9” i Sean P. „Suicypher” – kawałek, o którym mówiłem, nie znalazł się na płycie, ale jest jej znakomitym dopełnieniem i czuć, że jest zrobiony w jej konwencji .

Nie zdziwi was chyba też to, że koleś z takimi umiejętnościami jak Copywrite wziął się za dissowanie. Z tego co się orientuję pierwszym jego celem był duet 7L & Esoteric. I chociaż startował z góry przegranej pozycji, myślę, że całkiem nieźle sobie poradził, chociaż to dissy Esoterica były jednak minimalnie lepsze. Beef w którym pokazał wszystkie swoje umiejętności to beef z Asher Rothem. Copy otwarcie zdissował go w kawałku „The Real Fake Shady” i oskarżył o kopiowanie wizerunku Eminema. Po dosyć słabej odpowiedzi swojego rywala wydał świetny diss „Cremation”, w którym wreszcie pokazał swój cały bitewny potencjał.

Polecam wam Copywrite’a w sumie tylko z jednego powodu – bo się nim jaram. Jednak, co koneserzy hip-hopu mogą znaleźć w jego rapie? Przede wszystkim charyzmę, której brakuje niejednokrotnie młodym artystom. Naprawdę, kiedy pierwszy raz usłyszałem jak rapuje, pomyślałem, że jest czarny. Takiej werwy w głosie, nie miał chyba żadnej biały od czasu Eminema. Świetne flow, oryginalne patenty i przede wszystkim to co tygrysy lubią najbardziej – nietuzinkowe punchline’y. Teraz CWrite pracuje nad albumem swojego zespołu MegaHertz oraz nad LP, którego przedsmakiem była omawiana EPka. Pozostaje mi tylko czekać na jego nowe produkcje i mieć nadzieje, że będą na podobnym poziomie jak „Ultra Sound: The Rebirth EP”.