niedziela, 8 listopada 2009

Stary, dobry Allen Iverson

Jeszcze jakiś czas temu miałem przygotowany felieton o tym, gdzie powinien, lub też gdzie najprawdopodobniej powędruje Allen Iverson tego lata. Później, kiedy już przeszedł do Grizzlies przerobiłem go i zabawiłem się we wróżbitę, przepowiadając, jego dalszą karierę w Memphis. Oba felietony nie ujrzały światła dziennego, ten, po długiej przerwie od pisania, publikę jako komentarz do jego karygodnego zachowania.

No więc, Allen Iverson zdesperowany gry w jakimkolwiek zespole, poszedł w grać w jednej z najgorszych drużyn ligi, za marne jak dla niego pieniądze. Wybór ten był chyba najgorszym z możliwych nie tylko ze względu na to, że na pewno nie wygra z nim mistrzostwa. Grizzlies mieli wbrew pozorom bardzo dobrze zgrany skład i młodych zawodników, którzy z roku na rok coraz abrziej przypominają All-Starów. Do tego jego dwie ulubione pozycje były już obsadzone, bardzo dobrze rozumiejącym się duetem Conley-Mayo i teraz najlepszym pytaniem było, jak Iverson wpasuje się do składu.

Do pierwszego meczu sezonu zasadniczego nie było wiadomo czy The Answer będzie wychodził w podstawowym składzie. Przez cały okres meczów przedsezonowych leczył kontuzję, która przeciągnęła się jeszcze na trzy pierwsze mecze w sezonie. Przez uraz, a może nawet i nie, swój debiut w Memphis rozpoczął na ławce rezerwowych. Jak na czas gry, zagrał całkiem nieźle, rzucił 11 punktów przy dobrej skuteczności, która jednak na tę liczbę oddanych rzutów nie imponuje. Wszystko było dobrze, aż do czasu pomeczowego wywiadu udzielonego reporterowi telewizji z Sacramento. Na pytanie „Czy masz jeszcze problemy z udem?” AI odpowiedział z nutką złości w głosie „Z udem wszystko w porządku, mam problemy z tyłkiem, bo za dużo przesiaduję na ławce rezerwowych”. Tak więc przedstawienie czas zacząć.

Wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Allen zdawał się zaakceptować wymagania trenera i zarządu. Rozegrał dobry mecz z ławki przeciwko Golden State Warriors i wyszedł w dobrym nastroju na mecz z Lakers. Ale po nim cos się zepsuło. Czyżby nadmiar porażek, które były wkalkulowane w ryzyko przystąpienia do Memphis, okazał się zbyt bolesny? Czy też jego charakterek i ambicja znowu zapanowały nad rozsądkiem? Znowu jest gotów poświecić dobro drużyny dla swoich minut nawet, jeśli prawdą jest, że ta nie gra zbyt dobrze? Musi jednak pamiętać o tym, że trzy miliony to dla Grizzlies na tyle mało, że mogą bez problemu go zwolnić. Choć on zdaje się tego nie zauważać. Nie wystąpił w meczu z Clippers z powodów ważnych spraw rodzinnych. Nawet dzieci w gimnazjum uważają tą wymówkę za mało wiarygodną, gdy piszą lewe usprawiedliwienia. Wszyscy wiemy zresztą jaki był powód.

Iversonowi po prostu nie pasuje jego rola. I jakkolwiek by się z tym krył, widać to na pierwszy rzut oka. Najgorsze jest jednak to, że Allen wybrał sobie najgorszą drużynę, jaką mógł. Gdzie trener jest nastawiony na rozwijanie młodych zawodników, gdzie nie ma praktycznie szans na większe sukcesy i gdzie wtopienie się w zespół jest bardzo trudne. I może nawet prawdą jest to, co sam mówi, że mógłby wychodzić z ławki, gdyby tylko zespół wygrywał. Chociaż myślę, że nawet wtedy, prędzej czy później ubiegałby się o minuty. I teraz musi sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie zaakceptował oferty Miami Heat za praktycznie większe pieniądze, gdzie miałby gwarantowane około 25 minut wychodząc z ławki, w zespole, który ma szanse zajść zdecydowanie dalej.

Jak na razie AI przebywa w swoim domu w Atlancie a Lionel Hollins, trener Grizzlies nie chce szerzej wypowiedzieć się o sprawie. Chodzą słuchy, że Allen z Atlanty może w ogóle nie wrócić, póki trener nie zrobi nic z jego rolą. Ten jednak nie zamierza ustępować i zmieniać swojej wizji tego młodego składu. Jak będzie? Czy zobaczymy jeszcze Allena Iversona w koszulce Niedźwiadków? To się okaże i prawdopodobnie bardzo szybko, bo jest wokół tej sprawy tyle szumu, że pewnie nawet sam zainteresowany nie omieszka się wypowiedzieć w tej sprawie pierwszemu lepszemu dziennikarzowi. Pozostaje tylko czekać i mieć nadzieję, że Iverson przystanie na warunki trenera, bo szkoda by marnował kolejny rok na marudzenie, gdy w następnym może go w NBA już nikt nie zechcieć.

czwartek, 17 września 2009

Rychu Peja zaDYMka

Miały być dwa teksty o czymś zupełnie innym. Ale takiego kontrowersyjnego tematu nie mogę sobie podarować. Rycha nigdy nie lubiłem. Uważam jego rap za monotonny i nudny, bo ileż to można nawijać o tym jak ciężko było w życiu. Może dlatego ostatnie wydawnictwo „Styl Życia G’N.O.J.A.” bardziej podeszło mi do gustu, ze względu na różnorodność tekstów i całkiem dobre bity. Teraz jednak, gdy w TV raz po raz jest krytykowany to i ja muszę dołożyć swoje, odstawiając na bok jego dokonania muzyczne, jakiekolwiek by nie były.

Sytuacja ma się tak. Jakiś 15-latek przepełniony nienawiścią przychodzi na koncert artysty, którego, łagodnie mówiąc, nie ubóstwia. Po kilkunastu minutach zaczyna pokazywać serdecznie środkowy palec Ryśkowi, który z początku nie reaguje. Gdy młodzieniec widzi, że to nie przynosi efektu zaczyna mówić coś w stronę rapera (treść jak dla mnie pozostaje tajemnicą, tak jak tekst Materazzi’ego w stronę Zidane’a,), nie przestając wymachiwać palcem. W końcu, widocznie zniesmaczony Peja, zaczyna wyzywać decydenta toną bluzg. Po tym monologu podgrzewa atmosferę i wysyła psychofanów by doprowadzili do porządku niegrzecznego chłopca. Posłuszni dickriderzy butują hejtera a koncert trwa nadal.

No i przechodzimy do sedna. Co się tam do cholery stało? Czemu hejter przychodzi na koncert nielubianego przez siebie artysty a potem dostaje po mordzie za wyzwiska w jego stronę? Jak do tego doszło, że ochrona nie interweniowała, skoro przecież miała wyraźne prawo ku temu? No dobra nie będę się aż tak rozdrabniał i przedstawię tylko opinię o dwóch głównych stronach, chociaż o szczegółach też powiem.

No to na pierwszy ogień idzie Ryszard. Pomijam to, że był widocznie wstawiony (ekhm…), bo to nie jest przestępstwem. Mógłby nawet być pod wpływem wszystkich znanych specyfików na raz, gdyby tylko pamiętał teksty a show byłoby na przyzwoitym poziomie. Nie wiem jak wy, ale ja uważam 34-letniego mężczyznę za dojrzałego człowieka, który trochę już w życiu przeszedł (a co dopiero Rychu!) i umie zachować się godnie w pewnych sytuacjach zamiast pokazywać swój ukryty instynkt dziecka z piaskownicy. Rozumiem wyzwiska, mnie też mogłoby się to zdarzyć. Ale nic nie tłumaczy napuszczania na w sumie bezbronne dziecko bandy psychofanów, którzy jakby im idol rozkazał to mogliby nawet zabić prezydenta. Honorowy gość, za jakiego podaje się Rysiek, powinien sam zejść ze sceny i przekazać to, co ma mu do powiedzenia. Fakt, tego też nic by nie usprawiedliwiło, ale może trochę zmieniłoby to moją opinię o nim. Ten gest był gorszy od partyzanta Anthony’ego wymierzonego w stronę Jerry’ego Jeffriesa w sławnej burdzie Denver Nuggets z New York Knicks z 2006 roku. Przecież nawet on, sam wymierzył cios. Najlepiej byłoby, gdyby Peja poćwiczył swoje umiejętności freestyle’u na odważnym młodzieniaszku. Mógłby zjechać go tak, że on sam pognałby, czym prędzej do wyjścia. Byłoby to posunięcie z klasą, o ile jechałby według pewnych zasad. Potwierdziłby wyższość nad chłopaczkiem z gimnazjum, nie zniżając się do jego poziomu. No cóż Peja postąpił jak postąpił. I mamy młyn.

Z drugiej strony jednak mamy tego chłopaka. Hejtera, który nie bał się powiedzieć Peji prosto w oczy, co o nim sądzi. Trzeba przyznać, że ma jaja. Posunął się jednak trochę za daleko. Czym innym jest wyrażenie o kimś opinii, a czym innym wyzywanie go i jego dawno zmarłej matki. Takie przynajmniej doszły mnie słuchy, nie wiem czy to prawda. Jeśli tak, przynajmniej w pewnym stopniu można rozgrzeszyć Rycha. Dalej, czym innym są gesty potępienia a czym innym niedojrzałe pokazywanie środkowego palca. Potem taki pobity chłopaczyna biegnie w podskokach do matki na skargę a ona w jeszcze większych podskokach na Policję. Różnica polega na tym, że on ma 15 lat, a Rychu 34.

Skłamałem, nie powiem o szczegółach, bo za mało wiem. Ale wiecie co? Mam nadzieje, że Peja pójdzie siedzieć. Nie, może inaczej. Nikomu nie życzę wiezienia. Ale chcę, żeby wyciągnął wniosek z wyroku, który dostanie. Chcę żeby nauczył się przyjmować krytykę i w końcu zachowywać się jak dorosły człowiek. A ja myślałem, że już się zmienił, po tym, co pokazał na nowo wydanej płycie. Myliłem się. Najbardziej boli mnie to, jak ta sytuacja tworzy obraz raperów w oczach społeczeństwa. Agresja, pijaństwo, nieskończone bluzgi i żadnego konkretnego przekazu. Przez takie wydarzenia utrwala się stereotyp rapera jako agresywnego pijaka, nieudacznika, który wyżywa się w tekstach i na koncertach. Na koniec zacytuję Tedego. „Dzięki Rychu!”.

piątek, 11 września 2009

Hemp Gru - "Droga" (Recenzja)


Chcąc trochę odbiec od sztywnych schematów recenzji, postanowiłem napisać jedyną w swoim rodzaju, ironiczną i uszczypliwą recenzję płyty, która podczas jej słuchania, przynajmniej u mnie, wzbudziła szyderczy śmiech z tekstów w niej zawartych i politowanie dla raperów. Prawdę mówiąc ostatni raz czułem się tak, gdy przesłuchiwałem debiut warszawskiego składu. Hmm, ciekawe dlaczego? Naprawdę nie wiem, lepiej zacznijmy recenzję.

Hemp Gru to grupa niemalże legendarna. Ich debiutancki album „Klucz” znalazł sporą grupę odbiorców i wyniósł zespół na szczyt sławy, ugruntowując jego pozycję na polskiej scenie hip-hopowej. Cała Polska dowiedziała się jak obdarzony ogromnym talentem Wilku prezentuje się poza Molestą oraz jak Bilon dokłada swoje ciężkie zwrotki. Przekazali Polsce masę emocji. Teraz przyszedł czas na kontynuację dzieła. Album „Droga”.

Zacznijmy od najmocniejszego elementu płyty, czyli przekazu płynącego z tekstów. Trzeba przyznać, że chłopaki mogą być tutaj wzorem dla innych. Raperzy mówią tu przede wszystkim o nienawiści do policji, ulicznym życiu, nienawiści do policji, paleniu marihuany na ławce, nienawiści do policji, szacunku dla kolegów z rewiru, nienawiści do policji, trudnym dzieciństwie w biednych, patologicznych rodzinach oraz o nienawiści do policji przy szczególnym włączeniu w to osób zeznających przeciwko nim. Jeden wybrany tekst stanowi przykład doskonałego storytellingu a jeden doskonałego opisu bezlitosnych realiów. Płyta aż emanuje plastycznymi opisami, jakimi pochwalić mogą się tylko wielcy artyści, jakimi na pewno są Wilku i Bilon.

Kolejnym majstersztykiem jest technika składania rymów. Raz za razem słyszymy takie perełki jak „trzy-wszy”, „ma-da” czy „nie-gdzie”. Nie ma tutaj przereklamowanych podwójnych i potrójnych rymów, które tylko służą przełożeniu formy nad treść. Tu liczy się przekaz, o którym zresztą pisałem akapit wyżej. Od czasu do czasu, w tekst wkradną się rymy wewnętrzne, ale to chyba przez przypadek (bo gdzie by Wilku swój przekaz maskować miał!). To wszystko łączy się ze znakomitą umiejętnością rapowania, przez co myślimy, że to bit został zrobiony pod nich a nie oni nagrywali pod niego! Rewelacja! Dołączając do tego same sławy polskiego rapu na featuringach takie jak Żary, Jasiek czy Popek uzyskujemy kompozycję niemal doskonałą!

I na tym koniec. Tak, trzeba powrócić do rzeczywistości, bo zgodzicie się chyba, że nie ma, co już rozmieniać się na drobne. „Droga” to praktycznie taki sam album jak „Klucz”, tyle, że nagrany na lepszych bitach. To właśnie podkłady są jedyną solidną częścią wydawnictwa. Bo cóż można powiedzieć więcej? Artyści nie zaliczyli ani krztyny progresu, przez co ich teksty są monotematyczne, złożone jak wierszyk dla dzieci z podstawówki. Trzeba jednak zauważyć, że chłopaki przez te pięć lat wyszlifowali swoje flow, przez co brzmią nieco lepiej. Nawet wada wymowy Wilka, zdaje się mniej przeszkadzać.

Podsumowując, przeciętna, jeśli nie powiedzieć słaba płyta. Jednak przywołując Alutkę z „Rodziny zastępczej”, może jednak chłopaki nie trafili dobrze w epokę? Gdyby tę płytę znaleziono w jaskini w Lascaux, może bym się nią zachwycał? Możliwe a nawet bardzo prawdopodobne. Ale mamy rok 2009 i takie produkcje są tylko hańbą dla przemysłu fonograficznego i kultury hip-hop w Polsce. Czy jestem hejterem HG? Tak, ale tę recenzję starałem się napisać najobiektywniej jak się da. Ironiczna forma miała tylko podkreślić i przestawić wady grupy w formie hiperboli.

Ocena: -3/10 (Fani muszą wystawić ocenę w skali od 8 do 10 na 10 , bo jak tego nie zrobią to, cytując Wilka „będą jebani do końca życia”. Hejterzy za to mogą spokojnie odjąć dwa punkciki ;))

piątek, 4 września 2009

Jak to było na przestrzeni lat, czyli Melo w roli lidera (Artykuł)

Wiemy, że zespół od czasu draftu 2003 budowany był pod wschodzącą gwiazdę – Carmelo Anthony’ego. To on miał być liderem na kilka a nawet kilkanaście najbliższych lat. Sezon 2003-2004 okazał się przełomowym nie tylko z powodu diametralnej zmiany wizerunku, ale też, dobrania odpowiedniego składu, który na przestrzeni sezonów stawał się coraz bardziej kompletny.

W debiutanckim sezonie Melo miał do pomocy Marcusa Camby’ego, który po poprzednim sezonie okupionym kontuzją, rozegrał przyzwoitą ilość spotkań. Mógł też liczyć na asysty bardzo dobrego rozgrywającego - Andre Millera, sprowadzonego z LA Clippers, a skład znakomicie dopełniali Nene oraz Voshon Lenard – trzeci strzelec drużyny. Z bilansem 43-39 niespodziewanie wskoczyli na ósme miejsce silnej Konferencji Zachodniej tym samym po dziewięciu latach przerwy dostając się do fazy Playoffs. Tam przegrali w pierwszej rundzie, (która później będzie ich przekleństwem) z rewelacyjnymi Timberwolfs 4-1. Był to przełom, ale tak dobrze się zapowiadało, że nie mogło się na tym skończyć.

Kolejnym uzupełnieniem składu był silny skrzydłowy New Jersey Nets - Kenyon Martin. Co prawda jego kontrakt był sporo przepłacony, ale doświadczenie zawodnika który dwa razy grał w finałach oraz jego umiejętności wynagrodziły sowitą cenę. Zmieniono też graczy drugoplanowych. Takim składem Nuggets dwa razy z rzędu odpadali w pierwszej rundzie Playoffs. Wiadome było, że trzeba zrobić bardziej efektowny krok by popchnąć drużynę do przodu. Wybór padł na Allena Iversona.

Rozmowy między działaczami Sixers i Nuggets trwały już od początku sezonu, ale negocjacje przybrały na sile po niechlubnej bójce w Madison Square Garden. Pozbawiona liderów drużyna z Denver, postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i pozyskać czterokrotnego króla strzelców NBA. AI bardzo szybko zaaklimatyzował się w drużynie, pierwsze mecze grając w duecie z Earlem Boykinsem tworząc najniższy backcourt w historii ligi. Aż wreszcie po 15 meczach zawieszania powrócił prawowity lider drużyny. Anthony stworzył z Iversonem niespodziewanie zgrany duet, który bez najmniejszych problemów mógł poprowadzić drużynę do Playoffs.

Oczekiwania były duże, tymczasem zespół po raz kolejny odpadł w pierwszej rundzie. W sumie była to przegrana nie z byle kim, bo przecież z mistrzami NBA ale mimo wszystko kibiców spotkało olbrzymie rozczarowanie. W następnym sezonie miało być lepiej. Wrócił kontuzjowany Kenyon Martin – wielki nieobecny poprzedniego sezonu, działacze dokonali kilku wymian mających na celu wzmocnić zespół. Nie udało się. Efektowność to nie to samo, co efektywność, o czym przekonaliśmy się znowu w pierwszej rundzie, gdzie „Bryłki” nie ugrały ani jednego meczu przeciwko LA Lakers. Znów można tłumaczyć zawodników, że byli to przecież finaliści i mistrzowie konferencji wschodniej. Jednak ja tego robić nie będę.

Dlaczego tak się stało? Dlaczego w tak dobrze obsadzonym składzie nie mogliśmy osiągnąć nic więcej jak „tylko” wejście do Playoffs. Była jakaś chemia, ale to nie wystarczyło. Przyczyn jest kilka. Pierwsza to trener George Karl, który nie umiał dobrze ustawić taktyki pod dwóch gwiazdorów i narzucić im pewnych założeń. Wyglądało to mniej więcej tak, że Iverson przetrzymywał piłkę przez 20 sekund a Melo odpalał bezsensowne jumpshoty. Następna sprawa wiąże się z bezpośrednio „The Answerem”. Wiadomo, że AI na boisku tworzy ogromną lukę w obronie. Nie załatał jej ani Steve Blake, ani Athony Carter. Władze były blisko sprowadzenia Delonte Westa, który spełniałby rolę podobną do Erica Snowa w Sixers, jednak niestety nic z tego nie wyszło. Najgorzej było jednak w kwestii zespołowej obrony. Nawet defensor roku roku Marcus Camby nie mógł tu wiele zdziałać. Graczy w ogóle nie interesowała gra pod własnym koszem, skupiali się jedynie na ataku. Z jednej strony potrafili rzucić 168 punktów, a z drugiej oddać 136. Nie sądzicie, że coś było nie tak?

Mamy lato 2008. Klub niespodziewanie oddaje Marcusa Camby’ego, praktycznie za nic, do LA Clippers. Wytłumaczenie było proste – kontrakt Marcusa uniemożliwiał podpisanie umów z innymi graczami. Ruch ten wzbudził wiele kontrowersji i odejście obrońcy roku, było według wielu, gwoździem do trumny i tak słabo spisujących się w defensywie Nuggets. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to część przebudowy zespołu na tej samej podstawie – dostarczyć Carmelo jak najlepszych graczy, chociaż to on był wymieniany jako najbardziej prawdopodobny kandydat do odejścia. Po jakimś czasie jako wolny agent kontrakt z klubem podpisuje Dahntay Jones oraz zachodzi mało ważna wymania z Nowym Jorkiem, której kąskiem był znakomity role-player – Renaldo Balkman. W końcu, po zaledwie dwóch meczach sezonu zasadniczego dochodzi do następnej transakcji, z jednej strony trochę szokującej a z drugiej jednak oczekiwanej. Allen Iverson odszedł do Detroit a Chauncey Billups zasilił szeregi Nuggets.

„Bryłki” w nowym składzie zaliczyły bardzo dobry sezon wygrywając dywizję i po bardzo dobrej grze w Playoffs, doszli do finałów konferencji, gdzie ulegli przyszłym mistrzom – rewelacyjnym Lakersom. Billups wniósł trochę spokoju, Melo nauczył się rzucać. Może nie „nauczył się” a doszlifował słabe elementy ofensywnej gry. Najważniejszym czynnikiem sukcesu była jednak postawa trenera. Karl po tych czterech latach pracy z zespołem zaczął w końcu planować grę, ustalać taktykę oraz zwracać uwagę zawodnikom. Prawdziwą twarz pokazał pod koniec Playoffs, kiedy to znowu stał się tylko widzem zasiadającym w ławce trenerskiem. Nie motywował, nie dawał wskazówek. Prawda jest taka, że przez większość czasu i w Playoffs i w sezonie zasadniczym głównym trenerem był Chauncey Billups.

Jaki jest, więc cel tego artykułu? Zrobiło się trochę podsumowanie ruchów transferowych i ocena gry. Ale puenta jest zupełnie inna. Brzmi ona mniej więcej: „Carmelo Anthony nie nadaje się na lidera, na którego nadzieje mieli Nuggets”. Spójrzmy na wyniki w pierwszych 3 latach gry, kiedy to przewodził drużynie – praktycznie żadne, chociaż grał całkiem nieźle i jednak to on powinien dostać nagrodę debiutanta roku (ale o tym może w innym artykule) to nie mógł osiągnąć nic więcej. Można mu to wybaczyć, przecież był bardzo młodym graczem z krótkim stażem. Gorzej było po przyjściu Iversona, gdy zdawał się grać gorzej niż grał, a sam AI mówił, że przyszedł do Denver grać jako druga opcja a drużynę pozostawił w rękach Carmelo. Dopiero w minionym sezonie nastąpiła zmiana – to Billups był liderem. Melo zszedł na drugi plan, co tylko pomogło drużynie. Powiedzmy sobie szczerze, Melo jest dobrym, w porywach bardzo dobrym zawodnikiem, ale nie nadaje się do bycia liderem takim jak LeBron James. Na pewno przy weteranie, jakim jest „Mr. Big Shot” nabierze trochę więcej doświadczenia i może się zmieni. Widać, że dojrzał. Ale czy aż tak żeby oddawać zespół ponownie w jego ręce?

Felieton napisany dla: nuggets.probasket.pl

środa, 1 lipca 2009

Denver Nuggets - Podsumowanie sezonu 2008/2009 (Artykuł)

Ochłonęliśmy już po finałach ligi zdominowanych przez Lakers oraz przeboleliśmy przegraną z tą drużyną w finale konferencji. Teraz czas zanalizować grę najważniejszych zawodników i zobaczyć, co było naszą mocną stroną a co zaś pięta achillesową. Oto opis dokonań poszczególnych zawodników oraz proponowane przeze mnie oceny ich pracy. Zaczynamy od podstawowej piątki.

Chauncey Billups – Moim zdaniem musimy tutaj ograniczyć te „achy i ochy”, które już dawno posypały się słusznie w jego stronę po tym jak zmienił obliczę drużyny. Lepiej spojrzeć w głąb jego gry i statystyk. Na pierwszy rzut oka nie widzimy nic szczególnego. Siedem asyst oraz siedemnaście punktów meczu. Po raz kolejny życie udowadnia nam, że statystyki to nie wszystko. „Mr. Big Shot” wniósł do drużyny dyscyplinę, której brakowało w poprzednich latach. Stał się drugim trenerem, omawiając podczas przerw taktykę ze swoimi partnerami. Razem z Carmelo poprowadził drużynę do najlepszego w historii drużyny bilansu w sezonie zasadniczym. Wspomniałem o jego statystykach. Chauncey, gdy widzi, że drużyna potrzebuje bodźca, potrafi rzucić grubo ponad trzydzieści punktów i dodatkowo tak konstruować grę, że zespół wybija się z dziesięciopunktowej straty na pięciopunktowe prowadzenie. Oddzielną sprawą są Playoffs. W tym wyjątkowym czasie, wstępuje w niego demon i potrafi bez problemu zaliczać double-double, prowadzić w kategoriach strzeleckich przy szalonych rzutach za trzy punkty. Tak było i w tym sezonie. Za właśnie tą zmianę i ustatkowanie drużyny, za stanie się liderem i mentorem należy mu się ocena 9/10.

Dahntay Jones – Trudno powiedzieć czy to mu należy dziękować za poprawę defensywy zespołu. Ten gość po prostu żyje, by grać w obronie. Trzeba wspomnieć jednak o tym, że chociaż był starterem grał tylko około osiemnastu minut w meczu. Dużo dał zespołowi broniąc na obwodzie, ale przy tym był przeciętnym atakującym. Geogre Karl jednak wszystko dobrze przemyślał i lukę w ataku zapełniał rezerwowy snajper, o którym w dalszej części artykułu. Jedną z wad Dahntaya są jego faule technicznie. Czasem potrafi nieczysto sfaulować, o czym mogliśmy się przekonać w Playoffs. Często jest zbyt agresywny i zacięty by odpuścić łatwe punkty i kończy się to agresywnym zagraniem. Na jaką ocenę zasłużył? Jest bardzo dobrym obrońcą, ale trochę za mało gra by określić go mianem X-Factora na tyłach. Jest kolejnym, mniejszym, elementem układanki, za co należy mu się ocena nie wyższa niż 7/10.

Carmelo Anthony – Od 6 lat centralna postać zespołu, pod którą niejednokrotnie ustalana jest taktyka gry. Jeden z najlepszych strzelców w lidze, wybrany z numerem trzecim w 2003 roku. W tym sezonie zrobił olbrzymi postęp i nie chodzi tu wcale o statystyki. Przy nowym rozgrywającym dojrzał i przestał traktować koszykówkę jako zabawę. Może wydać się to śmieszne, ale nauczył się grać w obronie. Te dwa słowa - Carmelo i obrona - wreszcie mogą iść ze sobą w parze. Dalej oczywiście nie jest prymusem w tej dziedzinie, ale najważniejsze jest to, że jego wkład jest widoczny oraz pozytywnie wpływa na wyniki zespołu. Bardzo dobrze rozumiał się z Chauncey’m i tworzył z nim lepszy duet niż kiedyś z Iversonem. Osiągał około dwadzieścia trzy punkty w meczu, dorzucając około siedmiu zbiórek. Warto wspomnieć, że w tym sezonie wyrównał rekord dotyczący ilości punktów w jednej kwarcie. Rzucił ich aż trzydzieści trzy. Chłopak wciąż się rozwija, rośnie w siłę i umiejętności i jeśli będzie rozwijał się w takim tempie jak w tym sezonie, możemy spodziewać się nowego MVP. Ocena za sezon to 9/10.

Kenyon Martin – Najbardziej niezauważalny, ale najbardziej stabilny element układanki o nazwie „sukces w roku 2009”. Silny skrzydłowy można by powiedzieć, jakich wielu. Jego wkład w grę jest niewidoczny gołym okiem. Ale jednak, gdy się przyjrzymy z bliska to on utrzymuję harmonię w drużynie pomiędzy ofensywą i defensywą. Jest bardzo dobrym obrońcą, ale też, gdy trzeba, potrafi rzucić spore ilości punktów. Bardzo dobrze dogaduje się z Nene, przez co umiejętnie dzielą się rolami w „pomalowanym” oraz gdy trzeba tworzą mur, uniemożliwiający wykonanie dobrego kontrataku. Martin jest typem skrzydłowego lubiącego rzuty z pół-dystansu, przez co razem z centrem konstruowali znakomite akcje inside-outside. Za te wszystkie zasługi, należy mu się ocena 8/10.

Nene – Już przed pierwszymi meczami spadła na niego ogromna odpowiedzialność. Trener oraz fani domagali się przecież od niego, godnego zastąpienia byłego obrońcy roku Marcusa Camby’ego. I paradoksalnie jego odejście poprawiło obronę zespołu. Dziwne, nie? Ale wróćmy do Brazylijczyka. Zagrał najlepszy sezon w swojej karierze notując ponad czternaście punktów na mecz oraz zbierając z tablic średnio około ośmiu piłek. Może nie był tak efektywny w obronie jak jego poprzednik, ale sprawował się całkiem nieźle. Zawiódł tylko w Playoffs, gdzie zagrał tylko dwie dobre serie, odpuszczając batalię w finale konferencji, co w dużym stopniu przyczyniło się do przegranej. Gdyby nie słaba ostatnia runda, dostałby na pewno 8/10, ale w tak kluczowych momentach zawodzić po prostu nie można, więc oceniam go na „jedynie” +7/10.

Ławka rezerwowych to bardzo ciekawa sprawa, ponieważ mieliśmy jedną z najlepszych w lidze. Jej wpływ na wygrane w Playoffs był ogromny – wystarczy zobaczyć, co się działo, gdy albo jeden zawodnik był niezdolny do gry, albo wszyscy zmiennicy grali przeciętnie. Czas zanalizować najważniejsze rezerwowe osobistości. Skala ocen jest oczywiście taka sama jak starterów.

J.R. Smith – Najbardziej trudny do oceny koszykarz w całej drużynie. Z jednej strony potrafi rzucić jedenaście trójek w meczu i być najlepszym strzelcem, ale z drugiej potrafi zejść z boiska ze skutecznością nieprzekraczającą 10%. Jego selekcja rzutów jest okropna, ale często zdarzają się takie dni, że wpada mu wszystko, nawet wymuszone rzuty czy szalone fade-away’e. Padają nawet stwierdzenia, że to od jego gry zależy końcowy wynik. Jak by na to nie patrzeć, jest dobrym wzmocnieniem i jeśli poprawi swoje umiejętności i troszeczkę się ustatkuje, może być nawet mianowany rezerwowym roku o ile nie przeforsuje się za rok do pierwszego składu. Jak na ten sezon ocena -8/10 jest jak najbardziej adekwatna.

Chris Andersen – Birdman to ulubieniec tłumów, które przychodzą oglądać mecze w Pepsi Center. Po dwuletnim zawieszeniu z powodu narkotyków oraz rozegraniu pięciu meczów w barwach New Orleans Hornets, wrócił do klubu, w którym rozpoczynał karierę w lidze. W sezonie 2008/2009 wnosił mnóstwo energii wychodząc z ławki oraz zostawiał na parkiecie wiele sił. Był drugim blokującym zaraz po defensorze roku! Pytanie tylko, co robił prócz widowiskowych bloków, kilku zbiórek i punktów? Praktycznie nic, słabo gra jeden na jeden, więc można rzec, że jest to widowiskowy gracz, który zawsze pomoże drużynie w obronie, parę razy powsadza i porwie tłumy, jeśli gra u siebie. Za to przyznaję mu 7/10.

Linas Kleiza – Może nie był to najlepszy sezon dla utalentowanego Litwina, ale on też był ważną częścią układanki. Grał około dwadzieścia dwie minuty w meczu, zdobywając około dziesięć punktów. Jak widzimy mimo, że grał krótko potrafił nieźle pomóc drużynie wchodząc z ławki. Warto zaznaczyć, że to dopiero czwarty sezon Linasa w NBA i ma sporo czasu żeby się rozwinąć. Ocena za sezon to +6/10.

Anthony Carter – Doświadczony rezerwowy rozgrywający z Hawai solidnie zastępował Chauncey’ego Billupsa. Grał około 23 minuty na spotkanie, był niezłym playmakerem i świetnie rozumiał się z kolegami, co było kluczowe do utrzymania pozycji wszyscy drużynie. Jak wszyscy wiemy, w serii z Lakers popełnił kluczowy błąd przy wprowadzaniu piłki do gry, który odwrócił całą sytuację na boisku. Ale, że każdemu zdarzają się błędy, nie wpłynie to na jego ocenę, którą jest +5/10.

Renaldo Balkman – „Taz” był epizodyczną postacią w tym sezonie. Rzadko wchodził z ławki a w Playoffs jego rola ograniczała się do grania pod koniec wygrywanych dużą przewagą meczów. Należy jednak wspomnieć, że bardzo dobrze zastępował Kenyona Martina na pozycji silnego skrzydłowego, gdy ten nabawił się kontuzji rzucając wtedy około osiemnastu punktów w meczu i całkiem nieźle zbierając. Jaka jest, więc adekwatna ocena? Myślę, że zdecydowanie należy mu się -6/10.

Reszta zawodników, czyli: Jason Hart, Johan Petro oraz Steve Hunter nie robili praktycznie nic poza zasilaniem stawki, gdy drużyna miała za dużo fauli lub pierwsi zmiennicy aktualnie nie mogli grać. Chociaż Johan to dopiero młodziak, o tyle Jason moim zdaniem troszeczkę się zmarnował. Od zawsze jest rezerwowym, ale w innej drużynie mógłby bez problemu być podstawowym rezerwowym. O Hunterze nie wspominam, ponieważ przez cały sezon nękały go przewlekłe kontuzje, przez co mógł tylko podziwiać grę kolegów z drużyny z trybun.

George Karl – I tutaj mamy problem. Jest to trener, który doprowadził aż trzy drużyny do finałów konferencji. Niby ma te dobre bilanse, ale moim zdaniem, Nuggets zasługują na kogoś lepszego. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że jeszcze, gdy grali tutaj Iverson i Camby, zawodników nie obchodziły jego uwagi i grali jak chcieli. W tym sezonie sytuacja się odmieniła, ale George wciąż jest słabym taktykiem, o czym świadczą sytuację, w których albo Billups albo Anthony sami ustalali kluczowe akcje meczów. Pytanie tylko, kto by mógł go zastąpić? Młody, ale utalentowany trener czy doświadczony wybitny taktyk? Na to pytanie nie znam odpowiedzi, ponieważ i jedna i druga opcja ma swoje plusy jak i minusy. Mimo wszystko, Karl bardzo dobrze kierował zawodnikami w tym sezonie, chociaż ma kilka wad, to widać, że bardzo dobrze się z nimi rozumie. -8/10.

W tym roku zespół wreszcie zaczął wyglądać jak drużyna. Zawodnicy potrafili kamuflować swoje złe strony, tymi dobrymi. Chauncey wprowadził wreszcie porządek w chaotycznej grze w ataku a motywowani przez niego gracze zaczęli chętniej działać w obronie nie tracąc przy tym drygu do zdobywania wielu punktów. Czego więc brakowało? Motywacji w ostatniej rundzie Playoffs, chyba tylko tego. Były pewne niedoskonałości i w ataku i w obronie, ale one nie grały większej roli, bo żadna drużyna nie jest idealna. Ocena zespołu moim zdaniem nie powinna być ani wyższa, ani niższa niż 8/10.

Z tych analiz wynika, że sezon był udany, nawet bardzo, chociaż ogólne wrażenie zepsuły finały konferencji, o czym pisałem już w moim felietonie. Jest parę elementów, nad którymi trzeba popracować, lecz nie są to tak istotne rzeczy, żeby szaleć w okienku transferowym. Jeśli załatamy te małe dziury, możemy w przeszłym sezonie myśleć o finale NBA… A może nawet o mistrzostwie?

Artykuł napisany dla: nuggets.probasket.pl

piątek, 26 czerwca 2009

Tech N9ne - "Sickology 101" (Recenzja)


Tech N9ne jest znany przede wszystkim ze swojego zwariowanego flow. W jednym kawałku potrafi zmienić tempo nawijki nawet dziesięć razy, przy czym nie zepsuje to jakości tracku, wprost przeciwnie – tylko ja poprawi. Szasta podwójnymi, potrójnymi, wewnętrznymi oraz wielokrotnymi na lewo i prawo zachowując przy tym przekaz, jaki płynie z jego tekstów. Jak prezentuje się jego nowa płyta „Sickology 101” z cyklu „Tech N9ne Collabos”? O tym przeczytacie niżej.

Dawno już żaden album nie porwał mnie tak jak ten, więc odczekałem trochę czasu, by móc wystawić w miarę obiektywną ocenę. „W miarę” to dobre określenie, ponieważ nie można ocenić obiektywnie płyty, którą jarało się prawie dwa tygodnie i z której kilka kawałków gościło w głośnikach kilkanaście razy dziennie. Tak, więc, jeśli uważacie recenzję za przesłodzoną, odejmijcie jeden punkt od oceny.

Co pierwsze rzuca się w oczy a właściwie w uszy? Kawałek tytułowy. Sickology 101 ladies and gentlemen. Moim recenzjom daleko do miana „track-by-track”, ale jednak muszę o nim wspomnieć. Jest to nuta, która mnie po prostu zmiażdżyła. Czemu? Na sukces tego singla, kolaboracji trzech raperów, składa się przede wszystkim to, że każdy zawodnik pokazuje swoją najmocniejszą stronę. Tech N9ne popisuje się swoim niesamowitym flow, Crooked I sypie dozą metafor i przemyca powiew świeżości słonecznego zachodu a Chino sadza na znakomity podkład mocne punchline’y wgniatające w fotel, na którym aktualnie siedzimy. Z czystym sercem mówię, że trudno mi było wybrać rapera, który pojechał najlepiej. Artyści dopełniają się wyśmienicie tworząc idealną harmonię.

No dobra, troszeczkę się rozpisałem. Jak więc prezentuje się reszta z pozostałych 75 minut? Bardzo dobrze, ale nie aż tak dobrze jak kawałek tytułowy. N9ne, chociaż widać, że to on jest tutaj grubą rybą, przyćmiewany jest przez ogromną liczbę gości. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby był przyćmiewany jakością zapodawanych nam linijek, bo w tym naprawdę trudno go przewyższyć. Jest przyćmiewany, bo po prostu jest go za mało. No, ale z drugiej strony, czego wymagać po płycie zatytułowanej „Tech N9ne Collabos”? Poza Messy’m Marvem oraz dwójką asystującą przy openerze nie znajdziemy tu nic ciekawego. Chyba, że ktoś lubi monotonię.

Cóż więc można powiedzieć o samym gospodarzu? Jak zwykle nie zawiódł. Już na wstępie opisywałem jego nieprzeciętne umiejętności wokalne i techniczne. Mógłbym się tylko przyczepić do jednej rzeczy. Płyta utraciła głębie liryczną w stosunku do „Killera” – poprzedniej płyty rapera. Nie mamy tu już głębokich kawałków z przemyśleniami oraz komentarzem rzeczywistości. To jednak można łatwo przemienić w zaletę. Płyta idealnie nadaję się do odstresowania po ciężkim dniu, na imprezę oraz na spokojne wieczory by zabić sąsiadów basami.

Wspomniałem o basach, więc muszę rozwinąć temat. Muzycznie płyta wypada wyśmienicie. Mamy wiele podkładów, które idealnie pasują pod nawijki artystów, chociaż wielu zwolenników klasycznych brzmień może powiedzieć, że już nawet legenda rapu ze środkowego-wschodu idzie w stronę elektroniki i auto-tune’u (użytego w „Blown Away”). Jak to skomentuję? Osobiście nie jestem przeciwnikiem tego rodzaju śpiewu. Auto-tune jest czymś, co w odpowiednich ilościach potrafi oddać nastrój utworu. Bardzo lubię za to elektroniczne bangery i w ostatnim czasie otworzyłem się na tego rodzaju podkłady. Jednak, jeśli ty lubisz bity oparte na jazzowych samplach i orkiestrę symfoniczną w refrenach oraz gardzisz elektroniką – ta płyta nie jest dla ciebie. Przynajmniej w sferze muzycznej.

Teraz trzeba wszystko podsumować i wystawić ocenę końcową. Jest to płyta bardzo dobra i do ideału (jak na te czasy) brakuje jej tylko dobrze wyważonych proporcji. Główna postać jak zwykle nie zawodzi, ale aktorzy grający drugoplanowe role zdają się mówić te same kwestie. Oby następna płyta zapowiedziana na ten rok, była właśnie w tym stopniu lepsza.

Ocena: -9/10

czwartek, 25 czerwca 2009

Maxów Payne'ów Dwóch (Felieton)

Czy zauważyliście, że świat kręci się wokół pieniędzy? Niby nie jest to wielkie odkrycie, ale czasem aż żal serce ściska, gdy widzi się jak kolejny produkt robiony jest tylko dla kolejnych cyfr na koncie. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy nowy projekt opierany jest na starym, przy czym ten stary przeszedł już do historii. Tak jest właśnie z nowym Max Payne’m.

Jako zagorzały fan serii, który co wakacje urządza sobie podróż w mroczne, brudne klimaty Nowego Jorku widziane oczami agenta DEA wierzyłem głęboko w sercu, że kiedyś studio Remedey spełni obietnicę zawartą w creditsach i będzie kontynuowało podróż po ciemnościach rozdartego przez emocje Maxa. No, tak. Wszystko pięknie ładnie, kontynuacja zapowiedziana. Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że po pięciu latach będę mógł zagrać w nową część serii, ale z drugiej miałem wiele obaw, bo… Zabrał się do tego Rockstar. I to jeszcze oddział z Vancouver. Remedy zajęte jest tworzeniem Alana Wake’a.

Problem w tym, że Rockstar nie wyprodukował tylko i wyłącznie znakomitej serii Grand Theft Auto. Znane jest też z wypuszczenia na rynek także takich bubli, że głowa boli i wstyd o nich mówić. Nie jestem zagorzałym przeciwnikiem wielkich koncernów, mogę wybaczyć parę potknięć. Ale, po co Rockstar po tylu latach wskrzeszałby klasyczną serię? Odpowiedź jest prosta – żeby trzepać na tym kasę. Nie małą kasę, trzeba przyznać.

W tym też nie byłoby nic złego, czasem komercyjność ma swoje dobre strony. Powiedzmy, że takowy człowiek jest perfekcjonistą, więc robi coś najlepiej jak potrafi żeby jak najwięcej zarobić. Niestety, tym razem stało się inaczej. Już pierwsza zapowiedź opiewała kontrowersją. Co nią było? Morda Maxa Payne’a. Tak, trudno uwierzyć, jedna morda wywołała tyle szumu. Nawet nie cała! Tylko jej część. Zarośnięta brodą facjata, która była preludium zapowiedzi o zmianie, którą przeszedł główny bohater. Tyle, że po pierwszym spojrzeniu na nią pomyślałem – „O cholera, toż to Sam Fisher!”. Albo Rockstar postanowił inteligentnie sparodiować Bruce’a Willisa albo po prostu chciał stworzyć kolejnego, nudnego „Big Macho”, jakich miliony w naszym świecie. Ale to dopiero początek.

Po paru miesiącach, kilka dni temu, pojawiły się nowe informacje o grze, której jeszcze nie skreśliłem za wcześniejsze wyczyny producentów. Cały model bohatera tylko uwypuklił przemienienie go na stereotypowego, policjanta po przejściach. Nie wspominając już o tym, że wygląda jakby miał minimum 60 lat i przybyło mu trochę mięśni. Pięknie, po prostu pięknie. Koks po sześćdziesiątce, łysy jak kolano z mordą Sama Fishera. Albo Bruce’a Willisa. Nieważne, ważne jest to, co przeczytałem niżej.

Zaczęło się niewinnie – od potwierdzenia szczegółów na temat tego, że Max, po przeżyciach z drugiej części uzależnił się od środków przeciwbólowych i stoczył się na samo dno. Tu ciekawostka – środki przeciwbólowe to po angielsku painkillers, fonetycznie można to zamienić na Payne-killers. Aluzja? No, ale idziemy dalej. Miejsce akcji to „słoneczne Sao Paulo”. Co?! Sao Paulo?! Słoneczne?! Toż to już w ogóle przegięcie na całej linii. Co to ma być? Bullet time w tropikach? W komiksowych cut-scenkach zobaczymy Bravurę smażącego się pod palmą na plaży? Myślałem, że mnie nagła krew zaleje na miejscu. Zatracić fenomenalnie oddany klimat Nowego Jorku z poprzednich części. Za takie zbrodnie powinno się zamykać studia, które się ich dopuszczą. A ich pomysłodawców wieszać za jaja na latarni.

Podsumowując jesteśmy świadkami upadku kolejnej wielkiej serii. Najgorsze jest to, że przyczyną znowu są pieniądze. Chciwość producentów jest tak wielka, że odbierają projekt oryginalnemu, genialnemu zresztą, producentowi. Mogę się założyć gdyby Rockstar nie wepchał swoich macek w „Trójkę” to kilka lat po wydaniu „Alana Wake’a” gralibyśmy w grę roku. Tym się różni Remedy od twórców serii GTA, że w swoje gry wkłada serce i nie zawsze najważniejsze są pieniądze, czego przykładem może być pierwsza, w rzeczywistości amatorska część Payne’a. Pozostaje tylko czekać na nowe rewelacje i to tylko kwestia miesiąca, gdy dowiemy się, że Max będzie musiał cofnąć się w czasie by uratować swoją rodzinę, po drodze przez przypadek zabijając Sonny’ego Corleone i spotykając na swojej drodze Dartha Maula.

Motywacji brak w wykonaniu Thuggets (Felieton)

Playoffs, playoffs i po playoffs. Przynajmniej jak dla Nuggets. Czy były godnym przypieczętowaniem znakomitego sezonu? Na moje usta ciśnie się odpowiedź – nie! Nie to, że wymagam za dużo, nie to, że nie umiem dobrze ocenić szans drużyn. Po prostu, finał konferencji był niczym ostatnia trefna karta, która sypie wszystkie inne podczas budowania domku. Ale od początku.

Weszliśmy do playoffs, ten fakt akurat nikogo chyba nie dziwi, bo wchodzimy do nich regularnie od 5 lat. Cieszyć może bilans sezonu zasadniczego, który dał nam drugie miejsce na zachodzie. Należy się, więc cofnąć jeszcze wcześniej, żeby zobaczyć, co było przyczyną tak dobrego startu. Cudotwórcą okazał się doświadczony, były gracz drużyny. Tak, tak. Mowa o Billupsie. Ale zaraz, zaraz. Czy ten krytykowany teraz Iverson grał źle? Nie! Po prostu grał inaczej. Jego inność sprawiała, że drużyna także była inna. Teraz mamy inną inność i wszyscy są zadowoleni.

No to jesteśmy już w tej pierwszej rundzie, ale już zaczynają się spekulacje czy „Wielki CP3” nie rozmiecie tej „słabej, niezgranej drużynki z Denver”. Fani Szerszeni zacierali ręce, wiedzieli, że nie będzie łatwo, ale stawiali na to, że szybko przejdą dalej. Jak było? Już w pierwszym meczu „Bryki” pokazały, że drużyna z Nowego Orleanu może się, co najwyżej ubiegać o tytuł „pszczółek” niż „szerszeni”. Sam Billups „onieśmielił” przeciwników ośmioma trójkami. Po tym meczu wielu ludzi zmieniło zdanie i było wiadome, że drużyna z Denver nie chce po raz kolejny odpaść w pierwszej rundzie PO. Krytycy chwalili nawet Carmelo, któremu jako jedynemu w pewnym stopniu został we krwi syndrom „starego Denver”. Cała seria przebiegała pod dyktando Nuggets, przegrali tylko jeden mecz a jeden wygrali aż 58 punktami wyrównując rekord najwyższej wygranej w Playoffs ustanowiony przez Minneapolis Lakers 53 lata temu.

Półfinały zaczęły się ponownym skamleniem, że tym razem nie damy rady „boskiemu Dirkowi” i „najlepszemu rozgrywającemu NBA Jasonowi Kiddowi”. Jednak większość umiała spojrzeć na sprawę obiektywnie i stawiała nas o szczebel wyżej niż drużynę z Teksasu. Jak wyszło? Po dwóch pierwszych meczach miałem wrażenie, że po japońsku – jako tako. Nuggets nie wykorzystywali nieskuteczności przeciwników, nie mogli odskoczyć tak jak powinni w takiej sytuacji. Dobre w tym jest (tylko/aż) to, że wynieśliśmy z Pepsi Center dwie wygrane. W kolejnym meczu powtarzaliśmy błędy. Co nas uratowało? Melo, a właściwie jego game winner. „Boski Dirk” zdołał poprowadzić swoja drużynę tylko do jednej wygranej w serii. Nuggets na haju.

W końcu! Po tylu latach doszliśmy do Finału Konferencji! Yabadabadu! Znowu na forach słychać (widać) ahy i ohy. Tyle że tym razem, zbierają się one nad Denver. Bo przecież, taka drużyna bez problemu pokona Lakers, którzy są chyba w najsłabszej formie od dwóch lat. No jak można przegrać z Rockets bez Yao i T-Maca! No jak!? Chociaż niektórzy mieli obawy, przypuszczenia, że ta dobra gra kiedyś musi się skończyć. Mieli rację. Pierwsze cztery mecze były tym, czego oczekujemy po koszykówce. Twarda, fizyczna gra, determinacja, poświęcenie. Nawet chory Melo, zdecydował się grać. Wszystko jednak ma swój koniec. Dwa następne mecze były jednostronne. Nuggets powrócili to swojego luźnego stylu gry i przegrali z kretesem. Ten krestes wcale nie nazywał się Los Angeles Lakers, tylko… Brak ambicji?!

Tak! Jak można z meczu na mecz stać się inną drużyną? Powrócić do poziomu, który był prezentowany za Iversona. Ba, sam Billups upodobnił się do swego poprzednika, z którym był niejednokrotnie porównywany. Głupie rzuty z ręka przeciwnika przed oczami to nie to, czego od niego wymagali. J.R.? Jaki J.R.?! To że mu się przyfarciło od czasu do czasu nie znaczy że ma kontynuować serię pudeł i schodzić do szatni z bilansem 4-18 za dwa i 1-11 za trzy. Litości. Melo? Albo grypa żołądkowa zżarła mu trochę umiejętności albo znów się nastukał jak za starych, dobrych czasów. Cegły mało co kosza nie urwały. Kenyon jako jedyny zagrał solidną serię, nie był geniuszem, ale przynajmniej się starał. Nene to już w ogóle tragedia. Po dwóch świetnych meczach z Dallas zaczął faulować i w konsekwencji wylatywać z boiska. Jeden mecz na poziomie. Ten z double-double.

W ogóle miałem takie wrażenie, że oglądam zupełnie inną drużynę. Inną niż Nuggets z Playoffs, inną niż Nuggets z sezonu zasadniczego, inną niż Nuggets z Iversonem. Widziałem drużynę, która grała jakby to był zwykły mecz na boisku przed blokiem. Jakby to był niczego nie warty mecz streetballu jakich wiele. Gracze wyszli na boisko jakby im w ogóle nie zależało na finale, jakby wejście do finału konferencji było mistrzostwem NBA. To już chyba byłoby lepiej gdyby Iverson wyszedł na parkiet. Rzuciłby te 50 punktów tylko dlatego, że chciałby w końcu zdobyć mistrzowski pierścień.

Czy brak motywacji był główna przyczyną porażki? Zaryzykuje stwierdzenie, że tak, chociaż jest jeszcze jedna. Jest gruba. Ma na imię George. A na nazwisko ma Karl. I broń Boże nie skreślam go za tuszę. To właśnie trener powinien motywować, powinien napędzać. A on sobie siedział na ławeczce ciesząc się w duchu, że za dwa dni pojedzie sobie na ryby. Taktyk od siedmiu boleści. Jeśli właściciele klubu nie zdecydują się na zmianę na ławce trenerskiej, to nie widzę przyszłości dla tego klubu. A widzę duży potencjał. Zresztą widziałem już w 2003 roku, gdy do klubu przyszedł Anthony. Karl tego potencjału nie wykorzystał. Jemu już dziękujemy.

Go Nuggets! Beat LA… In 2009-2010 season.

Felieton napisany dla: nuggets.probasket.pl