sobota, 30 kwietnia 2011

Maccaveli'ego powrót do NBA

Playoffs baby! A w połączeniu z przerwą w nauce jest to prawie codzienne zarywanie nocy tylko po to by pooglądać kolejny emocjonujący mecz w tej fazie. Bardzo dawno nie było żadnego tekstu o koszykówce, wiec zobaczymy, czy nie wyszedłem z wprawy. Będę pisać trochę chaotycznie, po prostu w każdym akapicie poruszę coś co siedzi mi w głowie. Koszykarskie emocje wróciły!

Kilka dni przed deadline’em Carmelo Anthony został w końcu wytransferowany do Nowego Jorku. Tyle spekulacji, tyle tych żenujących gierek aż w końcu oficjalnie przeprowadził się do miasta, które nigdy nie śpi. Wcześniej jednak wydawało się, że na prawie 100% Melo zamieszka kilkanaście kilometrów dalej – w New Jersey. No, ale żona pragnąca seksu w wielkim mieście zadecydowała, że jej mąż uda się do Wielkiego Jabłka, by odbudować potęgę New York Knicks. Tak się przynajmniej wydawało. Ale kolejne mecze trochę rozwiały tę optymistyczną wizję i po trochę słabszej drugiej połowie sezonu NYK po raz pierwszy od 2004 dostali się do Playoffs. Co się tam działo? O tym kilka akapitów niżej. Cóż, nie chciałem żeby Melo opuszczał Denver. Nie tylko dlatego, że mam jeszcze jego koszulkę z numerem 15. Ta drużyna rozwijała się naprawdę dobrze, i za kilka lat Anthony mógł walczyć z nią o najwyższe cele. Po prostu brakowało jej dobrego wysokiego, który mógłby bronić takich graczy jak Bynum czy Gasol. Spisani na straty Nuggets po wymianie zaczęli grać bardzo dobrze i dostali się do Playoffs, gdzie niestety ulegli Oklahomie, ale i tak widzę przed nimi wielką przyszłość. Najprawdopodobniej w tym roku kończy się ekstremalnie wysoki kontrakt Kenyona Martina i zobaczymy, czy właściciel będzie chciał zatrzymać go w drużynie, czy zrobić miejsce dla innego gracza (czego ja bym sobie życzył).

Jest dzień trade-deadline’u. Obserwuję wszystkie doniesienia z NBA i czekam na jakąś poważną wymianę. I niestety się doczekałem. Boston wymienił Kendricka Perkinsa i Nate’a Robinsona za Jeffa Greena i Nenada Kristica. Pomyślałem sobie wtedy: „WTF? Tym sposobem na bank pozbawili się szans na mistrzostwo”. Perkins był zaporą pod koszem. Jedynym zawodnikiem w zespole, który mógł utrudnić życie duetowi Gasol-Bynum. Jedynym, który mógłby w miarę ograniczyć Howarda. I co w zamian za niego dostaliśmy? Czarną dziurę Kristica i przeciętnego Greena? No dobra, może nie był taki przeciętny, ale w rotacji Bostonu na pewno nie wyciągnie numerków na poziomie 15-6. No tak. Druga część sezonu była o wiele słabsza niż pierwsza i przez to Boston spadł z 1 na 3 miejsce w konferencji. Ale…

Przyszły Playoffs gdzie oczywiście Celtowie są mocni jak cholera. Pierwszą (i jak na razie ostatnią) batalię stoczyli z Niu Jorkiem. Poradzili sobie bez problemów. Sweep. Rajon Rondo w końcu zapomniał o odejściu Kendricka, oczyścił psychikę i pobił nawet w jednym meczu rekord asyst klubu. Allen rzucał za 3 tak jak powinien, Pierce przewodził jak powinien a Jermaine po kontuzji grał bardzo przyzwoicie. Garnett to Garnett, chociaż nie darzę go wielką sympatią, to grał jak zwykle na wysokim poziomie. Teraz czas na Miami! Popatrzmy jednak na drugą stronę barykady. New York po raz pierwszy od 2004 dostali się do Playoffs. Wielka wrzawa, Madison Square Garden wypełnione po brzegi, ale… No właśnie. Nie mogli być zadowoleni z gry swoich podopiecznych. Chociaż przez pierwsze dwa mecze trzymali się blisko Bostonu to kontuzja Amare odebrała im największą siłę. Melo znowu zaczął promować materiały budowlane przez rzucanie cegieł no i niestety to nie mogło się udać. Trzeba życzyć im powodzenia w następnym roku bo naprawdę zasługują na coś więcej. Choć Melo nie jest już moim ulubionym zawodnikiem to życzę mu jak najlepiej. Aha i życzę im przede wszystkim obrony!

Drugą serią jaką śledziłem były mecze Grizzlies i Spurs. Wydawałoby się, że zespół z San Antonio przebrnie przez pierwszą rundę bardzo gładko. Memphis w końcu po raz pierwszy od 2006 roku weszli do Playoffsi i nikt o zdrowych zmysłach nie stawiał ich w roli faworytów. Ale ci jak na złość zrobili wielką niespodziankę. Kurde, kibicuję tym gościom od 2009 i gdy widziałem zapełnione FedEx Forum i porównałem je do stanu z jesieni 2009 to aż mi się morda cieszyła. Chłopaki wzmocnieni Tony’m Allenem w końcu pokazali na co ich stać. Młoda drużyna o potencjale Thunder? Niee, ale i tak mają wielkie możliwości. To co robili ze staruszkami ze Spurs przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wysłali Timmy’ego na ryby już po 6 meczach. Jest to drugi „upset” w siedmio-meczowej serii w historii NBA. Teraz czeka ich potyczka z wyżej wymienionymi Thunder. Zapowiada się bardzo ciekawa seria.

P.S. Ta seria uświadomiła mi jak bardzo Mike Breen i spółką górują nad innymi komentatorami. Nawet tymi z TNT.

sobota, 2 kwietnia 2011

Czy liryka w rapie schodzi na drugi plan?

Czasów ostatniego posta nie pamiętają chyba nawet najstarsi górale. Ale już to nadrabiamy. Napisałem z moim ziomem Peinem z http://peingodofamegakure.blogspot.com dłuuugą rozprawkę, felieton, esej, nie wiem jak to nazwać na temat "Czy liryka w rapie schodzi na drugi plan?". Niby takie banalne pytanie a poruszane kwestie w tym tekście mnie samego szczerze zaskoczyły. Zaskoczyła mnie też łatwość jego napisania, szczególnie w stosunku do jego długości. Zapraszam do zapoznania się z tekstem.

Pein: Liryka to nieodłączny element rapowych kawałków, który był obecny od pierwszego oficjalnego nagrania rapowego w historii, a więc ,,Rapper’s Delight” autorstwa The Sugerhill Gangu z 1979 roku. Były to czasu głębokiego Old Schoolu, gdzie MC tak naprawdę pełnił drugoplanową rolę. Mając to na uwadze, odpowiedź na zadane w temacie pytanie jest oczywista. Jednakże od 1979 roku minęło ponad 30 lat, w przeciągu których rola rapera stała się kluczowa, a liryka ewoluowała – zarówno w kwestii technicznej jak i tematycznej. Kiedy w latach 80-tych za mikrofon chwyciły osobistości pokroju Rakima, Kool G Rapa, Slick Ricka, Big Daddy Kane’a czy Kool Keitha nic już nie było takie same. Mianem rapera, który najbardziej rozwinął lirykę głównie okrzykuje się Rakima, jednakże każdy z wyżej wymienionych artystów dołożył coś od siebie, co wprowadziło teksty na wyższy poziom. Slick Rick genialne storytellingi, Big Daddy Kane wysoce technicznie zaangażowane braggadacio, Kool Keith pełną abstrakcję tematyczną i tak dalej. Oczywiście nikt nikomu nie bronił zachwycania się bitami, ale nie wierzę, że ktokolwiek z niezłą znajomością języka angielskiego będzie bardziej przejęty warstwą muzyczną takich płyt jak ,,Long Live The Kane”, ,,Road To Riches” czy ,,Paid In Full” niż liryczną.

Maccaveli:
Masz całkowitą rację. Takie klasyczne płyty jak „Paid In Full” pokazują, że warstwa liryczna powinna pełnić pierwszoplanową rolę w rapie. Ale czasy się zmieniały. O ile jeszcze w latach 90 tacy raperzy jak 2Pac czy Notorious przyciągali uwagę tekstami, to potem już zaczęto zawracać większą niż przedtem uwagę na umiejętności wokalno-techniczne oraz bity. Wątpię, żeby w latach 90, jeszcze za życia 2Paca, patrzyło się na niego przez pryzmat tego, że czasem zdarzy mu się wypaść z bitu. Biggie’ego chyba też nie okrzyknęli „raperem pod którego to bity się dopasowują a nie na odwrót” od razu. Dopiero gdzieś w naszym tysiącleciu ludzie zaczęli zwracać na to uwagę. I dlatego „Candy Shop” 50 Centa stał się większym hitem niż przykładowo bardzo dobry utwór „Power of the Dolar”. Chociaż też trudno mi powiedzieć, jak słuchając Chronica od razu po premierze można było jarać się tekstami.

Pein:
Oczywiście są płyty w rapie, które przede wszystkim przyciągają brzmieniem, a dopiero potem tekstami. Po pierwsze, dlatego że to brzmienie jest wyśmienite, a po drugie, że czasami teksty nie są najwyższych lotów, jednak nie każdy raper musi być pod tym względem mistrzem. Idealnym przykładem jest wymieniony przez Ciebie ,,Chronic”. Zarówno ten z 1992 jak i z 1999 roku. Pomijając już kontrowersyjną kwestię o domniemanym złodziejstwie bitów przez Dr. Dre, szczególnie jeżeli chodzi o album z 1992 roku, który jest uważany przez większość za pierwszy w stu procentach G-Funkowym materiał, to brzmienie obu Chroniców jest wybitne. Nasunął nam się temat G-Funku i sądzę, że jest to idealny przykład nurtu, w którym liryka schodzi na drugi plan. Nie jestem zbytnio obeznany w tym gatunku muzyki, ale wręcz pewny, że słuchając płyt typu ,,Vision Of A Dream” Vontela czy ,,Parlayin’” The D.E.E.P. przede wszystkim chodzi o klimatyczne brzmienie.

Maccaveli:
No tak, są podgatunki, które stawiają przede wszystkim na brzmienie. Ale trzeba się zastanowić, co tak naprawdę jest najważniejsze. Mam tu wypowiedź mojego ulubionego rapera na postawione mu przez dziennikarza pytanie „co jest ważniejsze, flow czy tekst”: http://www.youtube.com/watch?v=aJ2UwSL0_wk Trudno nie przyznać Royce’owi racji, bo ktoś może być nawet wybitnym lirykiem, ale jego skillsy na majku będą tak przerażające, że aż odechce się tego słuchać. Przykładem takiego rapera może być Proof, który pomimo swoich nieprzeciętnych umiejętności lirycznych, jeszcze przed śmiercią brzmiał jak trup. Natomiast ktoś, kto rapuje ciągle rapuje w temacie „money, hoes, guns”, ale za to z zajebistym flow, może być słuchany przez dużo większą grupę odbiorców. Co o tym sądzisz?

Pein: Racja. Są przypadki raperów, które można zaliczyć do skrajnych. Sądzę, że artystą, który ma świetne teksty, ale nie powalające flow jest Guru. Jednakże trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest najważniejsze, ponieważ wiele zależy od różnych czynników. Zależy od tego, czego poszczególny słuchacz szuka w rapie, jaka jest jego znajomość angielskiego (sądzę, że to kluczowy element) oraz od miejsca, w którym się rapu słucha. ,,Dlaczego każdy ma się dołować, rap to też muzyka rozrywkowa” – tak zarapował kiedyś Tede i ja się z tym zgadzam w stu procentach. Poza tym pierwotnym założeniem tej muzyki miała być zabawa. Ja osobiście nie jestem wielkim fanem imprezowych brzmień i nie słucham takiego rapu praktycznie w ogóle, ale nie wyobrażam sobie, aby podczas imprezy czy też picia z koleżkami słuchać kawałków z powalającą liryką, a niezbyt czy w ogóle nie bujającymi bitami. Ważną kwestią jest to, że nie każdy raper jest dla każdego i na każdą okazję. Słuchanie Canibusa, Chino XL’a czy K-Rino, w których to liryka góruje nad innymi elementami rapowego rzemiosła, dla samego słuchania, to jak picie whisky wartej 300 złoty z colą – czysta profanacja.

Maccaveli: Ja w przeciwieństwie do Ciebie lubię rapową rozrywkę, ale zależy też co przez to rozumiemy. Bo takich pajaców jak Gucci Mane czy Łaka Flaka do tej kategorii nigdy bym nie zaliczył. Ale Trick Daddy’ego, Ludacrisa czy T.I’a zawsze chętnie posłucham. Problem leży gdzie indziej moim zdaniem. W stawianiu tego rozrywkowego rapu ponad zaangażowany rap z bardzo dobrą warstwą liryczną. Oczywiście, każdy słucha tego czego chce i jeśli ktoś chce słuchać Soulja Boy’a to nie można mu tego zabronić, tylko teraz pojawia się pytanie. Co jest bardziej wartościowe? Co jest obiektywnie trudniejsze do zrealizowania. Napisanie dobrego, głębokiego tekstu z mnóstwem metafor i porównań, czy zrobienie bujającego bangera, który kiwałby głowami nawet strażników angielskich.

Pein: Dla mnie także Gucci Mane i Łaka Flaka to poziom depresji. Muzyki Trick Daddy’ego ani Ludy w zasadzie nie znam, ale jestem pewny, że mają w repertuarze dobre imprezowe tracki. Z drugiej strony można znaleźć bujające kawałki raperów nie specjalizujących się w takiej stylistyce i nie pochodzących z Południa. ,,Get Stupid” od Mac Dre - http://www.youtube.com/watch?v=VHayYMdDUJY , a nawet tak skrajne rzeczy jak ,,Benzi Box” od DangerDoom - http://www.youtube.com/watch?v=ZM7yVtd32LQ czy ,,Killing Me Inside” od Sina - http://www.youtube.com/watch?v=RWq1dRu7J5U Wracając jednak do setna sprawy, a więc pytania czy zaangażowany numer jest bardziej wartościowy od bujającego? Wg mnie zdecydowanie tak. Nie chcę przez to powiedzieć, że powinno się zakazać nagrywania bangerów ani nie chcę powiedzieć, że bangery są prymitywne, ponieważ stanowią one urozmaicenie tego jakże przecież wszechstronnego gatunku muzycznego jakim jest rap. Jak już słusznie zauważyłeś, stworzenie ciekawego, zaangażowanego kawałka jest trudniejsze niż bujającego.

Maccaveli: Jeśli już jesteśmy w temacie tego, co jest bardziej wartościowe to miałem kiedyś dyskusję z fanami rapu z przekazem, którzy uważali braggadacio za bezwartościowy i do tego nieprawdziwy rap. Nie będę wypowiadał się na temat ilorazu inteligencji tych osobników, bo wystarczy puścić sobie wymienionych Big Daddy Kane’a czy Rakima, żeby zobaczyć czym jest prawdziwy rap. Ale tu nasuwa się inne pytanie, już jakby w wewnętrznej dyskusji na temat tekstów. Czy bragga jest naprawdę bezwartościowa? Jest to raczej pytanie retoryczne, bo wiadomo, że dominuje tam wyłącznie forma, wszystkie dwuznaczności, punche. Treść pozostaje jedna i ta sama: „jestem zajebisty” bądź „jestem lepszy od ciebie”. Ale od tego się zaczęło. Rzperzy w klubach walczyli na rymy, żeby pokazać, że to oni są mistrzami ceremonii. Dodatkowo wystarczy spojrzeć na mistrzów tego rzemiosła takich jak Chino XL, żeby zobaczyć, że to także wymaga niemałych skilli. Tylko, czy bragga stoi na równi z zaangażowanymi, głęboki tekstami, które nie dość że coś przekazują, to jeszcze ubrane są w genialne zabiegi liryczne?

Pein: Myślę, że pod czystym względem wartości artystycznej oraz trudności stworzenia braggadacio i głębokie teksty można postawić prawie na równi. A już na pewno są bliżej siebie niż każde z nich ma do imprezowych tekstów. Niektórzy ludzie mylnie sądzą, że łatwo jest zrobić numer z dobrym bragga. Stworzenie przechwałek także wymaga umiejętności, wiedzy i otwartości umysłu. Bardzo istotne są np. porównania. Jak raper używa bardzo szerokiej gamy porównań, co idealnie robi wspomniany wyżej Chino XL, to świadczy o jego kreatywności i umiejętnościach. Druga sprawa, uważam, że wkomponowanie technicznych zabiegów czy gier słów w braggadacio jest łatwiejsze niż w teksty, które mówią konkretnie o jakimś problemie. Nie chcę przez to dowieść banalności bragga, ale chcę powiedzieć, że ten styl rymowania ma to do siebie, że mimo że nie przekazuje ambitnych treści, łatwiej w niego wkomponować popisy liryczne, które pokazują siłę rapera, niż wkomponować je w zaangażowane treściowo kawałki. Dlatego też zarówno dobre numery bragga jak i dobre zaangażowane treściowo cenie tak samo, chociaż jasnym jest, że bardziej ambitne są te drugie.

Maccaveli: My możemy patrzeć na to tylko oczami ludzi, dla których teksty jednak coś znaczą. Choć ja już odszedłem od takiego ślepego patrzenia (dobry oksymoron) na teksty i zacząłem poznawać uroki innych elementów rapu to dalej uważam umiejętność ich pisania za podstawę dla każdego rapera. Dla mnie raper, który potrafi robić zajebiste bangery, a nie potrafi choć raz napisać tekstu z choćby prostym konceptem, nigdy nie będzie w czołówce. Myślę, że to wszechstronność tworzy najlepszych raperów. Popatrzmy np. na rabkingi ulubionych raperów naszych znajomych. Dominują tam przede wszystkim legendy a zdecydowana większość z nich miała umiejętności liryczne ponadprzeciętne. Czemu nazywa się Notoriousa najlepszym raperem w historii? Bo poza swoim flow potrafił napisać dosłownie wszystko. Oczywiście znajdą się ludzie, u których czołowe miejsca rankingów okupują Łaka Flaka, Guczi czy strażnik Ross, ale to są już chyba mocne odchyły od normy. I właśnie to pozwala nam sądzić, że to teksty są podstawą każdego projektu.

Pein: Zdecydowanie tak. Są jego fundamentem, ponieważ jak już się zna jakoś ten angielski i nawet jak się słucha rapera dla flow (które oczywiście musi posiadać), to nie jest możliwym, aby nie mieć kontaktu z tekstem czy też nie zwracać na niego w jakimś stopniu uwagi. Kiedyś naiwnie przyjmowałem za pewnik, że każdy, kto słucha amerykańskiego rapu zna angielski co najmniej dobrze. Teraz wiem, że tak nie jest. Oni mogą olać lirykę i tylko patrzeć na flow czy bit. Dla ludzi takich jak my, nie jest to do końca możliwe. Sądzę, że ciężko jest zdefiniować ogarniętego słuchacza, ale jestem pewny, że jedną z jego cech byłaby na pewno nie stawianie liryki na drugim planie. Jak już mówiliśmy, jest sporo kawałków czy numerów, gdzie tekst nie gra roli przewodniej, ale sądzę, że jednak jest jeszcze więcej rapu, gdzie liryka gra główną rolę, a już na pewno wśród tego rapu, który uznaje się za kanon. Poza tym, co to za słuchacz, któremu nie zależy chociażby w jakimś stopniu (bariera językowa, którą jednak można przełamywać) zrozumieć, o czym nawijają legendy na swoich klasycznych płytach czy też choćby jego ulubieni raperzy?

Maccaveli: Dokładnie, to chyba odróżnia ogarniętego słuchacza od takiego turysty, mógłbym rzec. Ogarnięty słuchacz zwróci uwagę na tekst choćby nie wiem co, a turysta to taki lamus, który usłyszał w MTV jakiś numer Eminema, 50 Centa (no discrepect to Em and Fifty) i pomyślał sobie „a będę słuchał tego i będę fajny”. I to jest kolejny problem, którego raczej nie będę opisywał, bo tu byłby potrzebny socjolog a nie felietonista. Pamiętasz naszą ostatnia rozkminę nad pewnym wersem? Jak próbowaliśmy spisać tekst ze słuchu? Jak myślisz ile osób teraz tak naprawdę wgłębia się w teksty, żeby rozszyfrować gry słowne, czy znakomite punche?

Pein: Pamiętam. Takie przypadki wśród słuchaczy zdarzają się bardzo rzadko. Ktoś mógłbym rzec, że takie rozkminianie i dochodzenie podchodzi pod obsesję, jednak to byłaby bzdura. To tylko świadczy, jak słuchaczowi zależy na zrozumieniu tekstu i jak bardzo interesuje go to, o czym raper zarapował, co konsekwentnie prowadzi do tego, że stawia sobie lirykę na piedestale. Sądzę, że zdecydowana większość nie zadaje sobie takiego trudu i słuchają na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”. Jak znają dobrze angielski, to na pewno są w stanie zrozumieć mniej więcej o czym jest kawałek i są spełnieni. Ja, powiedzmy te 5 lat temu, kiedy nie mogę powiedzieć, że źle znałem angielski, ale na pewno gorzej niż teraz, nie czułem się spełniony na zasadzie słuchania ,,co wyłapię, to moje”. W 2006 roku praktycznie każdą płytę, której miałem okazję słuchać, słuchałem za pierwszym razem, mając teksty przed oczyma. Z uwagi, że wtedy wkraczałem pełną parą w amerykański rap i poznawałem kanon (chociaż nie powiem, bo kilku nołnejmów [oczywiście nie w znaczeniu obraźliwym] także zdarzało mi się słuchać typu C.O.S. czy Big Tone), nie miałem problemów, aby odnaleźć teksty w internecie i je śledzić.

Maccaveli: Ja wypełniam to o czym ty teraz mówisz w połowie. Płyty moich ulubionych raperów studiuję z tekstami przed oczami bardzo wnikliwie je analizując. Jak mi się jakiś numer spodoba potrafię katować go kilkanaście razy tylko po to, żeby usłyszeć jeszcze raz jedną genialną linijkę. Przyznaję, że innych raperów traktuję na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”. Jak mi się płyta spodoba, to przechodzę do pełnej analizy. No i oczywiście, płyty które recenzuję też muszę wnikliwie analizować, bo wtedy bym się zbłaźnił przed samym sobą. Wielu jest takich, którzy uważają, że znają płytę na pamięć a tylko po kontekście płyty łapią o co chodzi w danych utworach. Chciałbym zauważyć jeszcze kolejną, chyba już ostatnią sprawę z mojej strony. Tak porównywaliśmy raperów lirycznych do tych, powiedzmy sobie, imprezowych. Tymi imprezowymi można się o wiele szybciej znudzić. Bo dobra, masz trzy zajebiste bangery, cztery, cały album, dwa. Ale jak ktoś całą karierę będzie robił praktycznie to samo, to może to przecież cholernie znużyć. Za to jeśli artysta tworzy ciągle coś nowego, nowe teksty, które trzeba rozkminić, będzie na pewno bardziej interesujący na przestrzeni całej kariery niż ten pierwszy.

Pein: Jednak, aby było jasne do końca, nie chciałem w żadnym stopniu skrytykować ludzi, którzy słuchają na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”, bo sam przecież nie raz tak robiłem. W każdym razie staram się każdą płytę chociaż raz posłuchać w skupieniu, co oczywiście nie zawsze się udaje, ale to już inna kwestia. Wracając do tego o czym pisałeś, to jak najbardziej, dlatego jest dokładnie tak jak wspomniałeś wcześniej – wszechstronność jest niezwykle ważna. No ja będę już pomału zbliżał się do podsumowania tego, o czym pisaliśmy. Zacznę od odpowiedzi na pytanie zadane w temacie. Nie, liryka, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, nie schodzi na drugi plan. W muzyce jaką jest rap, a więc w muzyce, która jest zdecydowanie najbardziej bogata w treść liryczną ze wszystkich innych gatunków muzycznych, ta treść nie może być traktowana jako element drugoplanowy. O ile muzycznie rap czerpie z innych gatunków, to lirycznie jest to unikalny gatunek. Raperzy tworzą niesamowite koncepty, składają bardzo zaangażowane technicznie wersy, serwują przekaz chwytający za serce, co świadczy o sile rapu. Sądzę, że głównej sile, a bez liryki to nie byłoby możliwe, dlatego też jest aż tak ważna.

Maccaveli: Zgadzam się z ostateczną oceną, chociaż nie do końca. Wśród ogarniętych słuchaczy, zawsze, powtarzam zawsze liryka będzie na pierwszym planie, bo to fundament tej muzyki. Jest wiele podgatunków rapu po to, by każdy znalazł coś dla siebie. Mamy coś takiego w popie? Nie. No chyba, że dysonans między Michaelem Jacksonem a Lady Gagą jest różnicą podgatunkową. Ale wśród muzycznych turystów teksty nigdy nie będą takim czymś czym są dla nas. Żeby było jasne, nie chcę nazywać muzycznymi turystami ludzi, którzy słuchają rapu dla bitów, czy dla flow. Chociaż nie. Jeśli słuchasz rapu dla bitów to wypierdalaj słuchać instrumentali. Zrobisz sobie i nam ogromną przysługę.

sobota, 22 stycznia 2011

Royce Da 5'9" - Street Hop (Recenzja)


Dziś rano (które dla normalnego człowieka jest popołudniem) naszła mnie genialna myśl, żeby w końcu dokończyć recenzowanie dyskografii Ryana Montgomery’ego. Prawdę mówiąc jak zaczynałem tę serię to postanowiłem sobie, że raczej nie opiszę tej płyty, ponieważ uważałem ją za jeszcze słabszą niż „Independent’s Day”. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni i teraz jest to mój ulubiony album reprezentanta Detroit zaraz po genialnym „Death Is Certain”. Mowa oczywiście o „Street Hop”, który ujrzał światło dzienne 20 października 2009 roku czyli dopiero trzy lata po pierwszej oficjalnej zapowiedzi.

Po zakończeniu beefu z D12 w 2005 roku Royce zmuszony był opłakiwać śmierć swojego przyjaciela Proofa. Zaraz po tym został aresztowany i skazany na rok więzienia za złamanie warunków zwolnienia warunkowego narzuconego przy sprawie o nielegalne posiadanie broni. Na wolność wyszedł w 2007 roku i od razu zabrał się za pracę nad pierwszym mixtape’em z serii „The Bar Exam”. Kiedy wreszcie zajął się kolejnym solowym krążkiem, większość kawałków jakie miały się na nim znaleźć wyciekło do internetu jako „The Revival”. Nieco zirytowany Royce ponownie odsunął projekt na bok i niedługo potem wydał kolejny mixtape „The Bar Exam 2”. Pewność, że „Street Hop” jest priorytetem mieliśmy dopiero wtedy, gdy premierę miał pierwszy klip promujący płytę – „Shake This”. Ale to jeszcze nie było to. Nickel skupił się na pracy nad albumem swojej supergrupy Slaughterhouse i dopiero po jego premierze na półki sklepowe trafił „Street Hop” poprzedzony wydaniem „The Revival EP” (nie mylić z bootlegiem) trzy miesiące wcześniej. Jak więc widzimy Royce nie siedział bezczynnie na czterech literach przez te trzy lata (lepiej nie wnikajmy w to, co te cztery litery robiły w więzieniu).

Cały album sprawia wrażenie albumu bez konceptu. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe style, w których Royce czuje się najlepiej. I w tym wypadku, w przeciwieństwie do poprzedniego albumu, jest to jak najbardziej zaletą. Oczywistą oczywistością jest to, że na albumie dominuje braggadacio w różnych formach. Zacznijmy może od genialnego kawałka otwierającego płytę - „Gun Harmonizing” w którym Ryan wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Zarówno technicznych jak i lirycznych. Wersy: „The best rapper alive could be the best rapper that died, a murderous / If you ain't get it by now, I'm suicidal, I'm wild, a nigga better than me is who I ain't heard of yet / So I ain't murdered yet, he ain't even been born, his momma's a virgin, she ain't even furtile yet” powinny być obowiązkową częścią książki “Jak rapować”, którą musiałby przeczytać każdy początkujący raper.

Spoglądając na tracklistę mamy jeszcze trochę inną odmianę bragga, którą ja nazywam “flow show”. Jest to pokazanie nieprzeciętnych umiejętność płynięcia po bicie. Najlepszym przykładem jest tu kawałek „Dinner Time” z Busta Rhymesem. Aż czuć współczucie dla bitu, słysząc jak Royce na spółkę ze swoim kolegą się nad nim znęcają. Mówiłem już, że Royce z każdym rokiem jest lepszy w tej dziedzinie? Dobra, jedziemy dalej. Jeśli mowa o przechwałkach, znajdziemy też jeden kawałek czysto uliczny o wiele mówiącym tytule „Gangsta” (mam deja vu). I trzeba powiedzieć, że nie jest zły, chociaż jedyne wersy, które wpadły mi w pamięć to: „If you a rapper, I diss your ass / Then get mad at you for getting mad at me”. Gangstersko.

Za co jeszcze mógłbym pochwalić rapera z Detroit? Zdecydowanie za bangery, które mogłyby bujać dupy dobrych dup w klubach. Począwszy od lekkiego, ocierającego się o r’n’b „Thing For Your Girlfriend”, przez „Far Away”, które jest aktualnie moim ulubionym kawałkiem z płyty, po „Mine In Thiz”. W jednym tracku Royce genialnie parodiuje raperów używających auto-tune’a i po raz kolejny potwierdza że wers: „Fuck this auto-tune shit, that shit sound weak as a bitch, at least it’s me using it” był najprawdziwszą prawdą, w innym natomiast potrafi odnaleźć się na piekielnie mocnym syntetycznym bicie Mr. Portera i nawinąć w swojej ulubionej konwencji (czyt. kasa i dziwki).

Największym „objawieniem” płyty są jednak genialne storytellingi. Refleksyjno-reminisencyjny singiel „Shake This” jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Skupmy się na razie na, notabene kolejnym singlu – „Part Of Me”. Raper zainspirowany serialem „Twilight Zone” postanowił ułożyć swoją niesamowitą historię. Na początku wydaje nam się, że to kolejna, lekka opowieść o jednym z wielu playerów na tym świecie. Jednak ostatnie wersy zmieniają całkowicie nasze spojrzenie na ten kawałek. Jako fan serialu z czystym sercem mogę powiedzieć, że Royce nie sprofanował go odwołując się do niego w teledysku.

Na osobny akapit zasługuje historia opowiedziana w dwóch innych trackach – „On The Run” oraz „Murder”. Konwencja troszeczkę przypomina mi narracją Max Payne’a 2. No ale do rzeczy. Akcja zaczyna się gdy wykreowana przez Royce’a postać wynajmuje pokój w hotelu i zaczyna refleksje nad czynem który popełniła. Gdy historia kończy się dla niej tragicznie, w kolejnym kawałku cofamy się o jeden dzień i poznajemy wszystkie wydarzenia od podszewki. I chociaż nie wszystko jest tutaj logicznie opowiedziane to i tak trzeba powiedzieć, że Ryan odwalił tu kawał dobrej roboty.

Przejdźmy teraz to kolejnego mocnego punktu albumu, czyli produkcji. Moim skromnym zdaniem jest to najlepiej wyprodukowany krążek rapera w całej jego dyskografii. Mamy tu wszystko. Od samplowanych bitów DJ’a Premiera, przez syntetyki Mr. Portera i Emile’a, przy których jak u siebie w domu czułby się T.I. po trochę spokojniejsze podkłady Streetrunnera. Wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Nie ma co się dziwi skoro producentem wykonawczym płyty był sam Preemo.

No dobra, a czy płyta ma właściwie jakieś wady? Naturalnie, ale są to raczej moje subiektywne odczucia. Większość tracków, których nie wymieniłem to po prostu czysta średniawa a niektóre są tak monotonne, że aż chce się je pominąć. Takie kawałki jak ”Warriors” na feacie ze Slaughterhouse na którym ogromnie się zawiodłem czy „Something To Ride To”, który niby ma ten vibe lat 90, ale co z tego, skoro jest nudny jak flaki z olejem, po prostu psują odbiór płyty. Na wyróżnienie zasługuje też „New Money”, które nie wiem po co w ogóle znalazło się na albumie.

Czy Royce miał rację mówiąc, że to jego najlepszy album jaki do tej pory nagrał? Niestety nie. Ale na pewno nie możemy narzekać. Ja dopiero po kilku przesłuchaniach odkryłem tkwiący w nim ogień piekielny. Jest to płyta, na której każdy słuchacz znajdzie coś dla siebie (no chyba, że jest fanem horrorcore’u). I pomimo tracków, które wypisałem w akapicie wyżej wciąż jest to album bardzo dobry. Teraz Ryan zapowiedział sequel „Death Is Certain” zatytułowany „Success Is Certain”, na który czekam z niecierpliwością, ale mam pewne obawy, że może sprofanować klasyk, który sam stworzył.

Ocena: 8/10

piątek, 7 stycznia 2011

Top 10 albumów 2010 + wyróżnienia

Po ponad roku od pierwszego podsumowania na tym blogu po raz kolejny przychodzi mi pisać o najlepszych albumach minionych 365 dni. Tym razem o wiele lepiej przygotowałem się do roboty, przesłuchałem o wiele więcej albumów i po każdym robiłem sobie notatki i wystawiałem ocenę. A było, co oceniać. Rok 2010 był moim zdaniem o wiele mocniejszy niż i tak mocny rok 2009, który zachwalałem. Oczywiście nie doczekałem się płyt moich ulubionych raperów zapowiedzianych wieki temu, ale na szczęście mój gust muzyczny trochę się zmienił i nie wyczekuję już „RICANstruction” czy „Home Street Home” (szczególnie po fatalnych mixtape’ach Spice’a) tak mocno. A więc panie i panowie, zaczynamy ranking Top 10 płyt 2010 roku!

1. Diabolic - Liar & A Thief (9/10)

Dla tych, którzy mnie znają nie powinno to być wielkim zaskoczeniem. Płytę Diabolica polecił mi mój człowiek, który ma bardzo zbliżony gust muzyczny do mojego. Zachęcony licznymi pochwałami warstwy lirycznej w końcu posłuchałem krążka i przeżyłem pierwsze zaskoczenie w tym roku. Jak łatwo się domyślić po pierwszych zdaniach Diabolic jest piekielnie mocny tekstowo. Mordercze punchline’y przewijają się z politycznymi oraz spiskowymi treściami a w ramach urozmaicenia mamy możliwość przesłuchania znakomitego storytellingu. Do tego dochodzi nienaganna technika, która jest bardzo rzadko spotykana u typowych bitewnych raperów. To wszystko, o czym pisałem składa się na płytę roku, którą polecam wszystkim, którzy jej jeszcze nie sprawdzili.

2. Copywrite - The Life and Times Of Peter Nelson (9/10)

Kolejna płyta, która była dla mnie zaskoczeniem. O Copywricie pisałem już jako o moim odkryciu 2010 po przesłuchaniu jego EP’ki „Ultra Sound”. No dobrze, ale co to za zaskoczenie skoro od razu wiedziałem, że jest zajebisty a płyta okupuje miejsce w trójce najlepszych albumów roku? Chodzi o to, że spodziewałem się praktycznie samego (zajebistego) braggadacio a otrzymałem płytę, w której bragga jest tylko dodatkiem. Cwrite nagrał bardzo osobisty album dedykowany swojej zmarłej matce. Mamy tutaj dużo wspomnień z dzieciństwa, apostrof do matki czy prostych ale głębokich refleksji nad życiem. Wspomniane bragga to tylko ułamek albumu, ale jest wykonany perfekcyjnie.

3. Cymarshall Law & The Beatniks - Freedom Line Express (9/10)

Podium zamyka kolejne zaskoczenie, powiem nawet, że największe zaskoczenie tego roku. Cymarshall Law jest raperem cholernie oryginalnym. I właśnie ta oryginalność zawładnęła moim umysłem podczas słuchania tej płyty. Album odbija się od wszystkich sztywnych schematów i pokazuje zupełnie inne spojrzenie na muzykę. Cymarshall na każdym kroku bawi się słowami, bawi się formą, bawi się techniką, oraz bawi się językiem. Tak można tę płytę nazwać. Zabawa. Wszystko to na lekko eksperymentalnych latynoskich bitach. Z tym. że takich eksperymentów można słuchać całymi dniami.

4. Canibus - Melatonin Magik (-9/10)

Bardziej szczegółową recenzję płyty znajdziecie tutaj. Mówiąc ogólnikowo po bardzo mocnej i filozoficznej pozycji, jaką była płyta „For Whom The Beat Tolls” wydana w 2007 roku Canibus poszedł ku o wiele mroczniejszej części swojej osobowości. Album to niemała gratka dla wielbicieli teorii spiskowych. Bis przewija tam bitewne rymy, z opisem światowego spisku mającego na celu wypompować z ludzi człowieczeństwo. Wszystko to oczywiście, jak na najlepszego tekściarza wszech czasów przystało, ubarwione znakomitymi metaforami oraz cholernie trudnym słownictwem.

5. Ras Kass & DJ Rhettmatic - A.D.I.D.A.S. (-9/10)

Ras Kass po bardzo dobrym „Quarterly” z 2008 roku po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najlepszych (moim zdaniem najlepszym) lirykiem zachodniej sceny. Poza tym operuje ciekawym flow, które przyciąga do niego nawet słuchaczy, którzy mają kompletnie wbite w teksty. „A.D.I.D.A.S.” jednak jako dwupłytowy album nie zdał całkowicie egzaminu. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że zlepienie materiału do jednej, wypełnionej po brzegi CD byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Chociaż przesyt nie rzuca się tutaj w uszy tak jak w przypadku np. „All Eyez On Me”. Pełną recenzję płyty możecie przeczytać tutaj.

6. Big Boi - Sir Lucious Left Foot The Son Of Chico Dusty (-9/10)

Płyta Big Boi’a to w 100% to, za co lubię rap z południa. Przebrzydły vibe próbujący wydostać się z głośników podczas każdego uderzenia basu. Połówka duetu Outkast wspięła się chyba na wyżyny swoich możliwości i dała nam praktycznie idealny album, którego największym atutem jest warstwa dźwiękowa oraz aranżacja wokali. Nie muszę chyba nic więcej pisać, bo album, który ma w swojej obsadzie Geaorge’a Clintona powinien obronić się sam. Ba, nawet Gucci Mane jest na nim słuchalny a to musi o czymś świadczyć!

7. Brotha Lynch Hung - Dinner And A Movie (+8/10)

Psychopata z Sac-Town powraca, tym razem trzymając flagę Strange Music. Krążą opinię, że na tej płycie Lynch dorównał samemu sobie z „Season Of Da Siccness”. Mój komentarz do tego zdania brzmi – nahhhhh. Ale zbliżył się do tego poziomu niebezpiecznie blisko. Tak niebezpiecznie, że znów ludzie o słabych nerwach mogą poczuć ciarki na plecach słuchając tego materiału. Głównym motywem płyty jest kanibalizm, ale nie zabraknie też innych mrożących krew w żyłach historyjek. A to wszystko z bardzo dobrą i klimatyczną warstwą muzyczną w tle.

8. Celph Titled And Buckwild - Nineteen Ninety Now (+8/10)

Tych panów chyba nie trzeba przedstawiać. Celph Titled to jeden z niewielu mc, którzy mogą próbować zagrozić Chino swoimi punchline’ami a Buckwild to legendarny producent spod szyldu DITC. Co wyszło z tego połączenia? Bardzo dobra płyta, choć mnie lekko zawiodła. Mimo, że Celph na każdym kroku potwierdza swoje imponujące umiejętności liryczne a Buck przenosi nas swoimi podkładami do lat 90 to coś mi tutaj nie pasuje. Może to, że Celph nie brzmi zbyt dobrze na tych bitach? Nie, to nie to. Sam nie wiem. No, ale kto mówi, że po przesłuchaniu każdej płyty trzeba przeżyć muzyczny orgazm?

9. Black Milk - Album of the Year (+8/10)

Scena Detroit jest ostatnimi czasy zatrważająco mocna. Eminem i Royce wciąż okupują tron, ale tacy gracze jak Black Milk udowadniają, że świeża krew ma bardzo dużo do powiedzenia. Czarne Mleko to oprócz DJ’a Quika i Lorda Finesse jedna z najlepszych hybryd mc/producent jakie dane było mi usłyszeć. Omawiana płyta utrzymana jest raczej w lekkim klimacie, w którym gospodarz czuje się bardzo swobodnie, co pozwala mu pokazać pełnie swoich umiejętności. I choć tytuł krążka jest mocno przesadzony, to po prostu nie można go nie docenić.

10. E-40 - Revenue Retrievin Day Shift (+8/10)

Gdy słuchałem tej płyty, pierwszy raz od wielu miesięcy żałowałem, że odszedłem trochę od klimatów Bay Area, którymi przecież tak się kiedyś jarałem. Niestety rap z okolic zatoki stał się cholernie sztampowy w ostatnich latach. E-40 trochę ożywił towarzystwo wydając w tym roku dwie bardzo dobre płyty. Naprawdę mocno zaskoczyłem się tym jak weteran off-beatu ciągle potrafi sprawić że głowa buja się w rytm napierdalającego basu. W sumie mógłbym powiedzieć, że ta płyta stoi na poziomie jego albumów z lat 90. Chociaż nie, nie odważę się tego zrobić. Nie pamiętam za dobrze jego dyskografii. Powiem tylko, że jest to najlepszy jego album z lat 2000-2010.

Piątka poza dziesiątką:

Joell Ortiz - Free Agent

Vinnie Paz - Season of the Assassin

Ice Cube - I Am The West

The Roots - How I Got Over

Inspectah Deck - The Manifesto

Przebrnęliśmy już przez danie główne. Jak się zapewne domyślacie - czas na deser. W tym roku postanowiłem rozdać wyróżnienia w kategoriach: „EP roku”, „Mixtape roku” oraz „Polska płyta roku”. Pozwoliłem sobie też wylać prywatne żale i stworzyć kategorię „Największe rozczarowanie roku”. Zaczynamy.

EP roku: Copywrite - Ultra Sound: The Rebirth (8/10)

Jak widzicie dla Copywrite’a znalazł się kolejne miejsce w rankingu. EP’ka, która miała być wstępem do albumu promowana była bardzo dobrze przyjętym dissem na antagonistę rapera – Ashera Rotha - „Cremation”. Znajdziemy tutaj wszystko, czego prawdziwy słuchacz oczekuje. Mocne punche, ciekawe flow, dobrych gości i solidne bity, których produkcją zajął się Surock.

Mixtape roku: Royce Da 5’9” – The Bar Exam 3 (+8/10)

Bar Exam 3 is like a mock a nigga pop a nigga mockery” – te słowa mówią o produkcji wszystko. Royce ciągle jest w formie i ciągle potrafi zaskoczyć. Fani serii będą z pewnością zadowoleni. Mordercza bragga, połączona z morderczym flow i specyficznym humorem tworzą tutaj mieszankę wybuchową. Nie można także zapomnieć o jednym z tracków, który bardzo odbiega od koncepcji mixtape,’u, ale za to oparty jest o jeden z najlepszych konceptów, jakie Royce kiedykolwiek wymyślił. Na pewno go wychwycicie.

Polska płyta roku: Tede – Fuck Tede (9/10)

Miałem w planie napisać recenzję tej płyty, ponieważ dosłownie wbiła mnie w fotel. Jednak, jako że nie chciało mi się jej dokończyć, zacytuję tylko teraz z niej jedno zdanie, które będzie najlepiej oddawało moje uczucia do produkcji warszawskiego rapera: „Żadna polska płyta po NSPC nie wywarła na mnie tak piorunującego wrażenia jak ta. „Fuck Tede” potwierdza, że Warszafski Deszcz naprawdę zmienił Tedego i bardzo wysoki poziom płyty Note2 nie był tylko jednorazowym wyskokiem. Dodajmy do tego beefowe przejścia Jacka, które na pewno wywarły na niego wpływ i mamy najlepszą płytę w jego karierze.”

Rozczarowanie roku: Spice 1 – Hallowpoint Mixtape (+4/10)

Słuchając tego łajna, które Spice nazwał mixtape’m zadawałem sobie w głowie bardzo ambitne i inteligentne pytanie: „Co to kurwa jest?”. Czekam na album „Home Street Home” od 2008 roku a Spice zamiast wydać porządny mixtape, który umili mi dalsze oczekiwania wydaje jakąś padakę? Zero ikry, zero pomysłu, zero werwy. Typowy niewypał, który nawet na słońcu wciąż byłby zimny jak lód.

No cóż, tym niemiłym akcentem kończymy bardzo miłe (już drugie na tym blogu) podsumowanie roku. Tak jak już pisałem na początku, ten rok był moim zdaniem cholernie mocny i nie obraziłbym się gdyby następny był taki sam. Spróbuję też ogarnąć ten zastój na blogu ale nie wiem czy mi się uda. Mam po prostu dużo innych, pracochłonnych zajęć. No to co, widzimy się za rok przy kolejnej topce.

wtorek, 9 listopada 2010

Royce da 5'9" - Independent's Day (Recenzja)

Jest rok 2005. Beef między D12 i Royce’m Da 5'9" trwa nadal. Oczywiście chodzi mi tu o tą stricte uliczną część, ponieważ raperzy poza niewielkimi nawiązaniami, praktycznie nie atakują się już w swoich utworach. Chłopaki z Dirty Dozen wydali swój drugi album rok wcześniej, chociaż Nickle twierdził, że nigdy to nie nastąpi „There'll never be another D12 album, nigga, wanna bet?”. Ryan za to otworzył swój własny label „M.I.C. Records” i wydał w nim kilka mixtape’ów. W końcu jednak przyszła pora na wydanie kolejnego oficjalnego krążka.

Po lekko mrocznym i refleksyjnym „Death Is Certain” przyszła pora na powrót do normalności w postaci albumu „Independent's Day”, którego tytuł ma dobitnie pokreślić to, że raper jest już w końcu „na swoim”. Royce znowu kreuje się na twardziela, który ciągle trzyma rękę na spuście i nie zawaha się za niego pociągnąć. Powraca jakby na stanowisko „Króla Detroit”, chociaż sam wcześniej powiedział, że zrzekł się korony. Co ciekawe wydał też trzy części mixtape’u „Defending The Crown”. Pewnie wyglądało to tak, że stał na ulicy obok korony, którą niedawno wyrzucił i bronił jej jak emerytki krzyża pod pałacem prezydenckim. Jeszcze ciekawszą rzeczą jest to, że jego image tough guy’a całkowicie obala fakt, że w okresie nagrywania płyty nie wychodził nawet do klubów z obawą, że może tam spotkać kogoś z sprzymierzeńców wrogiej grupy. Hipokryzja w najczystszym wydaniu.

Co za tym idzie, radykalnej zmianie uległa warstwa tekstowa płyty. Jak się pewnie domyślacie, na gorsze. O zawartości merytorycznej albumu, w numerze otwierającym płytę, wypowiada się sam artysta: „I'm about to touch on every style you could think of / On this album from the streets to the bounce to the singles” Szkoda tylko, że te wszystkie trzy wymienione przez rapera style łączą się z bezwartościowym, mało ambitnym braggadacio. OK, przypuszczam, że nie ma większego fana bragga w Polsce niż ja, ale nawet dla mnie to musi mieć jakiś poziom. Te kawałki dla ulic to po prostu kreowanie się na największego gangstera w Detroit, bounce to pseudo bujające tracki z prostym tekstem a kawałki singlowe są tylko prymitywnym gadaniem o seksie. Royce wrócił do stylu prezentowanego na "Rock City". Szkoda tylko, że spadł o te kilka poziomów.

Lirycznie jest to zdecydowanie najsłabszy album rapera jak do tej pory. Ale zacznijmy może od tych pozytywnych aspektów. Najlepszym utworem na płycie, który wybija się znacznie na tle pozostałych numerów jest kawałek „Yeah”. Niby nie jest to nic szczególnego patrząc na warstwę tekstową, ale vibe, jaki płynie z nawijki Royce’a oraz bitu 6th July’a jest niepodrabialny. W tracku „Independent’s Day” Nickle opowiada o tym, że bycie niezależnym pozwala mu być artystą kompletnym i w końcu rozwinąć pozwala mu skrzydła . Szkoda tylko, że w praktyce wyszło zupełnie inaczej. Nie mogę też zapomnieć o jedynym tak naprawdę dobrym koncepcie na płycie, czyli numerze „Blow Dat”. Jest to powrót do klasycznych brzmień wschodniego wybrzeża z przełomu lat 80 i 90. Artysta nie osiągnąłby tego bez pomocy Nottza i jego bardzo ciekawego bitu, którego styl łudząco przypomina pierwsze albumy Public Enemy.

Teraz przejdźmy do minusów. Jednym z tych większych jest to, że bragga Royce’a na tym albumie nie ma w sobie absolutnie nic. Nie ma ani ciekawych punchy, ani niczego innego co mogłoby przykuć uwagę na dłużej. NICZEGO, co mogłoby podnieść ocenę lirycznej strony albumu. Dodatkowo Ryan serwuje nam masę nieudanych pomysłów i zupełnie niezrozumiałych prób ukrycia bezwartościowości tekstów pod osłoną niezrozumiałych konceptów. Powiem szczerze, że gdybym miał oceniać tylko warstwę tekstową zjechałbym tę płytę bardziej niż „C True Hollywood Stories” Canibusa.

Album ratuje oczywiście genialne flow rapera, które tak jak już pisałem we wcześniej recenzji z roku na rok staje się lepsze. Umiejętności zaprezentowane na tym krążku po raz kolejny potwierdzają, że Royce potrafi odnaleźć się na dosłownie każdym bicie. Dodajmy do tego tę technikę rymów, o której też już pisałem przy okazji omawiania poprzedniej płyty. Może artysta nie jest tu tak fenomenalny jak wtedy, ale wciąż jest to poziom wykraczający ponad 90% sceny USA. Przy tym trzeba wspomnieć o warstwie muzycznej, która też bardzo dobrze spełniła rolę koła ratunkowego dla albumu. I chociaż jest to zupełnie inny styl podkładów niż na „Death Is Certain”, to muszę szczerze powiedzieć, że większość z nich jest wyśmienita. Większość, bo niektóre są… Dziwne. Ale może tylko dla mnie.

Warto jeszcze wspomnieć jeszcze o tym, że Royce zaprosił na płytę całą ekipę ze swojej nowo otwartej wytwórni M.I.C. Records. Jakie ma to przełożenie na jakość omawianego krążka? Skłaniałbym się tu raczej ku opinii, że trochę ją zepsuło, aczkolwiek koledzy Ryana nie są oczywiście raperami katastrofalnymi. Są to po prostu średniacy, którzy czasem mogą zaimponować swoim flow. Wyjątkiem wydaje się by brat Royce'a – Kid Vishis, po którym już wtedy było słychać, że odziedziczył te same muzyczne geny co jego brat. Z perspektywy czasu widzimy, że wyrósł na bardzo przyzwoitego rapera.

Cóż, jak mówi stara mądrość ludowa, są upadki i wzloty. I wiecie co? Gdyby nie to, że nie lubię bezsensownych tekstów, byłby to bardzo dobry album. No bo co mogę powiedzieć? Mamy genialne warunki techniczno-wokalne połączone z bardzo dobrą warstwą muzyczną. Szczerze mogę polecić tę płytę ludziom, którzy albo nie zwracają uwagi na teksty, albo ich po prostu nie rozumieją. Niestety, ja jako miłośnik „czegoś więcej” nie mogę nie obniżyć przez to oceny. Jeszcze tak na koniec dodam, że Royce zrehabilituje się później na swoich mixtape’ach z serii "Bar Exam", by potem znowu spaść kilka poziomów niżej na kolejnym solowym albumie. Może jednak powinien pomyśleć o karierze mixtejpowego rapera?

Ocena: 7/10

poniedziałek, 25 października 2010

Royce da 5'9" - Death Is Certain (Recenzja)

Beefy i ich specyficzna atmosfera bardzo często potrafią wyzwolić w raperze pokłady umiejętności i pomysłów, których oni sami i ich słuchacze nigdy by się nie spodziewali. Bardzo często idzie to niestety w złą stronę jak podczas konfliktu 2Paca z Notoriousem i późniejszych poczynań tego pierwszego. Niekiedy jednak beef potrafi mieć pozytywny wpływ na twórczość rapera. Najlepszym przykładem na to jest Royce Da 5’9” i jego drugi solowy krążek „Death Is Certain”. Ryan podczas nagrywania płyty był w stanie wojny ze swoimi byłymi przyjaciółmi z D12. Podczas gdy beef trząsł miastem a główne dissy były już dawno napisane raper postanowił dalej robić swoje i wskoczyć na wyższy poziom.

Na samym początku trzeba zaznaczyć, że na albumie słyszymy zupełnie innego Royce’a niż na innych jego wydawnictwach. Mimo tego technicznie jest to ten sam gościu, który potrafi wkleić w tekst mnóstwo skomplikowanych rymów jakby od niechcenia. Można nawet powiedzieć, że ta płyta jest jego najlepszą w karierze pod tym względem. Jego skillsy są piorunujące i nie ma co do tego ani krztyny wątpliwości. Takie wersy jak: “Raps wolf is back, to attack crooks is back / The slap snares, and clap at the tracks foot” czy “The ski mask, the beef with the street trash / The leafs the trees the grass, at ya pad, he's mastered / Squeeze faster, instead of beatin’ his ass” same obronią się nawet przed najwiekszym hejterem z Detroit. Na “Death Is Certain” Ryan zrobił także kolejny krok ku rozwinięciu swoich umiejętności wokalnych. Jak wiemy, już na debiucie dysponował jednymi z najlepszych umiejętności płynięcia po bicie w kraju i jak sami widzimy, z czasem jeszcze bardziej się rozwinął. I co najważniejsze, dalej nie przestaje tego robić i z roku na rok jego flow staje się coraz bardziej niesamowite. Jednak to, co zmieniło się najbardziej, to warstwa liryczna.

Zawszę lubię dzielić analizowanie tekstów na dwie części i tutaj zrobię to samo. Gdybym tego nie zrobił, popełniłbym zbrodnię, za którą groziłaby mi kara śmierci. Jak się zapewne domyślacie, pierwszym obliczem albumu jest braggadacio. Jest go tu jednak bardzo mało jak na tego typu rapera. Royce nie stosuje żadnych zawiłych metafor, nad którymi trzeba siedzieć godzinami, po prostu bawi się słowem i to chyba wychodzi mu najlepiej. Wychwalanie i pokazywanie swoich skillsów ciągle przeplata się z wątkami ulicznymi, których tutaj także znajdziemy bardzo, bardzo mało. I to bardzo dobrze, ponieważ na następnych płytach raper potrafi nas tym wręcz zanudzić. Tutaj w sumie mamy tylko jeden utwór stricte o takiej tematyce - „Gangsta”, ale można też pod to podciągnąć znakomity remake klasycznego kawałka Notoriousa B.I.G. „What’s Beef” zatytuwany „Beef”. Ukazuje on rapowy konflikt od strony miejskiej, gdzie panują zupełnie inne zasady niż na wosku. Przenikanie się tych tematyk bardzo przypomina mi miejskie braggadacio Big L’a i chyba tak najlepiej jest to określić.

Jednak ten album jest czymś więcej niż to. Jest przede wszystkim zbiorem refleksji Royce’a na temat życia i rapu i a także pokazaniem uczuć, jakie nim w tamtym czasie targały. Mamy tu wszystko: począwszy od lekkich rozkmin na temat muzyki w „What I Know” przez bardziej poważniejsze rozważania na temat swojego miejsca w rapgrze w „Regardless” aż po genialnie ukazany wpływ beefu na umysł rapera w pełnym gniewu „Something’s Wrong With Him”, którego kwintesencją jest wers „Now I'm angry, so fuck a metaphor”. Royce podczas beefu z D12 popadł w alkoholizm i podobno był bliski załamania nerwowego. To pozwoliło mu trochę inaczej spojrzeć na siebie i swoją twórczość. Najlepszym odzwierciedleniem tego jest utwór „I & Me”, który można uznać za typową spowiedź artysty i bezkompromisowe rozliczenie się z rzeczywistością. Aż strach pomyśleć, co musiało dziać się w umyślę Royce’a i doprowadzić go do napisania czegoś takiego: „Go out and kill a clown a day / Don't call me Royce no more, it's Ryan, I just threw Detroit's crown away!”.

Na sam koniec zostawiłem sobie najlepszy moim zdaniem utwór na płycie. Tytułowy „Death Is Certain Pt. 2 (It Hurts)”. Jest to najbardziej poruszający kawałek w dyskografii Royce’a i tak naprawdę jego klasa leży przede wszystkim w prostocie konceptu. Artysta opowiada tu o swoich wewnętrznych rozterkach, gdy jeden z jego najlepszych przyjaciół zostaje postrzelony. Właśnie, niby nic, ale zaangażowanie, z jakim Royce wypowiada kolejne frazy i wczucie się w opowiadaną historię znakomicie maskują tę prostotę. Royce oprócz swoich ekspresji przekazuje nam kilka mądrości życiowych, oraz rozważa, jaki wpływ będzie miała śmierć kolegi na cała ekipę, której był członkiem. W jednym momencie nawet prosi los o to, by w przypadku śmierci kumpla, on też umarł. Utwór jak się domyślamy, nie kończy się happy endem a przyjaciel odchodzi z tego świata na oczach Royce’a.

Jak już wiecie z moich wcześniejszych recenzji lubię doszukiwać się w tekstach czegoś więcej niż inni. To, co zauważyłem słuchając tej płyty, może być bardzo ważne dla konceptu całego albumu. Mianowicie, znalazłem wiele nawiązań do tragicznie zmarłej legendy zachodniego wybrzeża – Tupaca Shakura. Zaczynając od wersów, w których pada jego pseudonim: „„Unlock ya locks, and keep ya keks/ The Pac in me, got me thinkin deeply”, “Fuck is you sick? 'Pac should be pissed / Cause fifty percent of the niggaz suckin his dick is bitches!”, “Fuck hip-hop, hip-hop sucks! / You got, niggaz on top swingin from 2Pac's nuts!”, przez tytuł kawałka “Bomb 1st” a kończąc na follow upie a wręcz imitacji wersów Paca z „Against All Ods” zaimplementowanych w „I & Me”, o którym szerzej pisałem wcześniej. Sądząc po kontekstach tych zabiegów Royce utożsamia się 2Paciem, ponieważ znalazł się w bardzo podobnej sytuacji jak on w 1996.

Do tej bardzo dobrej, jeśli nie genialnej warstwy lirycznej potrzebne było jeszcze tło muzyczne, które doskonale odda klimat utworów. I wiecie co? Producenci spisali się na medal. Nadali albumowi tą mroczną atmosferę, która odróżnia go od innych albumów artysty. Jest to zasługa przede wszystkim 6 July’a członka producenkiej grupy The Hitmen z Bad Boys Records, który wyprodukował około 80% albumu. Swoje trzy grosze dorzucili też ziomek Royce’a z Detroit - Asar, Reef, Ty Fyffe i mentor artysty DJ Premier.

Teksty na tym albumie pokazują jak wielką przemianę przeszedł Royce. I nie dziwimy się chyba, że była to przemiana krótkotrwała. Potem Ryan powrócił do swojego starego stylu nawijania. Czy to dobrze, czy to źle, ocenię w kolejnych recenzjach, kolejnych albumów artysty. Jak na razie, mam przed sobą album, który jest niemalże idealny. Tak naprawdę, jedynym słabym punktem albumu jest skit. Stąd moja teza, że jest to najlepszy album z Detroit, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne, nie powinna nikogo zadziwić.

Ocena +9/10

niedziela, 26 września 2010

Royce da 5'9" - Rock City (Recenzja)

Royce da 5’9” to oprócz Eminema, Proofa i JayDee jedna z najważniejszych postaci sceny Detroit. Przed wydaniem omawianego tutaj debiutu pt. „Rock City” znany był przede wszystkim z występów w duecie „Bad Meets Evil” z Eminemem. Jego kolega został zauważony przez Dr. Dre i zabrał Ryan’a ze sobą do LA. Royce zaczął pracować jako ghostwriter nad albumem „2001” (napisał m.in. „The Message”). Po gościnnym udziale na „Slim Shady LP” postanowił wyrwać się spod skrzydeł Aftermath i wydać swój debiutancki album.

Nie było to jednak takie proste. Royce bazując na kontaktach z Eminemem podpisał kontrakt z wytwórnią Tommy Boy Records. By maksymalnie skupić się na pracy nad swoim albumem zrezygnował z pozycji hype-mana na trasie promującej „Slim Shady LP”. Nagrał mnóstwo materiału, którego jednak Tommy Boy nie chciało wypuścić ze względu na małą ingerencję Eminema i Dr. Dre w projekt. Zirytowany Ryan zwrócił się o pomoc w wydaniu płyty do niezależnej, raczkującej jeszcze w wydawniczym biznesie wytwórni Koch Records, która razem z Game Recordings w końcu wydała krążek rapera 26 listopada 2002 roku jako „Rock City (Version 2.0).

Ja mam przed sobą trzecią wersję zatytułowaną „The Definitive Edition”. Jaka jest róznica między nimi? Pięć utworów. Wytwórnia, prawdopodobnie za zgodą Royce’a ucięła kilka kawałków przygotowanych na album. Żeby było jeszcze śmieszniej, pierwsza wersja, którą Royce wypuścił nieoficjalnie, była zupełnie inaczej okrojona niż druga i zawierała dwa tracki mniej. Przy oficjalnym wydawnictwie jednak, to wytwórni należy się wielki minus za wycięcie takich utworów jak „I’m The King”, „We’re Live (Danger)” czy „What Would You Do”. Dopiero w 2008 roku wytwórnia napędzana chęcią zysku wypuściła wersję trzecią. I to właśnie o niej będę mówił.

Na albumie słychać, że Royce jest jeszcze na etapie artystycznego rozwoju. Jednak już wtedy był jednym z najbardziej wszechstronnych raperów poprzedniej dekady. Mimo, że główną jego specjalizacją jest braggadacio ilość pomysłów na nią może zadziwić. Raz są to uliczne przechwalanki w stylu Big L’a „Off Parole”, raz trochę bitewnego rapu „I’m The King” a raz pokazanie umiejętności szybkiego płynięcia na bicie „Let’s Go”. Przede wszystkim to, że Royce stawiał bardziej na flow i technikę składania rymów, niż na mordercze punchline’y, uczyniło go jednym z najbardziej oryginalnych raperów tamtych czasów.

Utworów tematycznych może nie jest tak dużo jak na drugiej płycie rapera „Death Is Certain”, ale na pewno przebija pod tym względem inne jego solowe płyty. Co mogę wyróżnić? Na pierwszy ogień idzie kawałek „Life”, w którym Royce wciela się w swojego ojca przekazującego swojemu młodemu synowi (czyli sobie) życiowe prawdy i wskazówki dotyczące egzystencji na ziemi. Mówiąc o tym tracku nie można zapomnieć o genialnym refrenie Amerie, który jest coverem pierwszych wersów klasycznego utworu Barbra’y Streinsad „Woman In Love”. „Rock City” to charakterystyka Detroit oczami króla tego miasta. Najciekawszym jednak konceptem jest „My Friend”, w którym raper sprytnie manipuluje opisem i porównaniami, które pozwalają nam myśleć, że mówi po prostu o swoim ziomku. Dopiero pod koniec drugiej zwrotki orientujemy się, że mówi o swoim… Członku. Tak, Royce przez całą karierę będzie jednym z topowych raperów mówiących o swoich genitaliach.

Jest jeszcze jedna rzecz, która może rzucić się w uczy słuchaczom. Royce zdaje się mieć „kompleks Eminema”. O co chodzi? Już wyjaśniam. Raper w wielu miejscach zaznacza, żeby nie nazywano go „człowiekiem Eminema” czy porównywano jego umiejętności z umiejętnościami kolegi z Bad Meets Evil. Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się, że Ryan, który zawsze był w cieniu swojego przyjaciela, który osiągnął wielki komercyjny sukces, czuł się odstawiony na drugi plan, co będzie bardzo dobrze widoczne w pierwszych miesiącach beefu z D12.

Strona muzyczna projektu wypada różnie. Mamy tu takie perełki jak bit DJ’a Premiera do kawałka „Boom” czy podkład Ayatollah’i do utworu „Life”, ale usłyszymy też takie pomyłki jak zupełnie nieudany bit do najgorszego moim zdaniem tracka na płycie „You Can’t Touch Me”. Co ciekawe, zrobili go bardzo lubiani i szanowani przeze mnie kolesie z Trackamsters. Zdarza się. Całość warstwy muzycznej prezentuje się jednak dobrze, ponieważ lepsze strony potrafią przyćmić te gorsze, a nie na odwrót. Poza wymienionymi ludźmi, swoje podkłady dali m.in. 6th July i Red Spyda.

Krążek „Rock City” to bezsprzecznie obowiązkowa pozycja dla każdego fana rapu z okolic Detroit. Jest to też po prostu bardzo dobra płyta. Royce pokazał, że szanowany w podziemiu raper, może przenieść swoje talenty na wyższy level i tym samym zabłysnąć na głównej scenie. Magazyn The Source określił artystę w swojej recenzji „Kompletnym MC” i „Maszyną Dystrybucyjną Koch Records”. Takie słowa z wypowiedziane przez recenzenta tak szanowanego magazynu chyba musiały coś znaczyć.

Ocena: +8/10

piątek, 23 lipca 2010

Ras Kass/DJ Rhettmatic - A.D.I.D.A.S. (Recenzja)

Cholerka, chyba trochę wyszedłem z wprawy w pisaniu recenzji, przypominając sobie jak opornie szło mi pisanie ostatniej. Jednak miejmy nadzieję, że wlrótce wszystko wróci do normy. Ostatnio napisałem, że Ras Kass znacząco zbliżył się do formy z „Soul On Ice” tylko w tym roku. Chodziło właśnie o album, który chcę wam dziś opisać. Wynik współpracy z DJ’em Rhettmaticiem - płytę „A.D.I.D.A.S.”. Akronim do tej pory rozszyfrowywany jako „All Day I Dream About Sex” autor przedstawił jako motto swojego życia przekształcając je na „All Day I Dream About Spittin’”.

Zanim przejdziemy do albumu, przypomnijmy sobie nieco karierę Ras Kassa po wydaniu debiutanckiej płyty. Krążek „Rasassination” odniósł o wiele większy sukces komercyjny z powodu bardzo dobrej promocji oraz osobistości, które się na niej pojawiły. Tekstowo za to klasyfikowała się kilka poziomów niżej. Później raper wydał kilka nieoficjalnych albumów, na których prezentował się lepiej niż na „Rasassination”, lecz nie było to, to, czego można było oczekiwać po przesłuchaniu debiutu. W tych czasach też narodził się też kawałek, z którym artysta będzie kojarzony już do końca swojej kariery. „Goldyn Chyld” na bicie DJ Premiera.

Jednym z trzech singli promujących opisywany album była właśnie kontynuacja tego klasycznego numeru, kawałek „Goldyn Chyld II”. Utwór ten napełnił mnie nadzieją, że wreszcie Razzy pokaże pełnie swoich umiejętności. Wreszcie po tylu latach uwolni cały drzemiący w nim potencjał. Czy miałem rację? Jak najbardziej tak, chociaż od początku wiedziałem, że raper już nigdy nie osiągnie poziomu z debiutu.

Na nowym albumie Ras Kass trochę wstrzymał się z pisaniem bitewnych rymów i w większości usłyszymy tutaj czystą formę braggadacio i kawałki tematyczne, których jest tu od groma. Najbardziej chyba spodobał mi się najkrótszy kawałek na płycie „Where Did She Go”, w którym Ras Kass mówi o tym, jak muzyka rap zmieniła się przez te wszystkie lata jego kariery. Ruszył mnie chyba dlatego, że wszystko co jest w nim powiedziane, jest w 100% smutną prawdą. Jakie inne ciekawe patenty mógłbym wyróżnić? Na pewno „Me & My Twins” stworzone razem ze swoimi dziećmi. Wiadomo, że dzieciaki rapują tragicznie, ale naprawdę, gdy ich słuchałem, to gęba mi się cieszyła od ucha do ucha. Dodatkowo nagrany jest na najlepszym bicie na płycie. Zagłębiając się bardziej w teksty utworów usłyszymy wiele follow-upów do klasycznych wersów a umiejętność tworzenia punchline’ów i porównań wciąż potrafią zmusić nas do cofnięcia słuchanego numeru, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie „co to, kurwa, było?”.

Ras Kass przez te 14 lat rapowania wyrobił znakomite flow, którego podstawy pamiętamy z „Soul On Ice”. Już wtedy miał w sobie tę swoją oryginalność, ale niestety, bardzo często jechał po prostu na off-beacie. Teraz, mogę szczerze powiedzieć, że jest jednym z moich ulubionych artystów jeśli chodzi o stronę wokalno-techniczną.

Co najważniejsze raper z LA dostał w końcu porządne bity na album. W zdecydowanej większości bardzo dobrze do niego pasują a on brzmi na nich idealnie. Szkoda tylko, że wszystko musiały zepsuć podkłady w klimacie… Mainstreamowego Południa! Co to ma być?! Fakt, faktem, że z technicznej strony są one całkiem dobre, ale nie dość, że nie pasują do stylu Ras Kassa to jeszcze on, rapując na nich, tak dziwnie zmienia swoje flow, że jest to w ogóle tragedia. Na szczęście są to tylko wyjątki a na całym dwupłytowym albumie znajdziemy parę genialnych muzycznych kompozycji, które szczerze mnie zaskoczyły. Przykładem może być bit w kawałku „He Say, She Say” z samplem z ponadczasowego klasyka „Say, Say, Say” Paula McCartney’a i Mike’a Jacksona.

Płyta nie ma większych wad. Oczywiście można powiedzieć o tym, że druga płyta troszeczkę odstaje poziomem od pierwszej i Ras jest w pewnym stopniu „zagłuszany” przez gości, ale zdecydowanie nie jest to jakiś wielki minus. Szczególnie gdy goście w większości nawinęli bardzo dobre zwrotki. Skoro już mowa o zwrotkach gościnnych, usłyszmy m.in. zespół The HRSM, którego Ras jest członkiem, Chino XL, Royce Da 5’9” czy Xzibit.

Muszę powiedzieć szczerze, że mnie lekko ta płyta zawiodła, ponieważ liczyłem na płytę roku. Nie ujmuje to jednak ani trochę Ras Kassowi i albumowi przez niego stworzonemu. Po prostu ja jako fan, oczekiwałem nieco lepszej płyty i po prostu się przeliczyłem. Ale obiektywnie na to patrząc, otrzymaliśmy kawał dobrego materiału, który nie nudzi się po pierwszym przesłuchaniu i przez kilka następnych będzie odkrywał przed nami swoje tajemnice. Po sprawdzeniu całej dyskografii rapera z LA, stwierdzam, że jest to druga najlepsza jego płyta zaraz po debiucie.

Ocena: +8/10 (Znowu miałem wielki dylemat wystawiając ocenę. Czy płyta zasłużyła na -9? Patrząc na albumy, które do tej pory dostały ode mnie takie oceny, są od niej trochę lepsze. Ale jednak to „trochę” to naprawdę bardzo mało. Zdecydowałem się na +8. Może przy ponownej ocenie z okazji końcowo-rocznego rankingu zmienię zdanie tak jak to było w tamtym roku w przypadku „Sickology 101”.)

czwartek, 22 lipca 2010

Ras Kass - Soul on Ice (Recenzja)

Mamy październik 1996 roku. Świat rapu wciąż jest wstrząśnięty nagłą śmiercią mentalnego przywódcy zachodniego wybrzeża Tupaca Shakura. Jakby nie patrzeć był to dobry moment by zaprezentować się szerszej publiczności i zmienić trochę układ sił w grze. Naprzeciw temu wyzwaniu stanął młody, niedoświadczony raper z Los Angeles – Ras Kass.

Jest on jednym z tych niedocenionych artystów, o których karierze i trudnościach przebicia się do szerszego grona odbiorców można by pisać, pisać i pisać. Jest też jednym z pionierów lirycznego rapu na zachodnim wybrzeżu, którzy chcieli zmienić postrzeganie tego terenu tylko jako największego skupiska gangsta rapu. No cóż, chyba mu się to udało, skoro jest teraz uważany za jednego z najlepszych żyjących raperów a recenzowany tutaj album „Soul On Ice” stał się niezaprzeczalnym klasykiem i jego ceny na ebay’u dochodzą nawet do 60$.

Płyta jest tym, co tygrysy (wielbiciele liryki) lubią najbardziej. Ras Kass prezentuje się jako wszechstronny raper, który potrafi nawinąć praktycznie na każdy temat. Oczywistym jest, że bitewny rap jako to, co raper potrafi robić najlepiej dominuje płytę. Numery takie jak „Etc.”, „Sonset” czy „If/Then” są tylko pojedynczymi przykładami składania świeżych i skomplikowanych punchline’ów i gier słownych.

Geniusz rapera jednak nie polega tylko na powyższych umiejętnościach. Swoje prawdziwe oblicze raper pokazuje nam dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat Boga w „On Earth As It Is..”, swojego życia - „The Evil That Men Do” czy też w spojrzeniu na problem rasizmu z perspektywy bardzo subiektywnie przedstawionej historii człowieka oraz całej cywilizacji w niesamowitym siedmiominutowym kawałku „Nature Of The Threat”. Dodatkowo usłyszymy luźne kawałki o kobietach - „Drama”, imprezach - „Marinatin'” a także parę konspiracyjnych teorii oraz przemyśleń na temat polityki „Ordo Abchao”. Nie muszę wspominać chyba o tym, że nawet poruszając się w tych tematach Razzy świetnie operuje swoim lirycznym instynktem tworząc wiele porównań, dwuznaczności oraz mądrych, uniwersalnych, pouczających zdań, które pozostają w pamięci na długo.

Cała płyta oparta jest czasem na mrocznych, czasem na lekkich G-Funkowych kompozycjach. Raz za razem usłyszymy odniesienie do klasyków tego gatunku w formie follow upu czy cutu. Same bity są… Przyzwoite. Jeśli cała płyta byłaby wyprodukowana przez Battlecata usłyszelibyśmy nie tylko idealną lirycznie płytę, ale też genialną pod względem produkcji. A tak mamy tylko jeden bit od tej niezaprzeczalnej legendy zachodniego wybrzeża. Większość płyty wyprodukował Bird na spółkę z samym Ras Kassem. Wśród innych producentów znajdują się m.in.: Michael Barber i Vooodu.

Czy płyta ma jakieś wady poza średnimi bitami? Moim zdaniem nie. Oczywiście, można przyczepić się do techniki płynięcia po bicie gospodarza. Ras Kass ma specyficzne flow, które można nazwać w skrajnym przypadku brakiem flow. Jednak ta oryginalność powoduje, że w ogóle mi to nie przeszkadzało, ale cytując samego artystę „Momma always told me: opinions are like assholes cuz everyone has got one”. Na pewno znajdą się wśród słuchaczy ludzie, których będzie to irytowało.

Podsumowując to wszystko jednym zdaniem - jest to płyta wybitna i ponadczasowa. Ras Kass nagrał klasyczny krążek, który jak to zwykle bywa w takich przypadkach nie został doceniony na tyle ile powinien a przyczyną tego było lenistwo wytwórni. To chyba przewidział sam zainteresowany “Underground classic - nobody buys it, so, rap is fucked”. Jeśli jednak doceniasz coś takiego jak teksty, to jest to płyta dla ciebie. Szkoda, że Ras nigdy nie nagra już takiej płyty. Przez 14 lat swojej kariery tylko raz lekko zbliżył się do tego poziomu – w tym roku. Chociaż wciąż pozostaje jednym z najlepszych liryków w grze razem z Chino XL-em, Canibusem oraz Crooked I’em. I to przede wszystkim przez, a właściwie, dzięki tej płycie.

Ocena: +9/10

wtorek, 6 lipca 2010

Kariera Maccaveli'ego jako słuchacza... (Felieton)

Minęło już bardzo dużo czasu od pojawienia się mojego ostatniego wpisu. Miały być diss beefy, których prawdopodobnie nie będzie, miał być wywiad, którego też raczej nie będzie no i miały być jakieś recki, które przepadły w ogniu zajęć i nudy. Na pewnym forum pisałem moją historię jako słuchacza rapu. Postanowiłem sobie, że zabiję zastój na blogu, trochę rozwinę i poprawię moją wypowiedź i wrzucę ja tutaj. Moim zdaniem jest to interesujące a ja jako typ człowieka sentymentalnego lubię sobie powspominać.

Rapu słucham od 2006 roku. Wiadomo, że wcześniej miałem jakiś tam kontakt z tą muzyką. Nawinęły mi się na ucho kawałki jakichś polskich grup, bardziej rozpoznawalnych amerykańskich raperów, ale wtedy nie myślałem, że słucham rapu. Słuchałem po prostu wszystkiego. Byłem dzieckiem ESKI i Radia Zet. Oczywiście z Zetki jestem dumny, bo usłyszałem wiele klasyków, które po prostu trzeba znać. Oczywiście nie rapowych.

Gdzieś tak w maju-czerwcu 2006 usłyszałem w one and only Radio Eska "California Love" Paca i zacząłem grzebać w jego życiorysie. Taka ciekawostka - na początku myślałem, że Tupac i 2Pac to dwie inne osoby, hehehehe. No i tutaj dużą rolę odegrał mój sąsiad z dołu (pozdrawiam serdecznie). Wiedziałem, że słucha takich rytmów, więc podbiłem do niego po płytki Tupaca. Z tego, co pamiętam to dostałem "All Eyez On Me" i "Me Against The Word". Katowałem te dwie płyty dzień za dniem, pamiętam, że mój grafik wyglądał tak: mecz-muzyka-mecz-muzyka-podwórko-muzyka-mecz-muzyka. Odbywał się wtedy mundial w Niemczech.

Nie miałem wtedy jeszcze internetu, więc wiadomo, że nie miałem źródła do pobierania albumów i wielu możliwości manewru. Jedynym oparciem był ten sąsiad. Dostałem potem od niego kilka płyt, których nigdy nie zapomnę ze względu na sentyment. "Black Album", "College Dropout", "Late Registration", "Blood Money", "The Massacre" i "The Documentary”. Nawet dzisiaj mogę powiedzieć, że są do bardzo dobre albumy i w jednym momencie miałem je nawet wszystkie w oryginałach.

W tym samym czasie od kolegi, także z osiedla, którego znam kupę lat, dostałem kilka polskich płyt. Pamiętam, że od początku kariery słuchacza byłem wymagający w stosunku do raperów z Polski i jak wciskał mi Peję, to niechętnie brałem, ale brałem, żeby mieć rozeznanie. Dostałem też "Muzykę Poważną", "Osobiście", "Najlepszą Obroną Jest Atak" i chyba "Na Legalu". Dodatkowo dostałem parę luźnych emeptrójek od innego kumpla. Dalej jednak byłem laikiem.

Przełomem okazał się moment, kiedy dostałem internet. Cieszę się w sumie teraz, że dopiero tak późno, bo tak patrząc z perspektywy czasu, nawet wtedy jeszcze do niego nie dorosłem. Naściągałem sobie trochę albumów Paca, Snoopa, Dre'a, coś od Game'a i kilka tym podobnych. Zamknąłem się tylko w tym obrębie dość długo, wtedy też zacząłem kupować oryginalne płyty. Pierwszą pozycją, jaką nabyłem było "All Eyez On Me". Od początku mnie to jarało. Założyłem sobie stronę, nawet dwie o rapie, chociaż wiedzę jeszcze miałem stosunkowo małą (a patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, katastrofalnie małą).

Rewolucja nastąpiła, gdy na moje forum wkroczyli dwaj kolesie, którzy pewnie będą wiedzieć, że to o nich chodzi. Hejtowali wszystkich, których wtedy uważałem za czołówkę raperów. Na początku myślałem "kurwa, jacyś idioci wbili na forum, pierdolą od rzeczy”, ale gdy zagłębiłem się w to, co mówili, odkryłem, że rzeczywiście mieli trochę racji. Wtedy zaczęło się masowe ściąganie albumów, zajawka na Spice'a, który był moim ulubionym raperem aż do października 2009 roku, poznanie filarów wschodniego wybrzeża, trochę undergroundu. Do dziś przesłuchałem ponad 1100 płyt, ale liczby nie mają wielkiego znaczenia. Otworzyłem się na wielki i szeroki rapowy świat.

Teraz partia niechlubnej kariery jako słuchacza. Idąc za przykładem moich "mentorów" w lecie 2007 zacząłem chodzić po forach i robić to co oni - hejtować obiekty zachwytów. Wtedy nie uważałem tego za nic złego, przeciwnie - czułem się wielki i dojrzały. Trwało to gdzieś rok, chociaż końcowa faza była już tak minimalna, że chyba nie było jakichś wielkich afer forumowych. Było jeszcze kilka osób, które wskazały mi pewnych artystów, bym jakoś w 3 klasie gimnazjum, pod koniec 2008 wreszcie wykształcał własne poglądy (choć oczywiście miałem je już wcześniej, ale nie na taką skalę).

Do dnia dzisiejszego przeżyłem jeszcze kilka ewolucji. Kilka razy wracałem do polskiego HH, by zajarać się Płomieniem, Tede, VNMem a za jego sprawą też szerszym podziemiem. Był okres, w którym traktowałem rap jako muzykę rozrywkową, która ma bujać i jarałem się południowymi mainstreamowymi brzmieniami. Ostateczny (jak na razie) przełom miał miejsce podczas słuchania płyty Tech N9ne’a - Sickology 101 i jej tytułowego kawałka. Ten sprawił, że znów zacząłem jarać się Chino XL-em i zacząłem przykładać ogromną uwagę do tekstów. I tak oto stoję dzisiaj przed wami jako wielki fan liryki i wszystkiego co jest związane z tekstami - genialnych storytellingów, metafor, skomplikowanych rymów i przede wszystkim punchline'ów.

Masowe ściąganie albumów już się skończyło. Rzadko, kiedy sięgam teraz po nieznane starsze produkcje (chociaż wiadomo że to robię) ale próbuję cały czas być na czasie i sprawdzać nowe płyty. Dalej o wiele bardziej wolę rap amerykański niż polski i raczej to już się nie zmieni. Polski rap w większości po prostu nie jest mi w stanie dać tego, czego oczekuję na dzień dzisiejszy od tej muzyki.

Powspominaliśmy sobie. Żeby znowu ruszyć z buta planuję wrzucić niedługo jakąś recenzję, choć wiadomo jak to ze mną jest. Znowu może zrobić się pusto. Chociaż i tak mało osób czyta tego bloga. No i chciałbym powiedzieć, że blog 25 czerwca obchodził swoje pierwsze urodziny, o czym kompletnie zapomniałem. Ale co tam, przypomniałem sobie stosunkowo szybko. STO LAT (i nie wiem czy mi, czy blogowi :P)