piątek, 5 sierpnia 2011

Royce da 5'9" - Success Is Certain (Recenzja)

Wygląda na to, że po ponownej współpracy z Eminemem i dobrym przyjęciu płyty „Hell: The Sequel” Royce Da 5’9” wreszcie zdobędzie uznanie, na które zasługuje od początku swojej kariery. 9 sierpnia będzie miała miejsce premiera ostatniego niezależnego albumu rapera a następny krążek zostanie wydany już w Shady Records. Pomyślcie tylko o perspektywie Royce’a nagrywającego na bitach Dr. Dre, Just Blaze’a, Kanye’a Westa i gościnnych występach Game’a, 50 Centa, Lil Wayne’a, Fabololusa… Ale zaraz, zaraz, nie o tym miałem pisać.

Trudno mi to mówić, ale już przed wyciekiem płyty do sieci czułem, że najbardziej oczekiwany przeze mnie album roku (prócz „RICANstruction”) może mnie bardzo zawieść. Najpierw bardzo cieszyłem się na powrót Royce’a do bardziej osobistych, ekspresywnych tekstów, ale po pierwszych oficjalnych zapowiedziach nadeszło bolesne zderzenie z rzeczywistością. Uboga tracklista, dwa utwory znane były już co najmniej od roku, do tego zostały wypuszczone cztery single, czyli tak naprawdę 6 z 11 utworów było znanych już przed premierą. No, ale cóż poradzić.

Album miał być duchowym następcą krążka wydanego w 2004 roku - „Death Is Certain”, który był jak dotąd najlepszym longplay’em, który wyszedł spod szyldu rapera z Detroit. Już samo to zobowiązywało artystę do większego zaangażowania się w projekt. Sam mówił w wielu wywiadach, że pod wpływem kolegów ze Slaughterhouse przerwał na chwilę niekończącą się balladę o broni i w końcu wziął się za coś głębszego (i nie chodzi mi tu o inną tematykę, z której jest znany). Co tu dużo mówić, słowa dotrzymał, chociaż przychodzi to bardzo ciężko dzisiejszym raperom.

Jak zwykle w przypadku płyt o różnej zawartości lirycznej zaczniemy od braggadacio, które tutaj, tak jak w przypadku prequela, nie jest na pierwszym planie. Jak już pisałem w recenzji nowego Bad Meets Evil, Royce radzi sobie w tym bardzo dobrze, chociaż do najlepszych (lirycznie) trochę mu jeszcze brakuje. Co jednak można gołym okiem zauważyć braggi są tu trochę mniej ofensywne niż na trzecim Bar Examie, przez co ilość punchline’ów zdecydowanie zmalała.

Poza trzema, można rzec, nieco freestyle’owymi braggami reszta oparta jest na ciekawych patentach. W „E.R.” Royce wchodzi w skórę doktora, który utrzymuje umierającą rapgrę przy życiu, w „Legendary”, przedstawia się jako legendarnego mc: „Who y'all respect is probably cross-dressing/Your favorite MC can probably find hisself, vibing to my Lost Session”, by potem w „Where My Money” zapytać się gdzie do cholery są pieniądze, które mu się należą. Przekreśla to jednak zgrabne powiedzenie „I’m gettin’ money like a motherfucker” z drugiego Bar Examu. Ale cóż… Paradoksalnie najlepszy utwór w tej konwencji czyli „Writer’s Block” zupełnie nie pasuje do płyty przez podkład (też paradoksalnie bardzo dobry). Nie pasuje także najgorszy numer na płycie czyli „My Own Planet” z gościnnym udziałem Joe Buddena. W ogóle co to za akcja, żeby dawać na płytę remix bonus tracka z poprzedniego albumu? Ktoś tu chciał chyba sztucznie zapełnić tracklistę (przypominam, że EP (podkreślam to słowo) Bad Meets Evil także zawierało 11 utworów).

No, ale sequel najbardziej osobistej płyty w dyskografii Royce’a nie może opierać się tylko na braggadacio, czyż nie? Raper znowu bezpardonowo rozlicza się z przeszłością, choć można zauważyć, że stoi w zupełnie innym punkcie niż siedem lat temu. Wciąż jednak potrafi spojrzeć na siebie krytycznie. Wspomina czas kiedy uzależnił się od alkoholu: „Went from bein’ a kid addicted to basketball to bein’ an ignorant nigga addicted to alcohol” i kiedy w czasie największej depresji nałóg się pogłębiał: „From there I went to about a bottle a day/Tellin' who we know "Get outta my face!"”. Wspomina także swoje dzieciństwo, relacje z rodzicami a także przybliża nam jakim przeżyciem były dla 11-sto latka wizyty w ośrodku odwykowym by spotkać się z ojcem. Nie mogło także zabraknąć przemyśleń na temat beefu z D12 (Royce przyznaje się tu, że postąpił źle) i przeszłości w Aftermath: „I know what Kino said about Dre/I look at Kino to this day like that was a stupid mistake/But if it wasn't for him doin that, what would I be doin today?”.

Royce na tym albumie po raz kolejny pokazuje, że posiada talent do pisania storytellingów. Pierwszym z dwóch utworów jest historia dwóch kontrastujących ze sobą chłopaków o imieniu Kenny. Jeden (o którym opowiada Nottz, który ma naprawdę dobre skille jak na producenta) miał wielką życiową pasję - bieganie. Widział jak jego przyjaciele staczają się przez crack i życie na ulicy i to jeszcze bardziej go motywowało do pracy. Drugi Kenny za to był zarozumiałym bandytą, który miał gdzieś zasady i stosował się tylko do własnych. No bo co można powiedzieć o człowieku, którego motto brzmi „You only as real as the nigga you murdered”. Jak kończy się jego historia nie powiem, żeby nie psuć wam zabawy.

Drugą i do tego bardzo osobistą historią jest opowieść o zmarłym przyjacielu Royce’a, byłym członku D12 - Proofie. Ryan opowiada nieco o jego życiu, spojrzeniu na świat a także feralnej nocy, gdy został zastrzelony. Aż słychać w głosie rapera ogromny smutek, gdy mówi o pogrzebie: I was at Proof’s funeral crying like a baby I was sittin’ in the back row with Vishis wishin’ I can go up to Marshall, Denaun, Swifty, Obie, Bizzare, Paul, Levaughn and say something positive after all the negative shit that we’ve been through”.

Co jeszcze mogę zaliczyć do plusów? Bardzo ciekawą aranżację niektórych utworów. Wiele razy powtarzałem, że Royce jest po prostu mistrzem w sprawach techniczno wokalnych i tu po raz kolejny nie zawodzi. Wydaje mi się nawet, że zrobił kolejny, mały kroczek do przodu. W „Merry Go Round” po prostu zabił mnie swoim flow. Apropos aranżacji musicie sprawdzić nieco westernowy śpiewany refren tym numerze. I to nie śpiewany przez byle kogo bo przez… Gospodarza.

Warstwa muzyczna utrzymana jest w dość mrocznym, przygnębiającym klimacie. Mógłbym go nawet porównać do tego z „Death Is Certain”. Nie jest on oczywiście tak doskonały jak tamten, ale i tak producenci stworzyli atmosferę, która bardzo dobrze oddaje to co Royce chciał na tej płycie przekazać. Na krążku udzielili się m.in. DJ Premier, StreetRunner, Nottz orazi główny producent „Hell: The Sequel” i producent wykonawczy „Success Is Certain” Mr. Porter. Poza dwoma wyjątkami o których mówiłem wcześniej wszystko bardzo dobrze ze sobą współgra i tworzy spójną całość. Gościnnie na płycie udzielili się Kid Vishis, Nottz, Adonis oraz Eminem. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Eminem znowu nie ma zwrotki na albumie. Historia z „Rock City” się powtarza.

Podsumowując to wszystko można jeszcze raz ponarzekać, że przed premierą albumu fani tacy jak ja, znali już ponad połowę pyty. Ale uwierzcie mi, po około trzech przesłuchaniach całego krążka różnica między starymi a nowymi utworami się zaciera i wtedy można dostrzec jego wszystkie zalety. Co natomiast z wadami? Krążek jest odrobinę za krótki. Ale czy to naprawdę jest ważne? Moim zdaniem ważne jest to, że udźwignął ciężar genialnego prequela. A to wielki komplement.

Ocena: -5

sobota, 16 lipca 2011

Canibus - Lyrical Law (Recenzja)

Canibus to postać bardzo ciekawa. Nie dość, że paradoksalnie zepsuł sobie karierę przez wygrany beef z LL Cool J’em, nie dość, że ma rozdwojoną osobowość (pamiętamy o tobie Rip The Jacker) to jeszcze posiadając ogromne umiejętności dał radę stworzyć album będący pretendentem do tytułu największej wpadki w historii rapu. Aż szkoda, że taki raper jak on jest znany i szanowany tylko przez bardzo ogarniętych słuchaczy, którzy i tak czasem o nim zapominają.

Po dwóch bardzo dobrych płytach „For Whom The Beat Tolls” i „Melatonin Magik” Bis wydał album pod tytułem „C of Tranquility”. Do dziś uważałem go za średni i nijaki, ale po kolejnym przesłuchaniu zmieniłem zdanie. Miał kilka naprawdę bardzo dobrych numerów a do tego był to chyba najlepiej wyprodukowany album rapera od czasu genialnego pod tym względem „Rip The Jacker”. Oczywiście nie zawierał w sobie tego mroku „Melatonin Magik” ani złożoności „For Whom The Beat Tolls”, ale chyba za ostro go z początku oceniłem. Od dzisiaj uważam go za bardzo solidną pozycję, może nawet na miarę „Melatonin Magik”.

Jednak Canibus już przed premierą „C of Tranquility” zapowiedział wydanie dwóch albumów. Drugim jest recenzowany tutaj „Lyrical Law”, który swoją premierę miał w czerwcu tego roku. Bis jak widać bardzo dużo nagrywa, ponieważ jest to już jego trzeci album w przeciągu półtora roku. To zadziwiające patrząc na to, że ma przy tym czas na beefy z takimi osobistościami jak DJ Premier! Spawa zostało wyjaśniona i nie ma związku z płytą więc myślę, że nie obrazicie się jeśli tę okoliczność pominę. Na krótki opis innego beefu przyjdzie czas później.

„Lyrical Law” w większości opiera się na koncepcji tzw. „cypherów”. Wiecie, kiedyś jak raperzy nie mieli takiego dostępu do studia nagraniowego jak dzisiaj zbierali się w małych grupkach na ulicy i każdy z nich jechał po jednej zwrotce starając się wypaść jak najlepiej. Canibus postanowił przenieść to na swoją nową produkcję i praktycznie cały album stanowią utwory z gościnnymi występami. Zależnie od tego kto pojawił się na tracku, jego liryczna forma była inna. Raz słyszeliśmy rymy w bardziej bitewnej konwencji, by potem wgłębić się w bardziej filozoficzne zakamarki płyty.

Sam Canibus wypada bardzo dobrze. Z dwoma wyjątkami nie daje przyćmić swoim gościom a w większości przypadków był po prostu widocznie od nich lepszy. Jego zakres tematyczny zdawał się być taki sam, ale kolejna porcja metafor znowu sprawiała wrażenie, że słyszałem coś zupełnie innego niż przedtem. Od pewnego czasu, jak już pisałem w poprzedniej recenzji, Bis odsunął na drugi plan punchline’y, żeby bardziej poświęcić się innym narzędziom ze swojego szerokiego warsztatu. Najbardziej było to widać na poprzedniej płycie. Tutaj jest trochę więcej czysto bitewnych rymów, ale wciąż dominują skomplikowane metafory i porównania. Raper wciąż lubi wspomnieć o obcych, światowym spisku, ale jest tu tego typu treści o wiele, wiele mniej niż na wspominanej wielokrotnie „Melatonin Magik”.

Canibus (poza doborem bitów) zawsze był krytykowany przez maniaków luźnego, niezaangażowanego rapu za swój domniemany brak flow. Wszyscy jednak wiemy, że jest to tyko przykrywka, bo nie każdy ma odwagę powiedzieć „nie rozumiem jego tekstów”. Jednak od jakiegoś roku raper z numeru na numer naprawdę zaczyna brzmieć… Ciężko. Jego głos zawsze był gruby i chrypliwy, ale Bis przecież nie młodnieje. Daje nam to trochę trudny do zniesienia wokal, który niestety, będzie już tylko gorszy (chociaż to i tak lepiej niż by rapował jak na „C True Hollywood Stories”). Do flow można się oczywiście przeczepić, ale chyba nikt nie słucha Canibusa by usłyszeć przyśpieszenia na poziomie Tech N9ne’a.

Lista gości wygląda naprawdę imponująco i jest bardzo ważna dla albumu (o jego koncepcie wyżej). Wśród nich znaleźli się między innymi Chino XL (z którym raper miał sformować grupę, ale jakoś wieści na ten temat ucichły), Killah Priest, Born Sun, Planet Asia, Sean Price, Ras Kass, Copwyrite i… Royce Da 5’9”. Zaskoczeni? Ja też byłem gdy pierwszy raz zobaczyłem tracklistę. Okazało się, że Canibus usunął wyczekiwany diss na rapera z Detroit a zamiast tego umieścił wspólny kawałek nagrany jeszcze przed beefem, który zaczął się w 2009 kiedy to Bis zdissował Eminema a Royce odpowiedział mu w jednym ze swoich freestyle’i. Wracając do tematu. Goście prezentują się bardzo dobrze. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Copywrite, który centralnie przyćmił gospodarza na jednym z utworów. Nawet genialna zwrotka Chino XL-a, z takimi wersami jak: „You'll never have a fly quote, nigga, you and I know/The best thing you'll ever write is a suicide note” wydawała się być przy tym średnia (na marginesie trzeba powiedzieć, że Chino zaczyna już bardzo ładnie płynąć po bicie).

Niestety nie znalazłem listy wszystkich producentów albumu, a na tej, którą znalazłem figurują kompletnie nieznane mi pseudonimy. Hypnotist? DJ Kru? Vherbal? Kim do cholery są ci kolesie? Ale czy to ważne? Ważne jest to że poradzili sobie bardzo dobrze. Canibus zawsze był krytykowany za zły dobór bitów, ale czy to jego wina, że jego budżet jest bardzo ograniczony przez wiadomą pozycję rapgrze? Mimo wszystko, uważam, że większość z tych uwag była niesłuszna (pomijając dwa-trzy naprawdę źle wyprodukowane albumy). Jednak od „Melatonin Magik” sytuacja zaczęła się zmieniać najlepsze i mamy 3 dobrze wyprodukowane albumy po sobie. Bity na „Lyrical Law” trzymają klimat, są odpowiednio dopasowane pod wykonawców + stoją na naprawdę dobrym poziomie technicznym. Chociaż moim zdaniem nie dorównują tym z „C of Tranquility”.

Cóż powiedzieć na koniec? Gospodarz w świetnej formie, na bardzo dobrych bitach, z dobrze prezentującymi się featuringami? Dostaliśmy po prostu bardzo dobry album, którym Canibus szturmem powrócił do mojej playlisty, na której ostatnio było go trochę mało. Dzięki tej płycie odkryłem też na nowo poprzednią, co akurat dla mnie jest wielkim plusem. Bis już od 2007 siedzi na lirycznym tronie i ani śmie z niego schodzić. Wiele osób (szczególnie psychofanów Eminema) czeka na jego potknięcie, którym ten album na pewno nie jest. Martwią mnie tylko pogłoski o tym, że na nowej, zapowiadanej płycie rapera „Rip The Jacker 2” nie będzie żadnego podkładu od ojca sukcesu poprzedniej części – Stoupe’a. Ale na to wścieknę się potem, gdy już zostanie to potwierdzone.

Ocena: +4 (Postanowiłem porzucić 10 stopniową skalę oceniania, bo za dużo było po prostu ocen w okolicach 8 i 9 i nie wiedziałem już jak te płyty porównywać ze sobą. Niedługo zrobie najprawdopodobniej listę wszystkich ocenionych płyt starą skalą i przekonwertuje je na nową. Zbliża się sierpień oraz daty premier aż czterech płyt na które czekam: „Succes Is Certain”, „The RICANstruction” (w końcu!), „The R.E.D. Album” oraz „The Carter IV”. Postaram się zrecenzować przynajmniej 3 albumy z wyżej wymienionych).

czwartek, 16 czerwca 2011

Bad Meets Evil - Hell The Sequel (Recenzja)

I reckon you ain't familiar with these here parts. You know, there's a story behind that there saloon. Twenty years ago, two outlaws took this whole town over. Sheriffs couldn't stop em, quickest damn gun slingers I've ever seen got murdered in cold blood. That ol' saloon there was their lil' home away from home. They say the ghosts of Bad and Evil still live in that tavern and on a quiet night you can still hear the footsteps of Slim Shady and Royce Da 5’9”.

Jeśli nie kojarzysz tej opowieści lepiej wyjdź z tej zakładki w przeglądarce, dowiedz się o co chodzi i wróć tu z większym zasobem informacji bo jak na razie nie możesz uważać się za prawdziwego fana żadnego z tych raperów. O relacjach Eminema i Royce’a można by napisać niejedną książkę. Jedno jest pewne. Gdyby nie poznali się tamtego wieczora, kiedy to zmarła babcia Ryana’a to o nim nikt by nie słyszał a Eminem na dobre zrezygnowałby z rapu pół roku później.

Paradoksalnie, ten niemalże legendarny duet z Detroit nie nagrał za wiele w pierwszym okresie swojej działalności. Single „Nuttin’ To Do” oraz „Scary Movies” wydane w wytwórni Game Recordings osiągnęły dość duży sukces jak na tamte czasy, ale nie były zapowiedzią żadnego większego projektu. Eminem zajęty był nagrywaniem swoich najlepszych płyt w karierze a Royce stopniowym zdobywaniem pozycji w grze. Było tak dopóki nie nagrali potencjalnego hitu, który podchwyciły wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. Szkoda jednak, że z pewnych powodów Royce ustąpił miejsca na nim swojemu idolowi. To dzięki temu ruchowi Nas mógł złożyć wers, który jest powtarzany przez antyfanów Jay’a jak pacierz: „Eminem murdered you on your own shit” (tak w ogóle to naprawdę nieładnie było wyscratchować wersy „Royce is a king of Detroit” ze swojej zwrotki Panie Slim Shady, nieładnie). Potem wynikł słynny beef między Royce’m a D12 a po nim chłopaki dość długo rozpracowywali swoje problemy. Ale nie zapominajmy, że Ryan rapował w 1999 roku: “Cuz this is what happens when Bad Meets Evil / And we hit the trees till we look like Vietnamese people / He's Evil, and I'm Bad like Steve Segal / Against peaceful, see you in hell for the sequel. Artyści dotrzymali obietnicy i tak w tym roku otrzymujemy EP “Hell: The Sequel”.

Jak bardzo zmienili się raperzy nie trzeba chyba mówić. Szczytowa forma Eminema jest już tylko wspomnieniem i chociaż uważa się, że Royce jest właśnie w swoim prime, to moim zdaniem potencjał na najlepszy duet w historii został zmarnowany. Ale OK, nie można przecież mieć wszystkiego. Dwa pierwsze single jakie wyciekły dawały wielkie nadzieje. „Echo” było zapowiedzią genialnego albumu, którego pierwszy dźwięk spali głośniki po pierwszym kontakcie z nimi a „Fast Lane” tylko utwierdzało w tym przekonaniu. Niestety, jak zwykle to bywa przy takich projektach oczekiwania nie zostały do końca spełnione.

Nikt oczywiście nie mówił, że będzie to najlepszy album dekady, ale ja jako wielki fan obu artystów liczyłem na coś więcej niż dostałem. Na Eminema w formie, na Royce’a w formie, na bardzo dobre bity, które zostaną zmiecione z powierzchni ziemi przez genialne flow raperów i w konsekwencji na bangery, które będę katował codziennie przez kilka tygodni a potem dalej będą nieodłączną częścią muzycznego dnia bo dalej będę się nimi jarał. Niestety, nie dostałem wszystkiego… Dobra, zacząłem jak nigdy od narzekań i brzmi to jakby album był totalną porażką a jest zupełnie odwrotnie.

Na cały album składa się 11 utworów. I chociaż przed premierą znałem już 5 z nich i dosyć często gościły na mojej Winampowej playliście to podczas pierwszego odsłuchu całości nie doznałem odczucia znużenia nimi i cały materiał wydawał się stosunkowo świeży. Co jest naprawdę zaskakujące raperzy skupili się bardziej na konceptowych utworach niż braggach i wyszło to bardzo, bardzo dobrze.

Pierwszym ciekawym pomysłem jest storytelling w „The Reunion”. Artyści opowiadają osobne historie, które w ostatniej zwrotce splatają się w jedną i mają symbolizować tytułowe zjednoczenie się grupy. Pada tam kilka ciekawych wersów, dzięki którym możemy poznać stosunek raperów do pewnych spraw. Eminem wciąż narzeka na swoją przedostatnią płytę : „Relapse sucked” a Ryan po raz kolejny wyraża swoje zdanie na temat modnej teraz filozofii “swaggeru”: „She said I'm feeling your whole swagger and flow, can we hook up? / I said, umm, you just used the word swagger, so no”.

Kolejnym dobrym konceptem są dwa ekspresywne utwory w których raperzy dzielą się z nami swoimi przeżyciami. Fascynuje przede wszystkim Royce, który jak nigdy zaczyna się ostatnio otwierać w tekstach. Wspomina jak nieciekawe życie wiódł kiedyś: “I remember when T-Pain ain't wanna work with me” i porównuje je z dzisiejszym: “My car starts itself, parks itself and auto-tunes / Cause now I'm in the Aston / I went from having my city locked up to getting treated like Kwame Kilpatrick” oraz mówi jak ważna jest dla niego przyjaźń z Eminemem: „And I ain't gotta stop the beat a minute / To tell Shady / I love the same way that he did Dr. Dre on the Chronic/ Tell him how real he is or how high I Am / Or how I would kill for him, for him to know it”. Eminem za to wydaje się ciągle rozliczać z przeszłością i odpierać argumenty atakujących go anty-fanów „I wanna just say thanks cause your hate is what gave me the strength”. Poza tym wciąż czuje się silny co najlepiej obrazuje wers: „Had a dream I was king, I woke up still king”. „Lighters” jest zdecydowanie najlepszym numerem na płycie i można by wypisać z niego wiele, wiele znakomitych wersów.

Braggi są w porządku. O ile nie można tam znaleźć jakichś górnopółkowych punchline’ów z małymi wyjątkami jak” „Y'all are rock stars, I'm the opposite I could just throw a rock and hit a star for the fuck of it” to i tak ze względu na bardzo dobre flow wykonawców brzmią świetnie. Najlepszym utworem w tej konwencji jest zdecydowanie „Above The Law”, które dzięki energicznemu bitowi daje raperom największe pole do popisu. Nie można zapominając także o „Echo”, gdzie Royce wersami typu: „Pen got a mind of its own, got to write my rhymes with a timer / Otherwise I’ll probably vibe out to a nine minute song” dawał do zrozumienia, że to będzie jego EP’ka (ale o tym niżej). Nie mogło zabraknąć też utworu przesiąkniętego seksem. Na tej płycie nurt Anakreonta reprezentuje „Kiss”. No bo co to za płyta, na której Royce nie wspomina o swoich genitaliach?

Produkcją większości płyty zajął się członek D12 i dobry przyjaciel raperów Mr. Porter. Jego podkłady są różnorodne i choć większość nie jest na poziomie, do którego przyzwyczaił nas chociażby DJ Premier to wszystkie są co najmniej dobre. Oczywiście perełką wśród nich jest „Above The Law”, które buja mnie po dziś dzień. Oprócz Pana Portera swoje bity dorzucili Havoc (który zrobił niespodziewanie dobry bit), Supa Dups i Sid Roams oraz sam Eminem, którego podkłady jakoś nigdy nie przypadały mi do gustu i tak jest i tym razem. Nie można zapominać też o Bangladeshu, który po hicie „6’ 7’” chyba zaczyna przebijać się do większego grona odbiorców.

Teraz pytanie – jak prezentują się raperzy? Który z nich lepszy? "Nie można ich porównać. Są jednością na tej płycie i obaj wypadli bardzo dobrze". Tak napisałby ktoś kto albo chce usprawiedliwić jedną stronę, albo po prostu nie zna się na rzeczy. Z przykrością stwierdzam (a może nie), że Royce przejął tę płytę zostawiając Eminema z tyłu. Po prostu Marshall nie ma już tej świeżości po tym jak diametralnie zmienił swój styl z tamtym roku. W jedynym numerze jakim górował „The Reunion” górował tylko dlatego, że stylem przypominał stare, dobre „Relapse”. Wiem, to tylko moje odczucie i możecie się z tym nie zgodzić, ale ileż można być takim spiętym! Kiedyś robił to tylko przy okazji bardziej emocjonalnych kawałków typu „The Way I Am” a teraz praktycznie w każdej zwrotce brzmi chciał komuś strzelić w pysk (a może o to chodzi?). Royce za to robi stopniowy progres i strach pomyśleć jak będzie prezentował się jego nowy solowy album. Jako mistrz slow flow teraz zaczyna próbować szybszej nawijki i wychodzi mu to bardzo dobrze. Lirycznie oczywiście mógłby być lepszy, ale nikt nie oczekuje od niego tekstów na poziomie Canibusa, prawda? W ogóle, nie czujecie się trochę zażenowani nagonką na Eminema za wers „Nicki Minaj I wanna stick my penis in your anus”? Pierwsze z brzegu wersy Royce’a z poprzednich projektów: „Plus he been pushin' that bar, he knows what he wants / He'll fuck a Pussycat Doll before he retires”, “My dream mistriss is a bitch like pinky with brains / Or Roxy Renolds I stick dick into her / She suck cock for a living, tongue kiss with Murs”. Widać uszło mu to płazem, ze względu na to, że był o wiele mniej znany.

Cóż, najlepszym podsumowaniem tej recenzji będzie to, że chociaż lekko się zawiodłem na tym albumie, to wciąż podczas przesłuchiwania płyty nie pomijam żadnych numerów. Marshall i Ryan zrobili naprawdę kawał dobrej roboty, ale szkoda, że fani tacy jak ja pozostaną z niedosytem. Czy to tylko wina tego, że Eminem nie jest ostatnio w formie? Przede wszystkim. I dlatego jestem jeszcze bardziej zły, że ten projekt nie został zrealizowany w okolicach 2000 roku, kiedy Eminem był w swoim prime i chociaż Royce dopiero szlifował umiejętności, to i tak byłby to prawdopodobnie lepszy album niż jest teraz.

Ocena: +8/10

And so that's the story when Bad Meets Evil. Two of the most wanted individuals in the county made Jesse James and Billy the Kid look like law-abiding citizens. It's too bad they had to go out the way they did. Got shot in the back comin’ out of that ol' saloon… But their spirits still live on till this day.

sobota, 11 czerwca 2011

Tech N9ne - All 6's and 7's (Recenzja)

Z przyjemnością ogłaszam początek lata z albumami prawdopodobnie najlepszych raperów jacy chodzą po tym świecie. Tech N9ne, którego płytę tutaj recenzuje nie miał farta. Zaraz po pierwszym przesłuchaniu jego albumu do sieci wyciekło Bad Meets Evil i chcąc nie chcąc musiałem ten projekt przesłuchać. Potem, gdy obiecałem sobie, że do premiery i kupna oryginalnej płyty nawet go nie tknę (choć dzisiaj już widzę że nic z tego nie wyjdzie) żeby mieć czas na dokładne przesłuchanie Techa wyszedł drugi singiel z solowej płyty Royce’a a dwa dni później mój monitor poszedł przywitać się ze Świętym Piotrem. No, ale dzisiaj miałem okazję ponownie przesłuchać krążek rapera z Kansas City i napisać recenzję, którą macie przed oczami. Znowu cholera wyszedłem trochę z wprawy, ale mam nadzieję, że szybko wrócę do formy. Bo ojczyzna wzywa. OK, wracajmy do Techa.

Zanim przyszedł czas „All 6’s and 7’s” raper po genialnym „K.O.D.” wydał jeszcze dwie EP’ki - „The Lost Scripts of K.O.D.”, „Seapage”, jeden pełnoprawny album - „The Gates Mixed Plates” oraz jeden mixtape - „Bad Season” (kiedyś już mówiłem, że to pracoholik). Ta część kariery Tech N9ne’a nie jest jednak dobrze widziana przez jego fanów. Sam nie wiedziałem dlaczego. O ile album był po prostu dobry, a EPki średnie to mixtape bardzo mi się spodobał. Już wtedy widać było, że Tecca idzie w dobrym kierunku. Akurat w maju ponownie sprawdziłem dyskografię najlepiej sprzedającego się podziemnego rapera i stwierdziłem, że naprawdę, szczególnie te EPki odbiegały od poziomu jaki prezentował wcześniej. No, ale jest teraz jest rok 2011 i już najwyższy czas na kolejne LP.

Już po singlach wiedziałem, że będzie to album co najmniej dobry. Tech N9ne wrócił w nim do bardziej lirycznego podejścia do rapu. Oczywiście ta płyta tak jak poprzednie opiera się przede wszystkim na technice (o której poniżej), ale mamy tutaj dużo więcej pomysłów na teksty niż przy okazji poprzednich produkcji. Płyta jest przede wszystkim różnorodna. Usłyszymy tutaj trochę osobistych tekstów, które stoją na bardzo wysokim poziomie – „Mama Nem”, trochę mroczniejszych kompozycji – „Boogieman” (tak w ogóle to dopiero dziś dowiedziałem się dlaczego Tech zrezygnował z tworzenia płyt w pełnej konwencji mroku) a także luźne teksty na temat płci przeciwnej – „Fuck Food” (czyż ta fraza nie jest genialna?).

Flow Techa wciąż jest niezaprzeczalnie jednym z najlepszych (jak dla mnie najlepszym) w dzisiejszym rapie. Nina jest mistrzem w przyśpieszaniu i chociaż sam nie lubię takiego rapowania to słuchanie rapera z Kansas City jest dla mnie czystą przyjemnością. Czuć, że artysta ma pomysł na każdy bit i potrafi w ciekawy sposób go rozpracować. Chęcią pokazania się z jak najlepszej strony pod względem szybkości nawijki jest utwór „Worldwide Choppers” kontynuator serii „Midwest Choppers” z poprzednich płyt. Gospodarz zaprosił tutaj czołówkę raperów którzy słyną z tego, że chcą swoim flow dogonić światło. Jak wyszło? Bardzo ciekawie i choć tak jak mówiłem nie jestem fanem tego typu rapu to trzeba oddać wszystkim artystom, że spisali się na medal. Jeśli już jesteśmy przy technice, to po raz kolejny stwierdzam, że niewielu w Stanach składa rymy tak jak Nina. A to jest wielki plus.

Tech zaczyna celować w mainstream. Widać a właściwie słychać to szczególnie po bitach i występach gościnnych (o których później). Płyta została wyprodukowana przez trochę innych ludzi niż wcześniej. Mniej już tu nieznanych nazwisk spod szyldu Strange Music a trochę więcej bardziej rozpoznawalnych beatmakerów. Palce w produkcji maczali między innymi: B.o.B, J.U.S.T.I.C.E. League czy bardzo pasujący do tytułu płyty Seven. Podkłady tak jak teksty są bardzo różnorodne i idealnie wprowadzają w ich tematykę. Tam gdzie ma być mroczno jest mroczno, tam gdzie ma być lekko jest lekko a tam gdzie ma być banger jest banger.

Jeśli pierwszy raz popatrzymy na tracklistę płyty, to wygląda ona bardziej jak tracklista kolejnego albumu z serii Collabos. Na szczęście przy przesłuchaniu odetchniemy z ulgą, gdy okaże się, że większość featuringów to artyści w refrenach a pozostali goście spisali się naprawdę nieźle. Moim ulubionym utworem na płycie jest (nie licząc bonusów) wspomniane już „Fuck Food”. Naprawdę, pierwszy raz w życiu aż tak spodobała mi się zwrotka autorstwa Lil’ Wayne’a i jego wątpliwie inteligentne punchline’y typu „I eat that pussy like a last supper”. Po raz pierwszy także tak naprawdę zajarałem się refrenem T-Paina, który jeśli nie przyćmił raperów to przynajmniej szedł za nimi krok w krok. Co poza tym? Yelawolf we wspominanym już „Worldwide Choppers” zasygnalizował mi, że mogłem pomylić się w jego ocenie a stare dobre dziadki – Snoop Dogg i E-40 doskonale sprawdziły się w swojej ulubionej tematyce w utworze „Pornorgaphic”.

Podsumowując to co napisałem powiem: Tech wraca. Ale skąd? Wraca z fazy najwyższego w swojej karierze przekładania formy nad treść do zbalansowania swoich umiejętność . To właśnie takiego Tech N9ne’a katowałem w 2009 roku i mam szczerą nadzieję, że tę formę już utrzyma lub ewentualnie wzbije się na jeszcze wyższy level. Straszna wizja, prawda?. „All 6’s and 7’s” to płyta bardzo dobra, która zdecydowanie spełniła moje oczekiwania a może nawet lekko je przerosła. Jako fan „Sickology 101” oraz „K.O.D.” mogę szczerze powiedzieć, że Tech N9ne znów plasuje się w mojej czołówce raperów i chyba nie raczy jej w najbliższym czasie opuścić.

Ocena -9/10

niedziela, 8 maja 2011

Co z tym Bostonem?

No to Playoffs rozpoczęły się na dobre. Wczorajszy mecz Bostonu był chyba ostatnim meczem, który oglądałem na żywo ze względu na to, że skończyła się już przedłużona przeze mnie przerwa w nauce. (A tak na marginesie to jebać pogodę! Dopiero dzisiaj się przejaśniło i ociepliło! Ale przynajmniej u mnie śnieg nie padał.) Chyba, że zdecyduję się zarwać nockę, co będzie bardzo prawdopodobne, jeśli dojdzie do meczów 7 w serii Bostonu z Miami i Memphis z Thunder. Lakers dostają w zad od Dallas i po raz pierwszy w życiu kibicuję Dirkowi. No, ale nie o tym chcę mówić w tym tekście skupię się na mojej ulubionej drużynie, na Bostonie.

Seria z Nowym Jorkiem napawała optymizmem. I to tak olbrzymim, że nawet ja, największy hejter trade’u Perkinsa na ziemi, zacząłem myśleć „o, a może to zadziała?”. Niestety przyszła seria z Miami czyli zderzenie z murem rzeczywistości. Dwa pierwsze mecze były, nie ma co się oszukiwać, klęska Celtów. Atak kulał jak Doktor House a obrona nie mogła zatrzymać Wade’a i spółki. To był tak bolesny dla mnie obraz, że nie dałem rady oglądnąć obydwu tych meczów do końca. Ale miałem jedno pocieszenie - były to mecze na wyjeździe. U siebie Boston jest prawie nie do pokonania.

W sumie jeśli spojrzeć z innej strony to nie była jedyna przewaga. Jackie McMullan z ESPN Boston zrobił listę 10 powodów dlaczego Celtics wygrają trzeci mecz. Nie będę się w nie za bardzo zagłębiał, no ale trzeba przyznać, że wyszło tak jak Jackie powiedział. Boston triumfował.

Już od początku siły Zielonego Gangu rzuciły się do ataku. Aż przyjemnie było na to patrzeć. Potem mecz był trochę bardziej zrównoważony, ale Boston ciągle pozostawał w grze. Druga połowa jednak to arcy-genialna gra Celtów, którzy chyba dopiero wtedy zdali sobie sprawę z tego, że przegrana w tym meczu równa się szybszej wyprawie na ryby. Taki zespół chcę oglądać już do ostatniego meczu finałów!

Cały zespół grał świetną koszykówkę, ale oczywiście trzeba wyróżnić x-factora. Tym na pewno był Kevin Garnett. Ten mecz przekonał mnie w pełni do tego zawodnika. Do tej pory uważałem go oczywiście za bardzo dobrego gracza, ale poza tym, za wielkiego buraka, który tylko czeka, żeby zrobić coś na granicy faulu technicznego. Po obejrzeniu tego spotkania i wcześniejszym przeczytaniu wywiadu z nim w magazynie MVP postanowiłem raz na zawsze zdjąć z niego łatkę brudnego zawodnika. Dalej nie podobają mi się niektóre jego zachowania, ale teraz będę patrzył na nie trochę inaczej. No, ale wracając do meczu. Kevin swoją grą przypominał mi siebie sprzed 6 lat, kiedy to jeszcze dominował w lidze w koszulce Timberwolves. Chris Bosh był niewidzialny. Garnett swoją obroną, a przede wszystkim aktywnością w ataku przez cały mecz odmienił oblicze drużyny. Tak trzymać KG!

Coś jeszcze? Oczywiście. Paul Pierce jako kapitan od pierwszych sekund wziął na siebie ciężar odpowiedzialności i rzucił w pierwszych czterech minutach 8punktów. Potem dołożył 5 i skończył pierwszą kwartę z dorobkiem 13 oczek. Jakby tego było mało wrócił mój ulubiony center w lidze. Gruby! Zagrał tylko 9 minut i to praktycznie na jednej nodze a i tak zrobił więcej niż mógłby zrobić Nenad „Czarna Dziura” Kristić. Przekonałem się też, do Delonte „Chcę Poznać Twoją Matkę” Westa, który, mogę to szczerze powiedzieć, gra o wiele lepiej niż Nate Robinson. Przede wszystkim jest od niego o wiele lepszy w obronie.

Jeżeli już mówimy o rozgrywających, to Rajon Rondo zyskał w moich oczach wiele, choć już przed tym meczem uważałem go za najlepszego rozgrywającego w lidze. Koleś wybił sobie łokieć, zszedł na chwilę do szatni, po czym wrócił i grał na podobnym poziomie co przed kontuzją a na dodatek w pomeczowym wywiadzie stwierdził: „No tak, to boli, ale nie mogę traktować tego jako wymówki”. To się nazywa serce mistrza!

Jedyną moją obawą jest to, że taki mecz ze strony Celtów może się już nie powtórzyć. W następnym spotkaniu Rondo będzie grał już w nastawionym łokciem, ale żeby się zrósł potrzeba czasu. Po Shaqu widać, że nie gra na 100%, ale nawet w te 10 minut może pomóc drużynie pod warunkiem, że znowu nie złamie sobie nogi. Paul grał znakomicie ale nie będzie przecież trafiał trójek w nieskończoność. Z całej wielkiej trójki jedynie Allen nie zagrał na wyższym poziomie niż zawsze. Ale pamiętajmy, że jak ma ku temu sposobność potrafi rzucić nawet 10 trójek w meczu. Koniec końców, patrzę w przyszłość z lekkim niepokojem, ale też z wielką nadzieją.

P.S. Następne miesiące zapowiadają się świetnie. W czerwcu wychodzi projekt Tech N9ne’a oraz wspólny album Eminema i Royce’a, w lipcu solówka 5’9” aka I Got A Big Dick (chociaż zarzeka się, że będzie bardzo dużo kawałów osobistych, jaram się!) oraz długo wyczekiwana płyta Chino XL’a – RICANstruction! Może nawinie się po dordze nowy album Slaughterhouse… Tak czy inaczej stay tuned!

sobota, 30 kwietnia 2011

Maccaveli'ego powrót do NBA

Playoffs baby! A w połączeniu z przerwą w nauce jest to prawie codzienne zarywanie nocy tylko po to by pooglądać kolejny emocjonujący mecz w tej fazie. Bardzo dawno nie było żadnego tekstu o koszykówce, wiec zobaczymy, czy nie wyszedłem z wprawy. Będę pisać trochę chaotycznie, po prostu w każdym akapicie poruszę coś co siedzi mi w głowie. Koszykarskie emocje wróciły!

Kilka dni przed deadline’em Carmelo Anthony został w końcu wytransferowany do Nowego Jorku. Tyle spekulacji, tyle tych żenujących gierek aż w końcu oficjalnie przeprowadził się do miasta, które nigdy nie śpi. Wcześniej jednak wydawało się, że na prawie 100% Melo zamieszka kilkanaście kilometrów dalej – w New Jersey. No, ale żona pragnąca seksu w wielkim mieście zadecydowała, że jej mąż uda się do Wielkiego Jabłka, by odbudować potęgę New York Knicks. Tak się przynajmniej wydawało. Ale kolejne mecze trochę rozwiały tę optymistyczną wizję i po trochę słabszej drugiej połowie sezonu NYK po raz pierwszy od 2004 dostali się do Playoffs. Co się tam działo? O tym kilka akapitów niżej. Cóż, nie chciałem żeby Melo opuszczał Denver. Nie tylko dlatego, że mam jeszcze jego koszulkę z numerem 15. Ta drużyna rozwijała się naprawdę dobrze, i za kilka lat Anthony mógł walczyć z nią o najwyższe cele. Po prostu brakowało jej dobrego wysokiego, który mógłby bronić takich graczy jak Bynum czy Gasol. Spisani na straty Nuggets po wymianie zaczęli grać bardzo dobrze i dostali się do Playoffs, gdzie niestety ulegli Oklahomie, ale i tak widzę przed nimi wielką przyszłość. Najprawdopodobniej w tym roku kończy się ekstremalnie wysoki kontrakt Kenyona Martina i zobaczymy, czy właściciel będzie chciał zatrzymać go w drużynie, czy zrobić miejsce dla innego gracza (czego ja bym sobie życzył).

Jest dzień trade-deadline’u. Obserwuję wszystkie doniesienia z NBA i czekam na jakąś poważną wymianę. I niestety się doczekałem. Boston wymienił Kendricka Perkinsa i Nate’a Robinsona za Jeffa Greena i Nenada Kristica. Pomyślałem sobie wtedy: „WTF? Tym sposobem na bank pozbawili się szans na mistrzostwo”. Perkins był zaporą pod koszem. Jedynym zawodnikiem w zespole, który mógł utrudnić życie duetowi Gasol-Bynum. Jedynym, który mógłby w miarę ograniczyć Howarda. I co w zamian za niego dostaliśmy? Czarną dziurę Kristica i przeciętnego Greena? No dobra, może nie był taki przeciętny, ale w rotacji Bostonu na pewno nie wyciągnie numerków na poziomie 15-6. No tak. Druga część sezonu była o wiele słabsza niż pierwsza i przez to Boston spadł z 1 na 3 miejsce w konferencji. Ale…

Przyszły Playoffs gdzie oczywiście Celtowie są mocni jak cholera. Pierwszą (i jak na razie ostatnią) batalię stoczyli z Niu Jorkiem. Poradzili sobie bez problemów. Sweep. Rajon Rondo w końcu zapomniał o odejściu Kendricka, oczyścił psychikę i pobił nawet w jednym meczu rekord asyst klubu. Allen rzucał za 3 tak jak powinien, Pierce przewodził jak powinien a Jermaine po kontuzji grał bardzo przyzwoicie. Garnett to Garnett, chociaż nie darzę go wielką sympatią, to grał jak zwykle na wysokim poziomie. Teraz czas na Miami! Popatrzmy jednak na drugą stronę barykady. New York po raz pierwszy od 2004 dostali się do Playoffs. Wielka wrzawa, Madison Square Garden wypełnione po brzegi, ale… No właśnie. Nie mogli być zadowoleni z gry swoich podopiecznych. Chociaż przez pierwsze dwa mecze trzymali się blisko Bostonu to kontuzja Amare odebrała im największą siłę. Melo znowu zaczął promować materiały budowlane przez rzucanie cegieł no i niestety to nie mogło się udać. Trzeba życzyć im powodzenia w następnym roku bo naprawdę zasługują na coś więcej. Choć Melo nie jest już moim ulubionym zawodnikiem to życzę mu jak najlepiej. Aha i życzę im przede wszystkim obrony!

Drugą serią jaką śledziłem były mecze Grizzlies i Spurs. Wydawałoby się, że zespół z San Antonio przebrnie przez pierwszą rundę bardzo gładko. Memphis w końcu po raz pierwszy od 2006 roku weszli do Playoffsi i nikt o zdrowych zmysłach nie stawiał ich w roli faworytów. Ale ci jak na złość zrobili wielką niespodziankę. Kurde, kibicuję tym gościom od 2009 i gdy widziałem zapełnione FedEx Forum i porównałem je do stanu z jesieni 2009 to aż mi się morda cieszyła. Chłopaki wzmocnieni Tony’m Allenem w końcu pokazali na co ich stać. Młoda drużyna o potencjale Thunder? Niee, ale i tak mają wielkie możliwości. To co robili ze staruszkami ze Spurs przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wysłali Timmy’ego na ryby już po 6 meczach. Jest to drugi „upset” w siedmio-meczowej serii w historii NBA. Teraz czeka ich potyczka z wyżej wymienionymi Thunder. Zapowiada się bardzo ciekawa seria.

P.S. Ta seria uświadomiła mi jak bardzo Mike Breen i spółką górują nad innymi komentatorami. Nawet tymi z TNT.

sobota, 2 kwietnia 2011

Czy liryka w rapie schodzi na drugi plan?

Czasów ostatniego posta nie pamiętają chyba nawet najstarsi górale. Ale już to nadrabiamy. Napisałem z moim ziomem Peinem z http://peingodofamegakure.blogspot.com dłuuugą rozprawkę, felieton, esej, nie wiem jak to nazwać na temat "Czy liryka w rapie schodzi na drugi plan?". Niby takie banalne pytanie a poruszane kwestie w tym tekście mnie samego szczerze zaskoczyły. Zaskoczyła mnie też łatwość jego napisania, szczególnie w stosunku do jego długości. Zapraszam do zapoznania się z tekstem.

Pein: Liryka to nieodłączny element rapowych kawałków, który był obecny od pierwszego oficjalnego nagrania rapowego w historii, a więc ,,Rapper’s Delight” autorstwa The Sugerhill Gangu z 1979 roku. Były to czasu głębokiego Old Schoolu, gdzie MC tak naprawdę pełnił drugoplanową rolę. Mając to na uwadze, odpowiedź na zadane w temacie pytanie jest oczywista. Jednakże od 1979 roku minęło ponad 30 lat, w przeciągu których rola rapera stała się kluczowa, a liryka ewoluowała – zarówno w kwestii technicznej jak i tematycznej. Kiedy w latach 80-tych za mikrofon chwyciły osobistości pokroju Rakima, Kool G Rapa, Slick Ricka, Big Daddy Kane’a czy Kool Keitha nic już nie było takie same. Mianem rapera, który najbardziej rozwinął lirykę głównie okrzykuje się Rakima, jednakże każdy z wyżej wymienionych artystów dołożył coś od siebie, co wprowadziło teksty na wyższy poziom. Slick Rick genialne storytellingi, Big Daddy Kane wysoce technicznie zaangażowane braggadacio, Kool Keith pełną abstrakcję tematyczną i tak dalej. Oczywiście nikt nikomu nie bronił zachwycania się bitami, ale nie wierzę, że ktokolwiek z niezłą znajomością języka angielskiego będzie bardziej przejęty warstwą muzyczną takich płyt jak ,,Long Live The Kane”, ,,Road To Riches” czy ,,Paid In Full” niż liryczną.

Maccaveli:
Masz całkowitą rację. Takie klasyczne płyty jak „Paid In Full” pokazują, że warstwa liryczna powinna pełnić pierwszoplanową rolę w rapie. Ale czasy się zmieniały. O ile jeszcze w latach 90 tacy raperzy jak 2Pac czy Notorious przyciągali uwagę tekstami, to potem już zaczęto zawracać większą niż przedtem uwagę na umiejętności wokalno-techniczne oraz bity. Wątpię, żeby w latach 90, jeszcze za życia 2Paca, patrzyło się na niego przez pryzmat tego, że czasem zdarzy mu się wypaść z bitu. Biggie’ego chyba też nie okrzyknęli „raperem pod którego to bity się dopasowują a nie na odwrót” od razu. Dopiero gdzieś w naszym tysiącleciu ludzie zaczęli zwracać na to uwagę. I dlatego „Candy Shop” 50 Centa stał się większym hitem niż przykładowo bardzo dobry utwór „Power of the Dolar”. Chociaż też trudno mi powiedzieć, jak słuchając Chronica od razu po premierze można było jarać się tekstami.

Pein:
Oczywiście są płyty w rapie, które przede wszystkim przyciągają brzmieniem, a dopiero potem tekstami. Po pierwsze, dlatego że to brzmienie jest wyśmienite, a po drugie, że czasami teksty nie są najwyższych lotów, jednak nie każdy raper musi być pod tym względem mistrzem. Idealnym przykładem jest wymieniony przez Ciebie ,,Chronic”. Zarówno ten z 1992 jak i z 1999 roku. Pomijając już kontrowersyjną kwestię o domniemanym złodziejstwie bitów przez Dr. Dre, szczególnie jeżeli chodzi o album z 1992 roku, który jest uważany przez większość za pierwszy w stu procentach G-Funkowym materiał, to brzmienie obu Chroniców jest wybitne. Nasunął nam się temat G-Funku i sądzę, że jest to idealny przykład nurtu, w którym liryka schodzi na drugi plan. Nie jestem zbytnio obeznany w tym gatunku muzyki, ale wręcz pewny, że słuchając płyt typu ,,Vision Of A Dream” Vontela czy ,,Parlayin’” The D.E.E.P. przede wszystkim chodzi o klimatyczne brzmienie.

Maccaveli:
No tak, są podgatunki, które stawiają przede wszystkim na brzmienie. Ale trzeba się zastanowić, co tak naprawdę jest najważniejsze. Mam tu wypowiedź mojego ulubionego rapera na postawione mu przez dziennikarza pytanie „co jest ważniejsze, flow czy tekst”: http://www.youtube.com/watch?v=aJ2UwSL0_wk Trudno nie przyznać Royce’owi racji, bo ktoś może być nawet wybitnym lirykiem, ale jego skillsy na majku będą tak przerażające, że aż odechce się tego słuchać. Przykładem takiego rapera może być Proof, który pomimo swoich nieprzeciętnych umiejętności lirycznych, jeszcze przed śmiercią brzmiał jak trup. Natomiast ktoś, kto rapuje ciągle rapuje w temacie „money, hoes, guns”, ale za to z zajebistym flow, może być słuchany przez dużo większą grupę odbiorców. Co o tym sądzisz?

Pein: Racja. Są przypadki raperów, które można zaliczyć do skrajnych. Sądzę, że artystą, który ma świetne teksty, ale nie powalające flow jest Guru. Jednakże trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest najważniejsze, ponieważ wiele zależy od różnych czynników. Zależy od tego, czego poszczególny słuchacz szuka w rapie, jaka jest jego znajomość angielskiego (sądzę, że to kluczowy element) oraz od miejsca, w którym się rapu słucha. ,,Dlaczego każdy ma się dołować, rap to też muzyka rozrywkowa” – tak zarapował kiedyś Tede i ja się z tym zgadzam w stu procentach. Poza tym pierwotnym założeniem tej muzyki miała być zabawa. Ja osobiście nie jestem wielkim fanem imprezowych brzmień i nie słucham takiego rapu praktycznie w ogóle, ale nie wyobrażam sobie, aby podczas imprezy czy też picia z koleżkami słuchać kawałków z powalającą liryką, a niezbyt czy w ogóle nie bujającymi bitami. Ważną kwestią jest to, że nie każdy raper jest dla każdego i na każdą okazję. Słuchanie Canibusa, Chino XL’a czy K-Rino, w których to liryka góruje nad innymi elementami rapowego rzemiosła, dla samego słuchania, to jak picie whisky wartej 300 złoty z colą – czysta profanacja.

Maccaveli: Ja w przeciwieństwie do Ciebie lubię rapową rozrywkę, ale zależy też co przez to rozumiemy. Bo takich pajaców jak Gucci Mane czy Łaka Flaka do tej kategorii nigdy bym nie zaliczył. Ale Trick Daddy’ego, Ludacrisa czy T.I’a zawsze chętnie posłucham. Problem leży gdzie indziej moim zdaniem. W stawianiu tego rozrywkowego rapu ponad zaangażowany rap z bardzo dobrą warstwą liryczną. Oczywiście, każdy słucha tego czego chce i jeśli ktoś chce słuchać Soulja Boy’a to nie można mu tego zabronić, tylko teraz pojawia się pytanie. Co jest bardziej wartościowe? Co jest obiektywnie trudniejsze do zrealizowania. Napisanie dobrego, głębokiego tekstu z mnóstwem metafor i porównań, czy zrobienie bujającego bangera, który kiwałby głowami nawet strażników angielskich.

Pein: Dla mnie także Gucci Mane i Łaka Flaka to poziom depresji. Muzyki Trick Daddy’ego ani Ludy w zasadzie nie znam, ale jestem pewny, że mają w repertuarze dobre imprezowe tracki. Z drugiej strony można znaleźć bujające kawałki raperów nie specjalizujących się w takiej stylistyce i nie pochodzących z Południa. ,,Get Stupid” od Mac Dre - http://www.youtube.com/watch?v=VHayYMdDUJY , a nawet tak skrajne rzeczy jak ,,Benzi Box” od DangerDoom - http://www.youtube.com/watch?v=ZM7yVtd32LQ czy ,,Killing Me Inside” od Sina - http://www.youtube.com/watch?v=RWq1dRu7J5U Wracając jednak do setna sprawy, a więc pytania czy zaangażowany numer jest bardziej wartościowy od bujającego? Wg mnie zdecydowanie tak. Nie chcę przez to powiedzieć, że powinno się zakazać nagrywania bangerów ani nie chcę powiedzieć, że bangery są prymitywne, ponieważ stanowią one urozmaicenie tego jakże przecież wszechstronnego gatunku muzycznego jakim jest rap. Jak już słusznie zauważyłeś, stworzenie ciekawego, zaangażowanego kawałka jest trudniejsze niż bujającego.

Maccaveli: Jeśli już jesteśmy w temacie tego, co jest bardziej wartościowe to miałem kiedyś dyskusję z fanami rapu z przekazem, którzy uważali braggadacio za bezwartościowy i do tego nieprawdziwy rap. Nie będę wypowiadał się na temat ilorazu inteligencji tych osobników, bo wystarczy puścić sobie wymienionych Big Daddy Kane’a czy Rakima, żeby zobaczyć czym jest prawdziwy rap. Ale tu nasuwa się inne pytanie, już jakby w wewnętrznej dyskusji na temat tekstów. Czy bragga jest naprawdę bezwartościowa? Jest to raczej pytanie retoryczne, bo wiadomo, że dominuje tam wyłącznie forma, wszystkie dwuznaczności, punche. Treść pozostaje jedna i ta sama: „jestem zajebisty” bądź „jestem lepszy od ciebie”. Ale od tego się zaczęło. Rzperzy w klubach walczyli na rymy, żeby pokazać, że to oni są mistrzami ceremonii. Dodatkowo wystarczy spojrzeć na mistrzów tego rzemiosła takich jak Chino XL, żeby zobaczyć, że to także wymaga niemałych skilli. Tylko, czy bragga stoi na równi z zaangażowanymi, głęboki tekstami, które nie dość że coś przekazują, to jeszcze ubrane są w genialne zabiegi liryczne?

Pein: Myślę, że pod czystym względem wartości artystycznej oraz trudności stworzenia braggadacio i głębokie teksty można postawić prawie na równi. A już na pewno są bliżej siebie niż każde z nich ma do imprezowych tekstów. Niektórzy ludzie mylnie sądzą, że łatwo jest zrobić numer z dobrym bragga. Stworzenie przechwałek także wymaga umiejętności, wiedzy i otwartości umysłu. Bardzo istotne są np. porównania. Jak raper używa bardzo szerokiej gamy porównań, co idealnie robi wspomniany wyżej Chino XL, to świadczy o jego kreatywności i umiejętnościach. Druga sprawa, uważam, że wkomponowanie technicznych zabiegów czy gier słów w braggadacio jest łatwiejsze niż w teksty, które mówią konkretnie o jakimś problemie. Nie chcę przez to dowieść banalności bragga, ale chcę powiedzieć, że ten styl rymowania ma to do siebie, że mimo że nie przekazuje ambitnych treści, łatwiej w niego wkomponować popisy liryczne, które pokazują siłę rapera, niż wkomponować je w zaangażowane treściowo kawałki. Dlatego też zarówno dobre numery bragga jak i dobre zaangażowane treściowo cenie tak samo, chociaż jasnym jest, że bardziej ambitne są te drugie.

Maccaveli: My możemy patrzeć na to tylko oczami ludzi, dla których teksty jednak coś znaczą. Choć ja już odszedłem od takiego ślepego patrzenia (dobry oksymoron) na teksty i zacząłem poznawać uroki innych elementów rapu to dalej uważam umiejętność ich pisania za podstawę dla każdego rapera. Dla mnie raper, który potrafi robić zajebiste bangery, a nie potrafi choć raz napisać tekstu z choćby prostym konceptem, nigdy nie będzie w czołówce. Myślę, że to wszechstronność tworzy najlepszych raperów. Popatrzmy np. na rabkingi ulubionych raperów naszych znajomych. Dominują tam przede wszystkim legendy a zdecydowana większość z nich miała umiejętności liryczne ponadprzeciętne. Czemu nazywa się Notoriousa najlepszym raperem w historii? Bo poza swoim flow potrafił napisać dosłownie wszystko. Oczywiście znajdą się ludzie, u których czołowe miejsca rankingów okupują Łaka Flaka, Guczi czy strażnik Ross, ale to są już chyba mocne odchyły od normy. I właśnie to pozwala nam sądzić, że to teksty są podstawą każdego projektu.

Pein: Zdecydowanie tak. Są jego fundamentem, ponieważ jak już się zna jakoś ten angielski i nawet jak się słucha rapera dla flow (które oczywiście musi posiadać), to nie jest możliwym, aby nie mieć kontaktu z tekstem czy też nie zwracać na niego w jakimś stopniu uwagi. Kiedyś naiwnie przyjmowałem za pewnik, że każdy, kto słucha amerykańskiego rapu zna angielski co najmniej dobrze. Teraz wiem, że tak nie jest. Oni mogą olać lirykę i tylko patrzeć na flow czy bit. Dla ludzi takich jak my, nie jest to do końca możliwe. Sądzę, że ciężko jest zdefiniować ogarniętego słuchacza, ale jestem pewny, że jedną z jego cech byłaby na pewno nie stawianie liryki na drugim planie. Jak już mówiliśmy, jest sporo kawałków czy numerów, gdzie tekst nie gra roli przewodniej, ale sądzę, że jednak jest jeszcze więcej rapu, gdzie liryka gra główną rolę, a już na pewno wśród tego rapu, który uznaje się za kanon. Poza tym, co to za słuchacz, któremu nie zależy chociażby w jakimś stopniu (bariera językowa, którą jednak można przełamywać) zrozumieć, o czym nawijają legendy na swoich klasycznych płytach czy też choćby jego ulubieni raperzy?

Maccaveli: Dokładnie, to chyba odróżnia ogarniętego słuchacza od takiego turysty, mógłbym rzec. Ogarnięty słuchacz zwróci uwagę na tekst choćby nie wiem co, a turysta to taki lamus, który usłyszał w MTV jakiś numer Eminema, 50 Centa (no discrepect to Em and Fifty) i pomyślał sobie „a będę słuchał tego i będę fajny”. I to jest kolejny problem, którego raczej nie będę opisywał, bo tu byłby potrzebny socjolog a nie felietonista. Pamiętasz naszą ostatnia rozkminę nad pewnym wersem? Jak próbowaliśmy spisać tekst ze słuchu? Jak myślisz ile osób teraz tak naprawdę wgłębia się w teksty, żeby rozszyfrować gry słowne, czy znakomite punche?

Pein: Pamiętam. Takie przypadki wśród słuchaczy zdarzają się bardzo rzadko. Ktoś mógłbym rzec, że takie rozkminianie i dochodzenie podchodzi pod obsesję, jednak to byłaby bzdura. To tylko świadczy, jak słuchaczowi zależy na zrozumieniu tekstu i jak bardzo interesuje go to, o czym raper zarapował, co konsekwentnie prowadzi do tego, że stawia sobie lirykę na piedestale. Sądzę, że zdecydowana większość nie zadaje sobie takiego trudu i słuchają na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”. Jak znają dobrze angielski, to na pewno są w stanie zrozumieć mniej więcej o czym jest kawałek i są spełnieni. Ja, powiedzmy te 5 lat temu, kiedy nie mogę powiedzieć, że źle znałem angielski, ale na pewno gorzej niż teraz, nie czułem się spełniony na zasadzie słuchania ,,co wyłapię, to moje”. W 2006 roku praktycznie każdą płytę, której miałem okazję słuchać, słuchałem za pierwszym razem, mając teksty przed oczyma. Z uwagi, że wtedy wkraczałem pełną parą w amerykański rap i poznawałem kanon (chociaż nie powiem, bo kilku nołnejmów [oczywiście nie w znaczeniu obraźliwym] także zdarzało mi się słuchać typu C.O.S. czy Big Tone), nie miałem problemów, aby odnaleźć teksty w internecie i je śledzić.

Maccaveli: Ja wypełniam to o czym ty teraz mówisz w połowie. Płyty moich ulubionych raperów studiuję z tekstami przed oczami bardzo wnikliwie je analizując. Jak mi się jakiś numer spodoba potrafię katować go kilkanaście razy tylko po to, żeby usłyszeć jeszcze raz jedną genialną linijkę. Przyznaję, że innych raperów traktuję na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”. Jak mi się płyta spodoba, to przechodzę do pełnej analizy. No i oczywiście, płyty które recenzuję też muszę wnikliwie analizować, bo wtedy bym się zbłaźnił przed samym sobą. Wielu jest takich, którzy uważają, że znają płytę na pamięć a tylko po kontekście płyty łapią o co chodzi w danych utworach. Chciałbym zauważyć jeszcze kolejną, chyba już ostatnią sprawę z mojej strony. Tak porównywaliśmy raperów lirycznych do tych, powiedzmy sobie, imprezowych. Tymi imprezowymi można się o wiele szybciej znudzić. Bo dobra, masz trzy zajebiste bangery, cztery, cały album, dwa. Ale jak ktoś całą karierę będzie robił praktycznie to samo, to może to przecież cholernie znużyć. Za to jeśli artysta tworzy ciągle coś nowego, nowe teksty, które trzeba rozkminić, będzie na pewno bardziej interesujący na przestrzeni całej kariery niż ten pierwszy.

Pein: Jednak, aby było jasne do końca, nie chciałem w żadnym stopniu skrytykować ludzi, którzy słuchają na zasadzie ,,co wyłapię, to moje”, bo sam przecież nie raz tak robiłem. W każdym razie staram się każdą płytę chociaż raz posłuchać w skupieniu, co oczywiście nie zawsze się udaje, ale to już inna kwestia. Wracając do tego o czym pisałeś, to jak najbardziej, dlatego jest dokładnie tak jak wspomniałeś wcześniej – wszechstronność jest niezwykle ważna. No ja będę już pomału zbliżał się do podsumowania tego, o czym pisaliśmy. Zacznę od odpowiedzi na pytanie zadane w temacie. Nie, liryka, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, nie schodzi na drugi plan. W muzyce jaką jest rap, a więc w muzyce, która jest zdecydowanie najbardziej bogata w treść liryczną ze wszystkich innych gatunków muzycznych, ta treść nie może być traktowana jako element drugoplanowy. O ile muzycznie rap czerpie z innych gatunków, to lirycznie jest to unikalny gatunek. Raperzy tworzą niesamowite koncepty, składają bardzo zaangażowane technicznie wersy, serwują przekaz chwytający za serce, co świadczy o sile rapu. Sądzę, że głównej sile, a bez liryki to nie byłoby możliwe, dlatego też jest aż tak ważna.

Maccaveli: Zgadzam się z ostateczną oceną, chociaż nie do końca. Wśród ogarniętych słuchaczy, zawsze, powtarzam zawsze liryka będzie na pierwszym planie, bo to fundament tej muzyki. Jest wiele podgatunków rapu po to, by każdy znalazł coś dla siebie. Mamy coś takiego w popie? Nie. No chyba, że dysonans między Michaelem Jacksonem a Lady Gagą jest różnicą podgatunkową. Ale wśród muzycznych turystów teksty nigdy nie będą takim czymś czym są dla nas. Żeby było jasne, nie chcę nazywać muzycznymi turystami ludzi, którzy słuchają rapu dla bitów, czy dla flow. Chociaż nie. Jeśli słuchasz rapu dla bitów to wypierdalaj słuchać instrumentali. Zrobisz sobie i nam ogromną przysługę.

sobota, 22 stycznia 2011

Royce Da 5'9" - Street Hop (Recenzja)


Dziś rano (które dla normalnego człowieka jest popołudniem) naszła mnie genialna myśl, żeby w końcu dokończyć recenzowanie dyskografii Ryana Montgomery’ego. Prawdę mówiąc jak zaczynałem tę serię to postanowiłem sobie, że raczej nie opiszę tej płyty, ponieważ uważałem ją za jeszcze słabszą niż „Independent’s Day”. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni i teraz jest to mój ulubiony album reprezentanta Detroit zaraz po genialnym „Death Is Certain”. Mowa oczywiście o „Street Hop”, który ujrzał światło dzienne 20 października 2009 roku czyli dopiero trzy lata po pierwszej oficjalnej zapowiedzi.

Po zakończeniu beefu z D12 w 2005 roku Royce zmuszony był opłakiwać śmierć swojego przyjaciela Proofa. Zaraz po tym został aresztowany i skazany na rok więzienia za złamanie warunków zwolnienia warunkowego narzuconego przy sprawie o nielegalne posiadanie broni. Na wolność wyszedł w 2007 roku i od razu zabrał się za pracę nad pierwszym mixtape’em z serii „The Bar Exam”. Kiedy wreszcie zajął się kolejnym solowym krążkiem, większość kawałków jakie miały się na nim znaleźć wyciekło do internetu jako „The Revival”. Nieco zirytowany Royce ponownie odsunął projekt na bok i niedługo potem wydał kolejny mixtape „The Bar Exam 2”. Pewność, że „Street Hop” jest priorytetem mieliśmy dopiero wtedy, gdy premierę miał pierwszy klip promujący płytę – „Shake This”. Ale to jeszcze nie było to. Nickel skupił się na pracy nad albumem swojej supergrupy Slaughterhouse i dopiero po jego premierze na półki sklepowe trafił „Street Hop” poprzedzony wydaniem „The Revival EP” (nie mylić z bootlegiem) trzy miesiące wcześniej. Jak więc widzimy Royce nie siedział bezczynnie na czterech literach przez te trzy lata (lepiej nie wnikajmy w to, co te cztery litery robiły w więzieniu).

Cały album sprawia wrażenie albumu bez konceptu. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe style, w których Royce czuje się najlepiej. I w tym wypadku, w przeciwieństwie do poprzedniego albumu, jest to jak najbardziej zaletą. Oczywistą oczywistością jest to, że na albumie dominuje braggadacio w różnych formach. Zacznijmy może od genialnego kawałka otwierającego płytę - „Gun Harmonizing” w którym Ryan wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Zarówno technicznych jak i lirycznych. Wersy: „The best rapper alive could be the best rapper that died, a murderous / If you ain't get it by now, I'm suicidal, I'm wild, a nigga better than me is who I ain't heard of yet / So I ain't murdered yet, he ain't even been born, his momma's a virgin, she ain't even furtile yet” powinny być obowiązkową częścią książki “Jak rapować”, którą musiałby przeczytać każdy początkujący raper.

Spoglądając na tracklistę mamy jeszcze trochę inną odmianę bragga, którą ja nazywam “flow show”. Jest to pokazanie nieprzeciętnych umiejętność płynięcia po bicie. Najlepszym przykładem jest tu kawałek „Dinner Time” z Busta Rhymesem. Aż czuć współczucie dla bitu, słysząc jak Royce na spółkę ze swoim kolegą się nad nim znęcają. Mówiłem już, że Royce z każdym rokiem jest lepszy w tej dziedzinie? Dobra, jedziemy dalej. Jeśli mowa o przechwałkach, znajdziemy też jeden kawałek czysto uliczny o wiele mówiącym tytule „Gangsta” (mam deja vu). I trzeba powiedzieć, że nie jest zły, chociaż jedyne wersy, które wpadły mi w pamięć to: „If you a rapper, I diss your ass / Then get mad at you for getting mad at me”. Gangstersko.

Za co jeszcze mógłbym pochwalić rapera z Detroit? Zdecydowanie za bangery, które mogłyby bujać dupy dobrych dup w klubach. Począwszy od lekkiego, ocierającego się o r’n’b „Thing For Your Girlfriend”, przez „Far Away”, które jest aktualnie moim ulubionym kawałkiem z płyty, po „Mine In Thiz”. W jednym tracku Royce genialnie parodiuje raperów używających auto-tune’a i po raz kolejny potwierdza że wers: „Fuck this auto-tune shit, that shit sound weak as a bitch, at least it’s me using it” był najprawdziwszą prawdą, w innym natomiast potrafi odnaleźć się na piekielnie mocnym syntetycznym bicie Mr. Portera i nawinąć w swojej ulubionej konwencji (czyt. kasa i dziwki).

Największym „objawieniem” płyty są jednak genialne storytellingi. Refleksyjno-reminisencyjny singiel „Shake This” jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Skupmy się na razie na, notabene kolejnym singlu – „Part Of Me”. Raper zainspirowany serialem „Twilight Zone” postanowił ułożyć swoją niesamowitą historię. Na początku wydaje nam się, że to kolejna, lekka opowieść o jednym z wielu playerów na tym świecie. Jednak ostatnie wersy zmieniają całkowicie nasze spojrzenie na ten kawałek. Jako fan serialu z czystym sercem mogę powiedzieć, że Royce nie sprofanował go odwołując się do niego w teledysku.

Na osobny akapit zasługuje historia opowiedziana w dwóch innych trackach – „On The Run” oraz „Murder”. Konwencja troszeczkę przypomina mi narracją Max Payne’a 2. No ale do rzeczy. Akcja zaczyna się gdy wykreowana przez Royce’a postać wynajmuje pokój w hotelu i zaczyna refleksje nad czynem który popełniła. Gdy historia kończy się dla niej tragicznie, w kolejnym kawałku cofamy się o jeden dzień i poznajemy wszystkie wydarzenia od podszewki. I chociaż nie wszystko jest tutaj logicznie opowiedziane to i tak trzeba powiedzieć, że Ryan odwalił tu kawał dobrej roboty.

Przejdźmy teraz to kolejnego mocnego punktu albumu, czyli produkcji. Moim skromnym zdaniem jest to najlepiej wyprodukowany krążek rapera w całej jego dyskografii. Mamy tu wszystko. Od samplowanych bitów DJ’a Premiera, przez syntetyki Mr. Portera i Emile’a, przy których jak u siebie w domu czułby się T.I. po trochę spokojniejsze podkłady Streetrunnera. Wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Nie ma co się dziwi skoro producentem wykonawczym płyty był sam Preemo.

No dobra, a czy płyta ma właściwie jakieś wady? Naturalnie, ale są to raczej moje subiektywne odczucia. Większość tracków, których nie wymieniłem to po prostu czysta średniawa a niektóre są tak monotonne, że aż chce się je pominąć. Takie kawałki jak ”Warriors” na feacie ze Slaughterhouse na którym ogromnie się zawiodłem czy „Something To Ride To”, który niby ma ten vibe lat 90, ale co z tego, skoro jest nudny jak flaki z olejem, po prostu psują odbiór płyty. Na wyróżnienie zasługuje też „New Money”, które nie wiem po co w ogóle znalazło się na albumie.

Czy Royce miał rację mówiąc, że to jego najlepszy album jaki do tej pory nagrał? Niestety nie. Ale na pewno nie możemy narzekać. Ja dopiero po kilku przesłuchaniach odkryłem tkwiący w nim ogień piekielny. Jest to płyta, na której każdy słuchacz znajdzie coś dla siebie (no chyba, że jest fanem horrorcore’u). I pomimo tracków, które wypisałem w akapicie wyżej wciąż jest to album bardzo dobry. Teraz Ryan zapowiedział sequel „Death Is Certain” zatytułowany „Success Is Certain”, na który czekam z niecierpliwością, ale mam pewne obawy, że może sprofanować klasyk, który sam stworzył.

Ocena: 8/10

piątek, 7 stycznia 2011

Top 10 albumów 2010 + wyróżnienia

Po ponad roku od pierwszego podsumowania na tym blogu po raz kolejny przychodzi mi pisać o najlepszych albumach minionych 365 dni. Tym razem o wiele lepiej przygotowałem się do roboty, przesłuchałem o wiele więcej albumów i po każdym robiłem sobie notatki i wystawiałem ocenę. A było, co oceniać. Rok 2010 był moim zdaniem o wiele mocniejszy niż i tak mocny rok 2009, który zachwalałem. Oczywiście nie doczekałem się płyt moich ulubionych raperów zapowiedzianych wieki temu, ale na szczęście mój gust muzyczny trochę się zmienił i nie wyczekuję już „RICANstruction” czy „Home Street Home” (szczególnie po fatalnych mixtape’ach Spice’a) tak mocno. A więc panie i panowie, zaczynamy ranking Top 10 płyt 2010 roku!

1. Diabolic - Liar & A Thief (9/10)

Dla tych, którzy mnie znają nie powinno to być wielkim zaskoczeniem. Płytę Diabolica polecił mi mój człowiek, który ma bardzo zbliżony gust muzyczny do mojego. Zachęcony licznymi pochwałami warstwy lirycznej w końcu posłuchałem krążka i przeżyłem pierwsze zaskoczenie w tym roku. Jak łatwo się domyślić po pierwszych zdaniach Diabolic jest piekielnie mocny tekstowo. Mordercze punchline’y przewijają się z politycznymi oraz spiskowymi treściami a w ramach urozmaicenia mamy możliwość przesłuchania znakomitego storytellingu. Do tego dochodzi nienaganna technika, która jest bardzo rzadko spotykana u typowych bitewnych raperów. To wszystko, o czym pisałem składa się na płytę roku, którą polecam wszystkim, którzy jej jeszcze nie sprawdzili.

2. Copywrite - The Life and Times Of Peter Nelson (9/10)

Kolejna płyta, która była dla mnie zaskoczeniem. O Copywricie pisałem już jako o moim odkryciu 2010 po przesłuchaniu jego EP’ki „Ultra Sound”. No dobrze, ale co to za zaskoczenie skoro od razu wiedziałem, że jest zajebisty a płyta okupuje miejsce w trójce najlepszych albumów roku? Chodzi o to, że spodziewałem się praktycznie samego (zajebistego) braggadacio a otrzymałem płytę, w której bragga jest tylko dodatkiem. Cwrite nagrał bardzo osobisty album dedykowany swojej zmarłej matce. Mamy tutaj dużo wspomnień z dzieciństwa, apostrof do matki czy prostych ale głębokich refleksji nad życiem. Wspomniane bragga to tylko ułamek albumu, ale jest wykonany perfekcyjnie.

3. Cymarshall Law & The Beatniks - Freedom Line Express (9/10)

Podium zamyka kolejne zaskoczenie, powiem nawet, że największe zaskoczenie tego roku. Cymarshall Law jest raperem cholernie oryginalnym. I właśnie ta oryginalność zawładnęła moim umysłem podczas słuchania tej płyty. Album odbija się od wszystkich sztywnych schematów i pokazuje zupełnie inne spojrzenie na muzykę. Cymarshall na każdym kroku bawi się słowami, bawi się formą, bawi się techniką, oraz bawi się językiem. Tak można tę płytę nazwać. Zabawa. Wszystko to na lekko eksperymentalnych latynoskich bitach. Z tym. że takich eksperymentów można słuchać całymi dniami.

4. Canibus - Melatonin Magik (-9/10)

Bardziej szczegółową recenzję płyty znajdziecie tutaj. Mówiąc ogólnikowo po bardzo mocnej i filozoficznej pozycji, jaką była płyta „For Whom The Beat Tolls” wydana w 2007 roku Canibus poszedł ku o wiele mroczniejszej części swojej osobowości. Album to niemała gratka dla wielbicieli teorii spiskowych. Bis przewija tam bitewne rymy, z opisem światowego spisku mającego na celu wypompować z ludzi człowieczeństwo. Wszystko to oczywiście, jak na najlepszego tekściarza wszech czasów przystało, ubarwione znakomitymi metaforami oraz cholernie trudnym słownictwem.

5. Ras Kass & DJ Rhettmatic - A.D.I.D.A.S. (-9/10)

Ras Kass po bardzo dobrym „Quarterly” z 2008 roku po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najlepszych (moim zdaniem najlepszym) lirykiem zachodniej sceny. Poza tym operuje ciekawym flow, które przyciąga do niego nawet słuchaczy, którzy mają kompletnie wbite w teksty. „A.D.I.D.A.S.” jednak jako dwupłytowy album nie zdał całkowicie egzaminu. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że zlepienie materiału do jednej, wypełnionej po brzegi CD byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Chociaż przesyt nie rzuca się tutaj w uszy tak jak w przypadku np. „All Eyez On Me”. Pełną recenzję płyty możecie przeczytać tutaj.

6. Big Boi - Sir Lucious Left Foot The Son Of Chico Dusty (-9/10)

Płyta Big Boi’a to w 100% to, za co lubię rap z południa. Przebrzydły vibe próbujący wydostać się z głośników podczas każdego uderzenia basu. Połówka duetu Outkast wspięła się chyba na wyżyny swoich możliwości i dała nam praktycznie idealny album, którego największym atutem jest warstwa dźwiękowa oraz aranżacja wokali. Nie muszę chyba nic więcej pisać, bo album, który ma w swojej obsadzie Geaorge’a Clintona powinien obronić się sam. Ba, nawet Gucci Mane jest na nim słuchalny a to musi o czymś świadczyć!

7. Brotha Lynch Hung - Dinner And A Movie (+8/10)

Psychopata z Sac-Town powraca, tym razem trzymając flagę Strange Music. Krążą opinię, że na tej płycie Lynch dorównał samemu sobie z „Season Of Da Siccness”. Mój komentarz do tego zdania brzmi – nahhhhh. Ale zbliżył się do tego poziomu niebezpiecznie blisko. Tak niebezpiecznie, że znów ludzie o słabych nerwach mogą poczuć ciarki na plecach słuchając tego materiału. Głównym motywem płyty jest kanibalizm, ale nie zabraknie też innych mrożących krew w żyłach historyjek. A to wszystko z bardzo dobrą i klimatyczną warstwą muzyczną w tle.

8. Celph Titled And Buckwild - Nineteen Ninety Now (+8/10)

Tych panów chyba nie trzeba przedstawiać. Celph Titled to jeden z niewielu mc, którzy mogą próbować zagrozić Chino swoimi punchline’ami a Buckwild to legendarny producent spod szyldu DITC. Co wyszło z tego połączenia? Bardzo dobra płyta, choć mnie lekko zawiodła. Mimo, że Celph na każdym kroku potwierdza swoje imponujące umiejętności liryczne a Buck przenosi nas swoimi podkładami do lat 90 to coś mi tutaj nie pasuje. Może to, że Celph nie brzmi zbyt dobrze na tych bitach? Nie, to nie to. Sam nie wiem. No, ale kto mówi, że po przesłuchaniu każdej płyty trzeba przeżyć muzyczny orgazm?

9. Black Milk - Album of the Year (+8/10)

Scena Detroit jest ostatnimi czasy zatrważająco mocna. Eminem i Royce wciąż okupują tron, ale tacy gracze jak Black Milk udowadniają, że świeża krew ma bardzo dużo do powiedzenia. Czarne Mleko to oprócz DJ’a Quika i Lorda Finesse jedna z najlepszych hybryd mc/producent jakie dane było mi usłyszeć. Omawiana płyta utrzymana jest raczej w lekkim klimacie, w którym gospodarz czuje się bardzo swobodnie, co pozwala mu pokazać pełnie swoich umiejętności. I choć tytuł krążka jest mocno przesadzony, to po prostu nie można go nie docenić.

10. E-40 - Revenue Retrievin Day Shift (+8/10)

Gdy słuchałem tej płyty, pierwszy raz od wielu miesięcy żałowałem, że odszedłem trochę od klimatów Bay Area, którymi przecież tak się kiedyś jarałem. Niestety rap z okolic zatoki stał się cholernie sztampowy w ostatnich latach. E-40 trochę ożywił towarzystwo wydając w tym roku dwie bardzo dobre płyty. Naprawdę mocno zaskoczyłem się tym jak weteran off-beatu ciągle potrafi sprawić że głowa buja się w rytm napierdalającego basu. W sumie mógłbym powiedzieć, że ta płyta stoi na poziomie jego albumów z lat 90. Chociaż nie, nie odważę się tego zrobić. Nie pamiętam za dobrze jego dyskografii. Powiem tylko, że jest to najlepszy jego album z lat 2000-2010.

Piątka poza dziesiątką:

Joell Ortiz - Free Agent

Vinnie Paz - Season of the Assassin

Ice Cube - I Am The West

The Roots - How I Got Over

Inspectah Deck - The Manifesto

Przebrnęliśmy już przez danie główne. Jak się zapewne domyślacie - czas na deser. W tym roku postanowiłem rozdać wyróżnienia w kategoriach: „EP roku”, „Mixtape roku” oraz „Polska płyta roku”. Pozwoliłem sobie też wylać prywatne żale i stworzyć kategorię „Największe rozczarowanie roku”. Zaczynamy.

EP roku: Copywrite - Ultra Sound: The Rebirth (8/10)

Jak widzicie dla Copywrite’a znalazł się kolejne miejsce w rankingu. EP’ka, która miała być wstępem do albumu promowana była bardzo dobrze przyjętym dissem na antagonistę rapera – Ashera Rotha - „Cremation”. Znajdziemy tutaj wszystko, czego prawdziwy słuchacz oczekuje. Mocne punche, ciekawe flow, dobrych gości i solidne bity, których produkcją zajął się Surock.

Mixtape roku: Royce Da 5’9” – The Bar Exam 3 (+8/10)

Bar Exam 3 is like a mock a nigga pop a nigga mockery” – te słowa mówią o produkcji wszystko. Royce ciągle jest w formie i ciągle potrafi zaskoczyć. Fani serii będą z pewnością zadowoleni. Mordercza bragga, połączona z morderczym flow i specyficznym humorem tworzą tutaj mieszankę wybuchową. Nie można także zapomnieć o jednym z tracków, który bardzo odbiega od koncepcji mixtape,’u, ale za to oparty jest o jeden z najlepszych konceptów, jakie Royce kiedykolwiek wymyślił. Na pewno go wychwycicie.

Polska płyta roku: Tede – Fuck Tede (9/10)

Miałem w planie napisać recenzję tej płyty, ponieważ dosłownie wbiła mnie w fotel. Jednak, jako że nie chciało mi się jej dokończyć, zacytuję tylko teraz z niej jedno zdanie, które będzie najlepiej oddawało moje uczucia do produkcji warszawskiego rapera: „Żadna polska płyta po NSPC nie wywarła na mnie tak piorunującego wrażenia jak ta. „Fuck Tede” potwierdza, że Warszafski Deszcz naprawdę zmienił Tedego i bardzo wysoki poziom płyty Note2 nie był tylko jednorazowym wyskokiem. Dodajmy do tego beefowe przejścia Jacka, które na pewno wywarły na niego wpływ i mamy najlepszą płytę w jego karierze.”

Rozczarowanie roku: Spice 1 – Hallowpoint Mixtape (+4/10)

Słuchając tego łajna, które Spice nazwał mixtape’m zadawałem sobie w głowie bardzo ambitne i inteligentne pytanie: „Co to kurwa jest?”. Czekam na album „Home Street Home” od 2008 roku a Spice zamiast wydać porządny mixtape, który umili mi dalsze oczekiwania wydaje jakąś padakę? Zero ikry, zero pomysłu, zero werwy. Typowy niewypał, który nawet na słońcu wciąż byłby zimny jak lód.

No cóż, tym niemiłym akcentem kończymy bardzo miłe (już drugie na tym blogu) podsumowanie roku. Tak jak już pisałem na początku, ten rok był moim zdaniem cholernie mocny i nie obraziłbym się gdyby następny był taki sam. Spróbuję też ogarnąć ten zastój na blogu ale nie wiem czy mi się uda. Mam po prostu dużo innych, pracochłonnych zajęć. No to co, widzimy się za rok przy kolejnej topce.

wtorek, 9 listopada 2010

Royce da 5'9" - Independent's Day (Recenzja)

Jest rok 2005. Beef między D12 i Royce’m Da 5'9" trwa nadal. Oczywiście chodzi mi tu o tą stricte uliczną część, ponieważ raperzy poza niewielkimi nawiązaniami, praktycznie nie atakują się już w swoich utworach. Chłopaki z Dirty Dozen wydali swój drugi album rok wcześniej, chociaż Nickle twierdził, że nigdy to nie nastąpi „There'll never be another D12 album, nigga, wanna bet?”. Ryan za to otworzył swój własny label „M.I.C. Records” i wydał w nim kilka mixtape’ów. W końcu jednak przyszła pora na wydanie kolejnego oficjalnego krążka.

Po lekko mrocznym i refleksyjnym „Death Is Certain” przyszła pora na powrót do normalności w postaci albumu „Independent's Day”, którego tytuł ma dobitnie pokreślić to, że raper jest już w końcu „na swoim”. Royce znowu kreuje się na twardziela, który ciągle trzyma rękę na spuście i nie zawaha się za niego pociągnąć. Powraca jakby na stanowisko „Króla Detroit”, chociaż sam wcześniej powiedział, że zrzekł się korony. Co ciekawe wydał też trzy części mixtape’u „Defending The Crown”. Pewnie wyglądało to tak, że stał na ulicy obok korony, którą niedawno wyrzucił i bronił jej jak emerytki krzyża pod pałacem prezydenckim. Jeszcze ciekawszą rzeczą jest to, że jego image tough guy’a całkowicie obala fakt, że w okresie nagrywania płyty nie wychodził nawet do klubów z obawą, że może tam spotkać kogoś z sprzymierzeńców wrogiej grupy. Hipokryzja w najczystszym wydaniu.

Co za tym idzie, radykalnej zmianie uległa warstwa tekstowa płyty. Jak się pewnie domyślacie, na gorsze. O zawartości merytorycznej albumu, w numerze otwierającym płytę, wypowiada się sam artysta: „I'm about to touch on every style you could think of / On this album from the streets to the bounce to the singles” Szkoda tylko, że te wszystkie trzy wymienione przez rapera style łączą się z bezwartościowym, mało ambitnym braggadacio. OK, przypuszczam, że nie ma większego fana bragga w Polsce niż ja, ale nawet dla mnie to musi mieć jakiś poziom. Te kawałki dla ulic to po prostu kreowanie się na największego gangstera w Detroit, bounce to pseudo bujające tracki z prostym tekstem a kawałki singlowe są tylko prymitywnym gadaniem o seksie. Royce wrócił do stylu prezentowanego na "Rock City". Szkoda tylko, że spadł o te kilka poziomów.

Lirycznie jest to zdecydowanie najsłabszy album rapera jak do tej pory. Ale zacznijmy może od tych pozytywnych aspektów. Najlepszym utworem na płycie, który wybija się znacznie na tle pozostałych numerów jest kawałek „Yeah”. Niby nie jest to nic szczególnego patrząc na warstwę tekstową, ale vibe, jaki płynie z nawijki Royce’a oraz bitu 6th July’a jest niepodrabialny. W tracku „Independent’s Day” Nickle opowiada o tym, że bycie niezależnym pozwala mu być artystą kompletnym i w końcu rozwinąć pozwala mu skrzydła . Szkoda tylko, że w praktyce wyszło zupełnie inaczej. Nie mogę też zapomnieć o jedynym tak naprawdę dobrym koncepcie na płycie, czyli numerze „Blow Dat”. Jest to powrót do klasycznych brzmień wschodniego wybrzeża z przełomu lat 80 i 90. Artysta nie osiągnąłby tego bez pomocy Nottza i jego bardzo ciekawego bitu, którego styl łudząco przypomina pierwsze albumy Public Enemy.

Teraz przejdźmy do minusów. Jednym z tych większych jest to, że bragga Royce’a na tym albumie nie ma w sobie absolutnie nic. Nie ma ani ciekawych punchy, ani niczego innego co mogłoby przykuć uwagę na dłużej. NICZEGO, co mogłoby podnieść ocenę lirycznej strony albumu. Dodatkowo Ryan serwuje nam masę nieudanych pomysłów i zupełnie niezrozumiałych prób ukrycia bezwartościowości tekstów pod osłoną niezrozumiałych konceptów. Powiem szczerze, że gdybym miał oceniać tylko warstwę tekstową zjechałbym tę płytę bardziej niż „C True Hollywood Stories” Canibusa.

Album ratuje oczywiście genialne flow rapera, które tak jak już pisałem we wcześniej recenzji z roku na rok staje się lepsze. Umiejętności zaprezentowane na tym krążku po raz kolejny potwierdzają, że Royce potrafi odnaleźć się na dosłownie każdym bicie. Dodajmy do tego tę technikę rymów, o której też już pisałem przy okazji omawiania poprzedniej płyty. Może artysta nie jest tu tak fenomenalny jak wtedy, ale wciąż jest to poziom wykraczający ponad 90% sceny USA. Przy tym trzeba wspomnieć o warstwie muzycznej, która też bardzo dobrze spełniła rolę koła ratunkowego dla albumu. I chociaż jest to zupełnie inny styl podkładów niż na „Death Is Certain”, to muszę szczerze powiedzieć, że większość z nich jest wyśmienita. Większość, bo niektóre są… Dziwne. Ale może tylko dla mnie.

Warto jeszcze wspomnieć jeszcze o tym, że Royce zaprosił na płytę całą ekipę ze swojej nowo otwartej wytwórni M.I.C. Records. Jakie ma to przełożenie na jakość omawianego krążka? Skłaniałbym się tu raczej ku opinii, że trochę ją zepsuło, aczkolwiek koledzy Ryana nie są oczywiście raperami katastrofalnymi. Są to po prostu średniacy, którzy czasem mogą zaimponować swoim flow. Wyjątkiem wydaje się by brat Royce'a – Kid Vishis, po którym już wtedy było słychać, że odziedziczył te same muzyczne geny co jego brat. Z perspektywy czasu widzimy, że wyrósł na bardzo przyzwoitego rapera.

Cóż, jak mówi stara mądrość ludowa, są upadki i wzloty. I wiecie co? Gdyby nie to, że nie lubię bezsensownych tekstów, byłby to bardzo dobry album. No bo co mogę powiedzieć? Mamy genialne warunki techniczno-wokalne połączone z bardzo dobrą warstwą muzyczną. Szczerze mogę polecić tę płytę ludziom, którzy albo nie zwracają uwagi na teksty, albo ich po prostu nie rozumieją. Niestety, ja jako miłośnik „czegoś więcej” nie mogę nie obniżyć przez to oceny. Jeszcze tak na koniec dodam, że Royce zrehabilituje się później na swoich mixtape’ach z serii "Bar Exam", by potem znowu spaść kilka poziomów niżej na kolejnym solowym albumie. Może jednak powinien pomyśleć o karierze mixtejpowego rapera?

Ocena: 7/10