środa, 1 lipca 2009

Denver Nuggets - Podsumowanie sezonu 2008/2009 (Artykuł)

Ochłonęliśmy już po finałach ligi zdominowanych przez Lakers oraz przeboleliśmy przegraną z tą drużyną w finale konferencji. Teraz czas zanalizować grę najważniejszych zawodników i zobaczyć, co było naszą mocną stroną a co zaś pięta achillesową. Oto opis dokonań poszczególnych zawodników oraz proponowane przeze mnie oceny ich pracy. Zaczynamy od podstawowej piątki.

Chauncey Billups – Moim zdaniem musimy tutaj ograniczyć te „achy i ochy”, które już dawno posypały się słusznie w jego stronę po tym jak zmienił obliczę drużyny. Lepiej spojrzeć w głąb jego gry i statystyk. Na pierwszy rzut oka nie widzimy nic szczególnego. Siedem asyst oraz siedemnaście punktów meczu. Po raz kolejny życie udowadnia nam, że statystyki to nie wszystko. „Mr. Big Shot” wniósł do drużyny dyscyplinę, której brakowało w poprzednich latach. Stał się drugim trenerem, omawiając podczas przerw taktykę ze swoimi partnerami. Razem z Carmelo poprowadził drużynę do najlepszego w historii drużyny bilansu w sezonie zasadniczym. Wspomniałem o jego statystykach. Chauncey, gdy widzi, że drużyna potrzebuje bodźca, potrafi rzucić grubo ponad trzydzieści punktów i dodatkowo tak konstruować grę, że zespół wybija się z dziesięciopunktowej straty na pięciopunktowe prowadzenie. Oddzielną sprawą są Playoffs. W tym wyjątkowym czasie, wstępuje w niego demon i potrafi bez problemu zaliczać double-double, prowadzić w kategoriach strzeleckich przy szalonych rzutach za trzy punkty. Tak było i w tym sezonie. Za właśnie tą zmianę i ustatkowanie drużyny, za stanie się liderem i mentorem należy mu się ocena 9/10.

Dahntay Jones – Trudno powiedzieć czy to mu należy dziękować za poprawę defensywy zespołu. Ten gość po prostu żyje, by grać w obronie. Trzeba wspomnieć jednak o tym, że chociaż był starterem grał tylko około osiemnastu minut w meczu. Dużo dał zespołowi broniąc na obwodzie, ale przy tym był przeciętnym atakującym. Geogre Karl jednak wszystko dobrze przemyślał i lukę w ataku zapełniał rezerwowy snajper, o którym w dalszej części artykułu. Jedną z wad Dahntaya są jego faule technicznie. Czasem potrafi nieczysto sfaulować, o czym mogliśmy się przekonać w Playoffs. Często jest zbyt agresywny i zacięty by odpuścić łatwe punkty i kończy się to agresywnym zagraniem. Na jaką ocenę zasłużył? Jest bardzo dobrym obrońcą, ale trochę za mało gra by określić go mianem X-Factora na tyłach. Jest kolejnym, mniejszym, elementem układanki, za co należy mu się ocena nie wyższa niż 7/10.

Carmelo Anthony – Od 6 lat centralna postać zespołu, pod którą niejednokrotnie ustalana jest taktyka gry. Jeden z najlepszych strzelców w lidze, wybrany z numerem trzecim w 2003 roku. W tym sezonie zrobił olbrzymi postęp i nie chodzi tu wcale o statystyki. Przy nowym rozgrywającym dojrzał i przestał traktować koszykówkę jako zabawę. Może wydać się to śmieszne, ale nauczył się grać w obronie. Te dwa słowa - Carmelo i obrona - wreszcie mogą iść ze sobą w parze. Dalej oczywiście nie jest prymusem w tej dziedzinie, ale najważniejsze jest to, że jego wkład jest widoczny oraz pozytywnie wpływa na wyniki zespołu. Bardzo dobrze rozumiał się z Chauncey’m i tworzył z nim lepszy duet niż kiedyś z Iversonem. Osiągał około dwadzieścia trzy punkty w meczu, dorzucając około siedmiu zbiórek. Warto wspomnieć, że w tym sezonie wyrównał rekord dotyczący ilości punktów w jednej kwarcie. Rzucił ich aż trzydzieści trzy. Chłopak wciąż się rozwija, rośnie w siłę i umiejętności i jeśli będzie rozwijał się w takim tempie jak w tym sezonie, możemy spodziewać się nowego MVP. Ocena za sezon to 9/10.

Kenyon Martin – Najbardziej niezauważalny, ale najbardziej stabilny element układanki o nazwie „sukces w roku 2009”. Silny skrzydłowy można by powiedzieć, jakich wielu. Jego wkład w grę jest niewidoczny gołym okiem. Ale jednak, gdy się przyjrzymy z bliska to on utrzymuję harmonię w drużynie pomiędzy ofensywą i defensywą. Jest bardzo dobrym obrońcą, ale też, gdy trzeba, potrafi rzucić spore ilości punktów. Bardzo dobrze dogaduje się z Nene, przez co umiejętnie dzielą się rolami w „pomalowanym” oraz gdy trzeba tworzą mur, uniemożliwiający wykonanie dobrego kontrataku. Martin jest typem skrzydłowego lubiącego rzuty z pół-dystansu, przez co razem z centrem konstruowali znakomite akcje inside-outside. Za te wszystkie zasługi, należy mu się ocena 8/10.

Nene – Już przed pierwszymi meczami spadła na niego ogromna odpowiedzialność. Trener oraz fani domagali się przecież od niego, godnego zastąpienia byłego obrońcy roku Marcusa Camby’ego. I paradoksalnie jego odejście poprawiło obronę zespołu. Dziwne, nie? Ale wróćmy do Brazylijczyka. Zagrał najlepszy sezon w swojej karierze notując ponad czternaście punktów na mecz oraz zbierając z tablic średnio około ośmiu piłek. Może nie był tak efektywny w obronie jak jego poprzednik, ale sprawował się całkiem nieźle. Zawiódł tylko w Playoffs, gdzie zagrał tylko dwie dobre serie, odpuszczając batalię w finale konferencji, co w dużym stopniu przyczyniło się do przegranej. Gdyby nie słaba ostatnia runda, dostałby na pewno 8/10, ale w tak kluczowych momentach zawodzić po prostu nie można, więc oceniam go na „jedynie” +7/10.

Ławka rezerwowych to bardzo ciekawa sprawa, ponieważ mieliśmy jedną z najlepszych w lidze. Jej wpływ na wygrane w Playoffs był ogromny – wystarczy zobaczyć, co się działo, gdy albo jeden zawodnik był niezdolny do gry, albo wszyscy zmiennicy grali przeciętnie. Czas zanalizować najważniejsze rezerwowe osobistości. Skala ocen jest oczywiście taka sama jak starterów.

J.R. Smith – Najbardziej trudny do oceny koszykarz w całej drużynie. Z jednej strony potrafi rzucić jedenaście trójek w meczu i być najlepszym strzelcem, ale z drugiej potrafi zejść z boiska ze skutecznością nieprzekraczającą 10%. Jego selekcja rzutów jest okropna, ale często zdarzają się takie dni, że wpada mu wszystko, nawet wymuszone rzuty czy szalone fade-away’e. Padają nawet stwierdzenia, że to od jego gry zależy końcowy wynik. Jak by na to nie patrzeć, jest dobrym wzmocnieniem i jeśli poprawi swoje umiejętności i troszeczkę się ustatkuje, może być nawet mianowany rezerwowym roku o ile nie przeforsuje się za rok do pierwszego składu. Jak na ten sezon ocena -8/10 jest jak najbardziej adekwatna.

Chris Andersen – Birdman to ulubieniec tłumów, które przychodzą oglądać mecze w Pepsi Center. Po dwuletnim zawieszeniu z powodu narkotyków oraz rozegraniu pięciu meczów w barwach New Orleans Hornets, wrócił do klubu, w którym rozpoczynał karierę w lidze. W sezonie 2008/2009 wnosił mnóstwo energii wychodząc z ławki oraz zostawiał na parkiecie wiele sił. Był drugim blokującym zaraz po defensorze roku! Pytanie tylko, co robił prócz widowiskowych bloków, kilku zbiórek i punktów? Praktycznie nic, słabo gra jeden na jeden, więc można rzec, że jest to widowiskowy gracz, który zawsze pomoże drużynie w obronie, parę razy powsadza i porwie tłumy, jeśli gra u siebie. Za to przyznaję mu 7/10.

Linas Kleiza – Może nie był to najlepszy sezon dla utalentowanego Litwina, ale on też był ważną częścią układanki. Grał około dwadzieścia dwie minuty w meczu, zdobywając około dziesięć punktów. Jak widzimy mimo, że grał krótko potrafił nieźle pomóc drużynie wchodząc z ławki. Warto zaznaczyć, że to dopiero czwarty sezon Linasa w NBA i ma sporo czasu żeby się rozwinąć. Ocena za sezon to +6/10.

Anthony Carter – Doświadczony rezerwowy rozgrywający z Hawai solidnie zastępował Chauncey’ego Billupsa. Grał około 23 minuty na spotkanie, był niezłym playmakerem i świetnie rozumiał się z kolegami, co było kluczowe do utrzymania pozycji wszyscy drużynie. Jak wszyscy wiemy, w serii z Lakers popełnił kluczowy błąd przy wprowadzaniu piłki do gry, który odwrócił całą sytuację na boisku. Ale, że każdemu zdarzają się błędy, nie wpłynie to na jego ocenę, którą jest +5/10.

Renaldo Balkman – „Taz” był epizodyczną postacią w tym sezonie. Rzadko wchodził z ławki a w Playoffs jego rola ograniczała się do grania pod koniec wygrywanych dużą przewagą meczów. Należy jednak wspomnieć, że bardzo dobrze zastępował Kenyona Martina na pozycji silnego skrzydłowego, gdy ten nabawił się kontuzji rzucając wtedy około osiemnastu punktów w meczu i całkiem nieźle zbierając. Jaka jest, więc adekwatna ocena? Myślę, że zdecydowanie należy mu się -6/10.

Reszta zawodników, czyli: Jason Hart, Johan Petro oraz Steve Hunter nie robili praktycznie nic poza zasilaniem stawki, gdy drużyna miała za dużo fauli lub pierwsi zmiennicy aktualnie nie mogli grać. Chociaż Johan to dopiero młodziak, o tyle Jason moim zdaniem troszeczkę się zmarnował. Od zawsze jest rezerwowym, ale w innej drużynie mógłby bez problemu być podstawowym rezerwowym. O Hunterze nie wspominam, ponieważ przez cały sezon nękały go przewlekłe kontuzje, przez co mógł tylko podziwiać grę kolegów z drużyny z trybun.

George Karl – I tutaj mamy problem. Jest to trener, który doprowadził aż trzy drużyny do finałów konferencji. Niby ma te dobre bilanse, ale moim zdaniem, Nuggets zasługują na kogoś lepszego. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że jeszcze, gdy grali tutaj Iverson i Camby, zawodników nie obchodziły jego uwagi i grali jak chcieli. W tym sezonie sytuacja się odmieniła, ale George wciąż jest słabym taktykiem, o czym świadczą sytuację, w których albo Billups albo Anthony sami ustalali kluczowe akcje meczów. Pytanie tylko, kto by mógł go zastąpić? Młody, ale utalentowany trener czy doświadczony wybitny taktyk? Na to pytanie nie znam odpowiedzi, ponieważ i jedna i druga opcja ma swoje plusy jak i minusy. Mimo wszystko, Karl bardzo dobrze kierował zawodnikami w tym sezonie, chociaż ma kilka wad, to widać, że bardzo dobrze się z nimi rozumie. -8/10.

W tym roku zespół wreszcie zaczął wyglądać jak drużyna. Zawodnicy potrafili kamuflować swoje złe strony, tymi dobrymi. Chauncey wprowadził wreszcie porządek w chaotycznej grze w ataku a motywowani przez niego gracze zaczęli chętniej działać w obronie nie tracąc przy tym drygu do zdobywania wielu punktów. Czego więc brakowało? Motywacji w ostatniej rundzie Playoffs, chyba tylko tego. Były pewne niedoskonałości i w ataku i w obronie, ale one nie grały większej roli, bo żadna drużyna nie jest idealna. Ocena zespołu moim zdaniem nie powinna być ani wyższa, ani niższa niż 8/10.

Z tych analiz wynika, że sezon był udany, nawet bardzo, chociaż ogólne wrażenie zepsuły finały konferencji, o czym pisałem już w moim felietonie. Jest parę elementów, nad którymi trzeba popracować, lecz nie są to tak istotne rzeczy, żeby szaleć w okienku transferowym. Jeśli załatamy te małe dziury, możemy w przeszłym sezonie myśleć o finale NBA… A może nawet o mistrzostwie?

Artykuł napisany dla: nuggets.probasket.pl

piątek, 26 czerwca 2009

Tech N9ne - "Sickology 101" (Recenzja)


Tech N9ne jest znany przede wszystkim ze swojego zwariowanego flow. W jednym kawałku potrafi zmienić tempo nawijki nawet dziesięć razy, przy czym nie zepsuje to jakości tracku, wprost przeciwnie – tylko ja poprawi. Szasta podwójnymi, potrójnymi, wewnętrznymi oraz wielokrotnymi na lewo i prawo zachowując przy tym przekaz, jaki płynie z jego tekstów. Jak prezentuje się jego nowa płyta „Sickology 101” z cyklu „Tech N9ne Collabos”? O tym przeczytacie niżej.

Dawno już żaden album nie porwał mnie tak jak ten, więc odczekałem trochę czasu, by móc wystawić w miarę obiektywną ocenę. „W miarę” to dobre określenie, ponieważ nie można ocenić obiektywnie płyty, którą jarało się prawie dwa tygodnie i z której kilka kawałków gościło w głośnikach kilkanaście razy dziennie. Tak, więc, jeśli uważacie recenzję za przesłodzoną, odejmijcie jeden punkt od oceny.

Co pierwsze rzuca się w oczy a właściwie w uszy? Kawałek tytułowy. Sickology 101 ladies and gentlemen. Moim recenzjom daleko do miana „track-by-track”, ale jednak muszę o nim wspomnieć. Jest to nuta, która mnie po prostu zmiażdżyła. Czemu? Na sukces tego singla, kolaboracji trzech raperów, składa się przede wszystkim to, że każdy zawodnik pokazuje swoją najmocniejszą stronę. Tech N9ne popisuje się swoim niesamowitym flow, Crooked I sypie dozą metafor i przemyca powiew świeżości słonecznego zachodu a Chino sadza na znakomity podkład mocne punchline’y wgniatające w fotel, na którym aktualnie siedzimy. Z czystym sercem mówię, że trudno mi było wybrać rapera, który pojechał najlepiej. Artyści dopełniają się wyśmienicie tworząc idealną harmonię.

No dobra, troszeczkę się rozpisałem. Jak więc prezentuje się reszta z pozostałych 75 minut? Bardzo dobrze, ale nie aż tak dobrze jak kawałek tytułowy. N9ne, chociaż widać, że to on jest tutaj grubą rybą, przyćmiewany jest przez ogromną liczbę gości. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby był przyćmiewany jakością zapodawanych nam linijek, bo w tym naprawdę trudno go przewyższyć. Jest przyćmiewany, bo po prostu jest go za mało. No, ale z drugiej strony, czego wymagać po płycie zatytułowanej „Tech N9ne Collabos”? Poza Messy’m Marvem oraz dwójką asystującą przy openerze nie znajdziemy tu nic ciekawego. Chyba, że ktoś lubi monotonię.

Cóż więc można powiedzieć o samym gospodarzu? Jak zwykle nie zawiódł. Już na wstępie opisywałem jego nieprzeciętne umiejętności wokalne i techniczne. Mógłbym się tylko przyczepić do jednej rzeczy. Płyta utraciła głębie liryczną w stosunku do „Killera” – poprzedniej płyty rapera. Nie mamy tu już głębokich kawałków z przemyśleniami oraz komentarzem rzeczywistości. To jednak można łatwo przemienić w zaletę. Płyta idealnie nadaję się do odstresowania po ciężkim dniu, na imprezę oraz na spokojne wieczory by zabić sąsiadów basami.

Wspomniałem o basach, więc muszę rozwinąć temat. Muzycznie płyta wypada wyśmienicie. Mamy wiele podkładów, które idealnie pasują pod nawijki artystów, chociaż wielu zwolenników klasycznych brzmień może powiedzieć, że już nawet legenda rapu ze środkowego-wschodu idzie w stronę elektroniki i auto-tune’u (użytego w „Blown Away”). Jak to skomentuję? Osobiście nie jestem przeciwnikiem tego rodzaju śpiewu. Auto-tune jest czymś, co w odpowiednich ilościach potrafi oddać nastrój utworu. Bardzo lubię za to elektroniczne bangery i w ostatnim czasie otworzyłem się na tego rodzaju podkłady. Jednak, jeśli ty lubisz bity oparte na jazzowych samplach i orkiestrę symfoniczną w refrenach oraz gardzisz elektroniką – ta płyta nie jest dla ciebie. Przynajmniej w sferze muzycznej.

Teraz trzeba wszystko podsumować i wystawić ocenę końcową. Jest to płyta bardzo dobra i do ideału (jak na te czasy) brakuje jej tylko dobrze wyważonych proporcji. Główna postać jak zwykle nie zawodzi, ale aktorzy grający drugoplanowe role zdają się mówić te same kwestie. Oby następna płyta zapowiedziana na ten rok, była właśnie w tym stopniu lepsza.

Ocena: -9/10

czwartek, 25 czerwca 2009

Maxów Payne'ów Dwóch (Felieton)

Czy zauważyliście, że świat kręci się wokół pieniędzy? Niby nie jest to wielkie odkrycie, ale czasem aż żal serce ściska, gdy widzi się jak kolejny produkt robiony jest tylko dla kolejnych cyfr na koncie. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy nowy projekt opierany jest na starym, przy czym ten stary przeszedł już do historii. Tak jest właśnie z nowym Max Payne’m.

Jako zagorzały fan serii, który co wakacje urządza sobie podróż w mroczne, brudne klimaty Nowego Jorku widziane oczami agenta DEA wierzyłem głęboko w sercu, że kiedyś studio Remedey spełni obietnicę zawartą w creditsach i będzie kontynuowało podróż po ciemnościach rozdartego przez emocje Maxa. No, tak. Wszystko pięknie ładnie, kontynuacja zapowiedziana. Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że po pięciu latach będę mógł zagrać w nową część serii, ale z drugiej miałem wiele obaw, bo… Zabrał się do tego Rockstar. I to jeszcze oddział z Vancouver. Remedy zajęte jest tworzeniem Alana Wake’a.

Problem w tym, że Rockstar nie wyprodukował tylko i wyłącznie znakomitej serii Grand Theft Auto. Znane jest też z wypuszczenia na rynek także takich bubli, że głowa boli i wstyd o nich mówić. Nie jestem zagorzałym przeciwnikiem wielkich koncernów, mogę wybaczyć parę potknięć. Ale, po co Rockstar po tylu latach wskrzeszałby klasyczną serię? Odpowiedź jest prosta – żeby trzepać na tym kasę. Nie małą kasę, trzeba przyznać.

W tym też nie byłoby nic złego, czasem komercyjność ma swoje dobre strony. Powiedzmy, że takowy człowiek jest perfekcjonistą, więc robi coś najlepiej jak potrafi żeby jak najwięcej zarobić. Niestety, tym razem stało się inaczej. Już pierwsza zapowiedź opiewała kontrowersją. Co nią było? Morda Maxa Payne’a. Tak, trudno uwierzyć, jedna morda wywołała tyle szumu. Nawet nie cała! Tylko jej część. Zarośnięta brodą facjata, która była preludium zapowiedzi o zmianie, którą przeszedł główny bohater. Tyle, że po pierwszym spojrzeniu na nią pomyślałem – „O cholera, toż to Sam Fisher!”. Albo Rockstar postanowił inteligentnie sparodiować Bruce’a Willisa albo po prostu chciał stworzyć kolejnego, nudnego „Big Macho”, jakich miliony w naszym świecie. Ale to dopiero początek.

Po paru miesiącach, kilka dni temu, pojawiły się nowe informacje o grze, której jeszcze nie skreśliłem za wcześniejsze wyczyny producentów. Cały model bohatera tylko uwypuklił przemienienie go na stereotypowego, policjanta po przejściach. Nie wspominając już o tym, że wygląda jakby miał minimum 60 lat i przybyło mu trochę mięśni. Pięknie, po prostu pięknie. Koks po sześćdziesiątce, łysy jak kolano z mordą Sama Fishera. Albo Bruce’a Willisa. Nieważne, ważne jest to, co przeczytałem niżej.

Zaczęło się niewinnie – od potwierdzenia szczegółów na temat tego, że Max, po przeżyciach z drugiej części uzależnił się od środków przeciwbólowych i stoczył się na samo dno. Tu ciekawostka – środki przeciwbólowe to po angielsku painkillers, fonetycznie można to zamienić na Payne-killers. Aluzja? No, ale idziemy dalej. Miejsce akcji to „słoneczne Sao Paulo”. Co?! Sao Paulo?! Słoneczne?! Toż to już w ogóle przegięcie na całej linii. Co to ma być? Bullet time w tropikach? W komiksowych cut-scenkach zobaczymy Bravurę smażącego się pod palmą na plaży? Myślałem, że mnie nagła krew zaleje na miejscu. Zatracić fenomenalnie oddany klimat Nowego Jorku z poprzednich części. Za takie zbrodnie powinno się zamykać studia, które się ich dopuszczą. A ich pomysłodawców wieszać za jaja na latarni.

Podsumowując jesteśmy świadkami upadku kolejnej wielkiej serii. Najgorsze jest to, że przyczyną znowu są pieniądze. Chciwość producentów jest tak wielka, że odbierają projekt oryginalnemu, genialnemu zresztą, producentowi. Mogę się założyć gdyby Rockstar nie wepchał swoich macek w „Trójkę” to kilka lat po wydaniu „Alana Wake’a” gralibyśmy w grę roku. Tym się różni Remedy od twórców serii GTA, że w swoje gry wkłada serce i nie zawsze najważniejsze są pieniądze, czego przykładem może być pierwsza, w rzeczywistości amatorska część Payne’a. Pozostaje tylko czekać na nowe rewelacje i to tylko kwestia miesiąca, gdy dowiemy się, że Max będzie musiał cofnąć się w czasie by uratować swoją rodzinę, po drodze przez przypadek zabijając Sonny’ego Corleone i spotykając na swojej drodze Dartha Maula.

Motywacji brak w wykonaniu Thuggets (Felieton)

Playoffs, playoffs i po playoffs. Przynajmniej jak dla Nuggets. Czy były godnym przypieczętowaniem znakomitego sezonu? Na moje usta ciśnie się odpowiedź – nie! Nie to, że wymagam za dużo, nie to, że nie umiem dobrze ocenić szans drużyn. Po prostu, finał konferencji był niczym ostatnia trefna karta, która sypie wszystkie inne podczas budowania domku. Ale od początku.

Weszliśmy do playoffs, ten fakt akurat nikogo chyba nie dziwi, bo wchodzimy do nich regularnie od 5 lat. Cieszyć może bilans sezonu zasadniczego, który dał nam drugie miejsce na zachodzie. Należy się, więc cofnąć jeszcze wcześniej, żeby zobaczyć, co było przyczyną tak dobrego startu. Cudotwórcą okazał się doświadczony, były gracz drużyny. Tak, tak. Mowa o Billupsie. Ale zaraz, zaraz. Czy ten krytykowany teraz Iverson grał źle? Nie! Po prostu grał inaczej. Jego inność sprawiała, że drużyna także była inna. Teraz mamy inną inność i wszyscy są zadowoleni.

No to jesteśmy już w tej pierwszej rundzie, ale już zaczynają się spekulacje czy „Wielki CP3” nie rozmiecie tej „słabej, niezgranej drużynki z Denver”. Fani Szerszeni zacierali ręce, wiedzieli, że nie będzie łatwo, ale stawiali na to, że szybko przejdą dalej. Jak było? Już w pierwszym meczu „Bryki” pokazały, że drużyna z Nowego Orleanu może się, co najwyżej ubiegać o tytuł „pszczółek” niż „szerszeni”. Sam Billups „onieśmielił” przeciwników ośmioma trójkami. Po tym meczu wielu ludzi zmieniło zdanie i było wiadome, że drużyna z Denver nie chce po raz kolejny odpaść w pierwszej rundzie PO. Krytycy chwalili nawet Carmelo, któremu jako jedynemu w pewnym stopniu został we krwi syndrom „starego Denver”. Cała seria przebiegała pod dyktando Nuggets, przegrali tylko jeden mecz a jeden wygrali aż 58 punktami wyrównując rekord najwyższej wygranej w Playoffs ustanowiony przez Minneapolis Lakers 53 lata temu.

Półfinały zaczęły się ponownym skamleniem, że tym razem nie damy rady „boskiemu Dirkowi” i „najlepszemu rozgrywającemu NBA Jasonowi Kiddowi”. Jednak większość umiała spojrzeć na sprawę obiektywnie i stawiała nas o szczebel wyżej niż drużynę z Teksasu. Jak wyszło? Po dwóch pierwszych meczach miałem wrażenie, że po japońsku – jako tako. Nuggets nie wykorzystywali nieskuteczności przeciwników, nie mogli odskoczyć tak jak powinni w takiej sytuacji. Dobre w tym jest (tylko/aż) to, że wynieśliśmy z Pepsi Center dwie wygrane. W kolejnym meczu powtarzaliśmy błędy. Co nas uratowało? Melo, a właściwie jego game winner. „Boski Dirk” zdołał poprowadzić swoja drużynę tylko do jednej wygranej w serii. Nuggets na haju.

W końcu! Po tylu latach doszliśmy do Finału Konferencji! Yabadabadu! Znowu na forach słychać (widać) ahy i ohy. Tyle że tym razem, zbierają się one nad Denver. Bo przecież, taka drużyna bez problemu pokona Lakers, którzy są chyba w najsłabszej formie od dwóch lat. No jak można przegrać z Rockets bez Yao i T-Maca! No jak!? Chociaż niektórzy mieli obawy, przypuszczenia, że ta dobra gra kiedyś musi się skończyć. Mieli rację. Pierwsze cztery mecze były tym, czego oczekujemy po koszykówce. Twarda, fizyczna gra, determinacja, poświęcenie. Nawet chory Melo, zdecydował się grać. Wszystko jednak ma swój koniec. Dwa następne mecze były jednostronne. Nuggets powrócili to swojego luźnego stylu gry i przegrali z kretesem. Ten krestes wcale nie nazywał się Los Angeles Lakers, tylko… Brak ambicji?!

Tak! Jak można z meczu na mecz stać się inną drużyną? Powrócić do poziomu, który był prezentowany za Iversona. Ba, sam Billups upodobnił się do swego poprzednika, z którym był niejednokrotnie porównywany. Głupie rzuty z ręka przeciwnika przed oczami to nie to, czego od niego wymagali. J.R.? Jaki J.R.?! To że mu się przyfarciło od czasu do czasu nie znaczy że ma kontynuować serię pudeł i schodzić do szatni z bilansem 4-18 za dwa i 1-11 za trzy. Litości. Melo? Albo grypa żołądkowa zżarła mu trochę umiejętności albo znów się nastukał jak za starych, dobrych czasów. Cegły mało co kosza nie urwały. Kenyon jako jedyny zagrał solidną serię, nie był geniuszem, ale przynajmniej się starał. Nene to już w ogóle tragedia. Po dwóch świetnych meczach z Dallas zaczął faulować i w konsekwencji wylatywać z boiska. Jeden mecz na poziomie. Ten z double-double.

W ogóle miałem takie wrażenie, że oglądam zupełnie inną drużynę. Inną niż Nuggets z Playoffs, inną niż Nuggets z sezonu zasadniczego, inną niż Nuggets z Iversonem. Widziałem drużynę, która grała jakby to był zwykły mecz na boisku przed blokiem. Jakby to był niczego nie warty mecz streetballu jakich wiele. Gracze wyszli na boisko jakby im w ogóle nie zależało na finale, jakby wejście do finału konferencji było mistrzostwem NBA. To już chyba byłoby lepiej gdyby Iverson wyszedł na parkiet. Rzuciłby te 50 punktów tylko dlatego, że chciałby w końcu zdobyć mistrzowski pierścień.

Czy brak motywacji był główna przyczyną porażki? Zaryzykuje stwierdzenie, że tak, chociaż jest jeszcze jedna. Jest gruba. Ma na imię George. A na nazwisko ma Karl. I broń Boże nie skreślam go za tuszę. To właśnie trener powinien motywować, powinien napędzać. A on sobie siedział na ławeczce ciesząc się w duchu, że za dwa dni pojedzie sobie na ryby. Taktyk od siedmiu boleści. Jeśli właściciele klubu nie zdecydują się na zmianę na ławce trenerskiej, to nie widzę przyszłości dla tego klubu. A widzę duży potencjał. Zresztą widziałem już w 2003 roku, gdy do klubu przyszedł Anthony. Karl tego potencjału nie wykorzystał. Jemu już dziękujemy.

Go Nuggets! Beat LA… In 2009-2010 season.

Felieton napisany dla: nuggets.probasket.pl